Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-05-13

"Fatum i furia" Lauren Groff

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 430

Tłumacz: Mateusz Borowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wiwisekcja związku

Książka Lauren Groff to kolejny marketingowy produkt wywołujący falę komentarzy wszędzie tam, gdzie zostanie opublikowany z metką arcydzieła polecanego przez samego Baracka Obamę. Opowieść została podzielona na dwie części i zmusza niejako do tego, by każdą z nich osobno omówić, bo całość tworzą dwie dość energetyczne i bardzo zróżnicowane narracje. Groff w pierwszej części daje z siebie wszystko i to widać w popadającej w pretensjonalność części drugiej, gdzie niejako potencjał się wypala, a powieść podąża w stronę nadmiernego dydaktyzmu i równie przesadzonego dramatyzmu. Kiedy czyta się „Fatum”, można igrać z licznymi odniesieniami do tekstów literatury i kultury. Można czytać Szekspira w kontekstach i przyglądać się współczesnym odczytaniom tragedii greckiej. Najbardziej interesujące stają się postacie odległego planu, niespełniony samotnik i florydzka syrena, rodzice głównego bohatera. Poza zabawą z konwencjami i przesłaniami w pierwszej części mimo wszystko wieje nudą. „Furia” stara się nadrobić rozczarowania czytelnicze, ale podąża w stronę przewidywalnego traktatu o istocie małżeństwa. O tym, że jest to zazwyczaj ścieranie się ze sobą, i o tym, że każda para nosi w sobie mroczne sekrety, skryte w niedopowiedzeniach, ujawniane stopniowo, cementujące związek czasem w sposób toksyczny, najbardziej jednak widoczne tam, gdzie nie sięga wzrok postronnego obywatela. U Groff mamy za to naprawdę wszechwiedzącego narratora – kojarzonego z różnymi funkcjami z historii literatury – który dosadnie komentuje rzeczywistość i przenosi nas także w przyszłość, bo narracja ta to powieść rozpięta między pełnymi uroku latami dziewięćdziesiątymi XX wieku a czasem, do którego jeszcze nie dotarliśmy, a gdzie ulokował się głos rozsądku wskazujący czytelnikowi, jak powinien odbierać i interpretować część scen, zachowań i słów.

„Fatum i furia” to opowieść o deficycie miłości oraz o jej nadmiarze w życiu. Jedno i drugie może być przekleństwem, ale prawdziwy dramat rozegra się wówczas, gdy żyć będą obok siebie osoba przekonana o tym, że nie jest warta żadnego uczucia, i ta, która uważa, że kochać ją powinien każdy. Oto oni, małżeństwo na językach innych. Mathilde Yoder i Lancelot Satterwhite. Powieść rozpoczyna przesycony słodyczą obraz, w którym widzimy tych dwoje, jak przemierzają plażę i penetrują swoje ciała – nierozłączni i nienasyceni. Połączył ich przypadek, wzięli ślub błyskawicznie. Wszystkich wokół – a jest tych bohaterów sporo i każdy ma przypisaną przez Groff konkretną rolę w tej historii  – dziwi fakt tak wielkiego szczęścia w obliczu tylu niewiadomych. Kochankowie, a zaraz potem małżonkowie mają mgliste pojęcie o sobie. Dają się porwać uczuciu zbudowanemu na wątpliwym fundamencie. A jednak są ze sobą ponad dwadzieścia lat. Towarzyszymy im na co dzień, zgłębiając jednocześnie ich przeszłość. Tam kryje się sporo zagadek, a jednocześnie czytelne autorskie przekonanie o tym, że wspólne życie powinno się budować także na tych osobnych, które już minęły.

Wspomniałem na wstępie, że Lauren Groff świetnie konstruuje postacie odległego planu. To ojciec i matka Lancelota. Cudownego chłopca z florydzkiej prowincji, który w innym świecie wcale nie będzie tak cudowny, choć towarzyszyć mu będzie aura niezwykłości budowana w pocie czoła także przez małżonkę. Ojciec opuścił Lotta bardzo szybko. Zdążył dać mu życie i obdarzyć go miłością, jakiej sam nigdy nie zaznał. Dużo bardziej skomplikowana jest sytuacja z matką. Religijność będzie szła u niej w parze z podłością. Nigdy nie zaakceptuje wyboru syna. Nigdy nie spotka się z synową. Wciąż będzie roić marzenia o tym, kim mógłby stać się jej syn, gdyby pozostał z nią na Florydzie. A porzucony przez Lancelota świat młodości wraca do niego pod postacią siostry i ciotki. Wróci również w innej formie, ale pozna ją przede wszystkim Mathilde. Tymczasem zmuszona jest do tego, by podjąć wyzwania prozy życia i przez lata utrzymywać męża – niespełnionego aktora, cementując ich bliskość specyficzną formą oddania.

Lauren Groff opowiada o oddaniu i o zemście. O tym, że budowany na oczach wielu obserwatorów związek może być wewnętrznie toksyczny, choć przecież małżonkowie trwają przy sobie latami i wspierają się w każdy możliwy sposób. Nic odkrywczego, prawda? Widoczne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy Lotto z roli odtwórcy przechodzi do roli twórcy. Staje się uznanym dramatopisarzem. Dokonuje śmiałych rewizji tego, co udokumentowali starożytni twórcy. Sięga po klasyków, by mówić z nimi innym głosem. Nie spodziewa się, jaki związek z tym wszystkim ma Mathilde. Nikt nie spodziewa się tego, co może kryć w sobie ta tajemnicza, zdystansowana do świata kobieta, u której duma gra w mroczną grę z upokorzeniami. Bo to Mathilde ma być wyrazicielką antycznej furii i to w jej biografii zamknie się wszystko, co najbardziej dramatyczne. Groff rozsadza napięcie pierwszej części książki, bo oczekuje się na jakieś spektakularne rozstrzygnięcia. Czytanie o pożyciu i sukcesach tego małżeństwa po pewnym czasie usypia czujność. Mathilde będzie nosić w sobie wystarczająco wiele mrocznych sekretów, by uczynić z tej powieści dynamiczną historię o braniu odwetu za coś, czego doświadczyło się jako specyficznego prezentu od życia.

„Fatum i furia” to zręcznie napisana powieść, która najpierw jest śmiertelnie nudna, a potem stara się nadrobić to w postaci historii z nagromadzeniem wszystkich możliwych traum życiowych. W efekcie otrzymujemy powieść, w której najpierw – dla zabicia nudy – wydobywamy te wszystkie nawiązania kulturowe, które Groff nazywa na nowo i którymi żongluje na tyle sprytnie, że prezentuje ich nowe odczytania, a potem rozpaczliwie próbujemy nadążyć za natłokiem wydarzeń pominiętych w pierwszej części zdecydowanie zbyt monotonnej narracji. W efekcie otrzymujemy historię dość zwyczajnych przesłań. Misterna konstrukcja zakłóciła autorce łączność z rzeczywistością na tyle silnie, że Groff popełniła mimo wszystko powieść wtórną i zbyt wyraźnie dręczącą dydaktyzmem. „Fatum i furia” to opowieść o egoizmie, strachu, próbach racjonalizowania demonów przeszłości, a przede wszystkim wiwisekcja związku, z której wynika niewiele więcej niż to, co zostało już powiedziane przez wielkich amerykańskich pisarzy – mnie nasunęło się skojarzenie przede wszystkim z "Parami" Updike’a. Tajemnice sankcjonowane są na początku jako pewniki, do których czytelnik wróci potem. Ich wyjaśnianie to kilka lekcji o tym, w jaki sposób ludzka psychika odreagowuje trudy egzystencji i czym jest międzyludzki kompromis uczuciowy, na ile można go unieść przez lata oraz z jakimi konsekwencjami będzie się wiązał. Summa summarum – jest to książka wyróżniająca się przede wszystkim tym, jakie głosy w mediach uruchomiły jej życie i jak mocno komercyjne stało się głoszenie wszem wobec, że Groff zaskakuje i uwodzi. Tymczasem – by nazwać to dosadnie – zwyczajnie nudzi, opowiadając wciąż tę samą historię o złożoności związków, w których każdy walczy o swoją pozycję na swój wewnętrzny sposób.

1 komentarz:

Grupa SLA-UJ pisze...

Zgadzam się - książka zwyczajnie nudna, nic mnie w niej nie zainteresowało, zmęczyłam ją tylko po to, aby zrozumieć, skąd tyle pozytywnych recenzji. Nie zrozumiałam.