Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-07-14

"Gry losowe" Joanna Dziwak

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 czerwca 2014

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka

Cena det: 25 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki i (za)stałość

Młoda krakowska debiutantka stworzyła na Facebooku stronę z popularnymi memami. Joanna Dziwak wyszła od satyrycznej kultury obrazkowej, by teraz zaprezentować nam kulturę słowa. A raczej jego niepohamowanie, złośliwość, buńczuczność i zadziorność. Tak to teraz jest, że wyrazisty debiut musi być albo prześmiewczy, albo maksymalnie skomplikowany do tego stopnia, by przedrostki "post" mnożyć w nieskończoność w celu oddania w omówieniu skomplikowanego charakteru dzieła. Ja napiszę po prostu. Debiut Dziwak jest dobry.

"Gry losowe" są czymś na kształt antypowieści napisanej wyrazistą kreską. To opowieść, która nie ma początku i końca oraz historia ludzi, których biografie z jednej strony są puste i jałowe, z drugiej jednak domagają się zajrzenia gdzieś w głąb. Dostaje się hipsterom, geekom, autorom bestsellerów niedocenianych przez krytykę. Dostaje się samemu językowi wyrażającemu dzisiejszy świat. Ten świat, w którym podglądamy i porównujemy. Nasilając nasze depresje, jakie rozumieją dzisiaj tylko koncerny farmaceutyczne, przyglądamy się kadrom z życia innych; takim, które upublicznione w Internecie zdają się mówić prawdę o nas samych. Joanna Dziwak nie dąży do prawdy i nie chce nam sugerować, co w wymieszanym świecie bezwartości jest jeszcze warte uwagi. Stworzyła kolaż ze słów, w którym wiruje wszystko, o czym dzisiaj się mówi, myśli i to, co się robi. Bezsens w sensie i kalki słowne wyrażające wtórność. To niewygodna rzecz dla wszystkich, którzy nie mają poczucia humoru. Ci, co potrafią przyjąć ją z przymrużeniem oka, będą zadowoleni.

Historia Jo rozpoczyna tę lingwistyczną psychodramę. Jo jest szansonistką, której nie chciał Nowy Jork ani Las Vegas. Ponieważ jest dodatkowo ckliwa i depresyjna, bolesna świadomość bycia jedną z wielu dziewcząt chcących zrobić karierę przygnębi ją w dwójnasób. Jo ironizuje z poukładanego życia wszystkich materialistów tego świata, bo dla niej jedynym słusznym posunięciem zawsze jest ucieczka. Najpierw chciała uciec od swej prowincjonalnej Alabamy, a potem ucieka już od wszystkiego, bo tak jej wygodnie i się przyzwyczaiła. Wyczynem jest dla niej podjęcie jakiejkolwiek decyzji, a kiedy już ją podejmie, upływa dużo czasu, nim ją zrealizuje. Jo ma dziwne poczucie bycia wyjątkową w pustce. Usiłuje nadać swej egzystencji jakiś sens. W ciągłym ruchu zatrzymać się, złapać oddech. Ponieważ trudno jej określić siebie, podsłuchuje innych. I wtedy dopiero Joanna Dziwak się rozkręca, bo porzuca swą bohaterkę i rozpoczyna się część zasadnicza - wielogłosowy bełkot o świecie depresji i fejmu, o deficycie stałości i porządku i o staraniu się o to, by wciąż zmieniać siebie. Język odzwierciedla wszelkie wahania oraz sztuczny bunt. Studenci "chujwieczego", natchnione nastolatki, muzycy-kontestatorzy i wszelkiego rodzaju subkulturowe loże szyderców, które nie widzą, że też są obiektami drwin. Bujamy się w tym wszystkim, w słowach porozrzucanych, w stylizacjach stylizacji i w chaosie ekspresji. Tworzy się powieść panoramiczna o niczym, bo pośród zgiełku młodych zagniewanych nie ma właściwie żadnego sensownego komunikatu. Nie pozostaje nic innego jak zamknąć ten postmodernistyczny bajzel na rzecz nieco bardziej kameralnej opowieści.

Kontrastem do chaosu jest historia o pewnym poecie z Bytomia. Arkadiusz Pszczoła w przeciwieństwie do wszystkich portretowanych wcześniej "nie ma szans na lans" i nie pragnie niczego więcej poza silnym zakotwiczeniem się w czasie teraźniejszym. Arkadiusz Pszczoła zdobywał fejm, gdy kochały go nauczycielki języka polskiego w podstawówce. Potem zdobył już tylko stabilizację dzięki spadkowi, który uratował go przed koniecznością pakowania się w kredyty, zobowiązania i przed nieustanną walką o środki finansowe na codzienne życie. Na co dzień Arkadiusz Pszczoła spogląda przez okno, gdzie stoi kościół i sklep Biedronka. Pisze wiersze, które wrzuca do netu, ale tak naprawdę marzy o czymś więcej, o dostrzeżeniu przez innych. Wie, że niczego nie musi zmieniać i nie dane jest mu mierzenie się z przyszłością, ale postanawia wyrwać się ze swojego Bytomia. Cel nakreślony przez Joannę Dziwak nie jest zbyt konkretny, a przecież Arkadiusz Pszczoła stawia na konkret i jasne intencje. Autorka mocną kreską odcina go od wyjących z niespełnienia hipsterów, czyniąc jednocześnie postacią tragiczną w swym braku wyrazu. Okazuje się, że uwięziony w szarości i polskich absurdach Arkadiusz niewiele różni się od poszukującej siebie Jo. W tym wszystkim jest nie tylko fatalizm, ale i ironia wraz z odrobiną empatii. Autorka "Gier losowych" dość uważnie przygląda się swoim loserom, chcąc stworzyć własną narrację zbudowaną z tych cudzych, gdzie coś jeszcze warte jest opowiadania.

Pojawia się problem, na kogo i w jaki sposób stylizuje się na proza. A może jest integralną całością, która kpiąc z form, sama zamyka się w oryginalnej formie drapieżnego ataku na świat, do którego samemu się należy? Ciekawe są również fantazje snute w trzeciej historii, o której tutaj celowo nie piszę, a którą w skrócie można nazwać dekonstrukcją literackich miraży. "Gry losowe" drwią z literatury celebryckiej i literatury westchnień kur domowych. Joanna Dziwak pokazuje, że w tytułowych grach jej bohaterowie szczęścia nie mają, ale nie chodzi o żadne "happy endy", lecz o nakreślenie punktów widzenia, myślenia i odczuwania, które nie są niczym pewnym i można podważyć niemal każdą tezę tak, jak ta książka sama siebie podważa, dyskredytuje, satyrycznie ośmiesza oraz inteligentnie nas uwodzi.

Gdzieś pomiędzy stałością i przewidywalnością losu bytomskiego Everymana a kompulsywną nadpobudliwością amerykańskiej uciekinierki jest jeszcze życie, któremu Joanna Dziwak się nie przygląda. Interesują ją skrajności, ale może dlatego, że dzisiaj żyje się skrajnie, by wierzyć, iż żyje się w ten sposób naprawdę. "Gry losowe" ośmieszają literackie konwencje i naiwność myślenia o rzeczywistości. Dziwak mierzy się z tym kakofonicznym dyskursem, który nazywamy dziś wciąż na nowo. Wciąż staramy się wartkiemu nurtowi wielości nadać jakiegokolwiek znaczenia. Zagubienie i próby poszukiwań Jo czy Arkadiusza to tylko symboliczne drogi wyjścia naprzeciw czemuś, co nieznane. Stale bowiem kryją się przed nami tajemnice, choć o świecie wszyscy wiedzą już wszystko. Lektura "Gier losowych" będzie z jednej strony nieprzyjemnym doświadczaniem tego, co gdzieś obok. Z drugiej jednak - jest to opowieść specyficznie wpisana w tekst i kontekst. Wyraźna. Złośliwa i czuła jednocześnie. Taka jest dzisiejsza forma ekspresji, tak się dzisiaj pisze, tak się myśli o pisaniu i odczuwa niedosyt, że pełno wokół wszystkiego, co już było.

1 komentarz:

wiedenskisernik pisze...

trafia na moja listę ksiazek do przeczytania... dziękuje za świetna recenzje !