Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-06-21

"Mam na imię Lucy" Elisabeth Strout

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 224

Tłumacz: Bohdan Maliborski

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Schyłek i odrodzenie

Powieść Elisabeth Strout jest książką o pozorach i o tym, czego możemy się domyślać – na temat świata i samych siebie. Będzie to z jednej strony mglista narracja niepozbawiona elementów kiczu jak symboliczne samotne drzewo na polu kukurydzy czy irytującej manieryczności głównej bohaterki, która co chwilę informuje, że o tym opowie, a o tamtym nie, wybierze fragmenty i zanalizuje relacje z matką, punktując jej nieczułość i pomijając milczeniem fakt niechęci powrotu do domu – po latach, kiedy demony dzieciństwa przestały być tak straszne. Jest to opowieść ogniskująca w sobie wszystkie ważne tematy. Strout zapłacze nad Indianami wyrugowanymi ze swych ziem – słusznie. Doda opowieść o tym, jak buduje się tożsamość pisarska w opozycji do innej obserwowanej pisarki – niepotrzebnie. Pojawią się informacje o rewolucji obyczajowej lat siedemdziesiątych minionego stulecia, odniesienia do wojny w Wietnamie, będzie o pokłosiu drugiej wojny światowej i o tym, dlaczego wciąż boimy się niemieckości, pojawi się także wątek homoseksualizmu oraz trudności pożycia małżeńskiego bez choćby sugerowania początków erozji związku. A mimo wszystko, mimo tematycznego bałaganu i mimo prób sygnalizowania zbyt wielu problemów, w swej analizie ludzkich domysłów jest to powieść naprawdę bardzo dobra.

Przede wszystkim to narracja zwierzenia. W niej kryją się prawdy i konfabulacje, ale głównie niedopowiedzenia – tam trzeba szukać, czasem na oślep, wyjaśnienia dla kondycji egzystencjalnej, w jakiej – po latach – bohaterka książki opowiada o długich tygodniach spędzonych w szpitalu i niespodziewanej wizycie matki, która mogła zmienić skomplikowane relacje między kobietami. Warto przypomnieć najważniejsze zdanie z tej książki, a brzmi ono następująco: „Tak wiele w życiu wydaje się domysłem”. Strout uwięzi swoją bohaterkę w dość toksycznej sieci domysłów, pozwoli jej na niemożliwy przez całe życie dialog z samą sobą, a czytających pozostawi w niemym zdumieniu, bo to książka o tożsamości, która długo nie mogła się narodzić.

Dlaczego? Dzieciństwo Lucy Barton było opresyjne. Prowincjonalne Amgash, w którym Bartonowie dodatkowo się izolowali. Dorastająca Lucy nie mogła się nauczyć życia, bo nie otrzymywała odpowiedzi na fundamentalne pytania. W rodzinie były milczenie, ciężka praca i niechęć do wzruszeń albo okazywania słabości. Rodzice okopali się na swoich pozycjach. Ojciec latami przeżywał wojenny koszmar, a matka bezpiecznie czuła się w świecie bez wyjaśnień, bez miłosnych wyznań, bez czułości i okazywania najbliższym tego, czego potrzebują – zainteresowania. Zaskoczenie Lucy jest ogromne, kiedy któregoś dnia matka zjawia się w szpitalu i postanawia spędzić z córką pięć dni. To czas rozmów o innych, o problemach im odległych. Czas, w którym niezdarnie próbują stworzyć płaszczyznę porozumienia, i czas, kiedy nie padają żadne ważne słowa. Istotne są gesty, za nimi będzie szło coś więcej w przyszłości. To Lucy odwiedzi matkę w szpitalu i to ona powie jej, że ją kocha. Mimo wszystko. Miłość idealna przecież nie istnieje, a między Lucy a matką tkwiły gdzieś bolesne doświadczenia uniemożliwiające wyznanie tej miłości.

To druga niedawno wydana, świetna narracja o relacjach matki i córki po "Skórze" Toni Morrison, gdzie domysłów było znacznie mniej, dużo więcej za to świadectw oddalenia. Strout pisze o oddaleniu w fenomenalny sposób. Czyni to dyskretnie i dosadnie jednocześnie. Pokazuje, jak skomplikowane mogą być relacje ludzi oparte na wiecznym porównywaniu się do czegoś, punktowaniu wad drugiej osoby. Gorzka diagnoza społeczna Strout obrazuje społeczeństwo, w którym poprawiamy sobie samopoczucie, deprecjonując innych. Lucy w dzieciństwie była wyjątkowo zdeprecjonowana. Przez biedę, rodzinną izolację, przez tworzące się latami kompleksy i poczucie, że zawsze należy przepraszać. Tożsamość Lucy rodzi się z deficytów i pragnień. Zbyt długo od siebie uciekała, aby spotkać się z sobą naprawdę. Zbliżenia, do jakich dochodzi w szpitalnych salach, są jedynie bolesnymi dowodami tego, jak daleko można być od najbliższej osoby i jak druzgoczące jest to dla rozwoju człowieka, przede wszystkim rozwoju jego umiejętności prospołecznych.

„Mam na imię Lucy” to książka o schyłku rodziny i małżeństwa. Jednocześnie powieść o tym, że na gruzach może rodzić się coś nowego. Nie chodzi tylko o pewność siebie. Także o pożegnanie się z tym etapem życia, na którym szukanie jakiegokolwiek punktu zaczepienia i elementu bezpieczeństwa powodowało, że poczciwych ludzi można było pokochać na zawsze. Lucy bezpieczniej czuje się, wspominając dobroć ludzką na swej drodze. Ci najważniejsi są gdzieś w oddaleniu. Ważne jest to, jak wiele wzięła od nich bohaterka, bo w gruncie rzeczy wszystko, co ją ukształtowało, musiało pochodzić od obcych, w rodzinie były cisza i pustka.

To również bardzo ciekawa powieść autotematyczna. Droga pisarska Lucy Barton jest nieustannym mierzeniem się z nieprzenikliwością świata. To próby opowiadania siebie, ale także konstruowania pewnej wizji rzeczywistości. Pisanie wynikłe z samotności i wychodzące naprzeciw tym, którzy dzięki czytaniu mogą zapomnieć o tej swojej. Lucy dobrze wie, obserwując inną znaną pisarkę, że pisanie o ludziach to dodatkowy problem, albowiem ludzkiej natury opisać się nie da. Bohaterka usiłuje więc nadać kształt własnej. Nie dowiemy się jednak zbyt wiele, bo tematów jest sporo, ale ich pogłębienia brak. Wiemy, że Lucy wybrała drogę aktywności zawodowej, która daje jej satysfakcję. Na przekór opresyjnemu czasowi rodzinnemu i trudnemu małżeństwu. Strout ujmująco opowiada o tym, że jej bohaterka nareszcie czuje się u siebie. Dobrze ze sobą i swoimi odczuciami. Z brakami, których nie zrekompensowała, i z marzeniami, które po części udaje się zrealizować. „Mam na imię Lucy” to książka o trudnym szczęściu i jeszcze trudniejszym udowodnieniu sobie, że można na nie zasłużyć.

Można powiedzieć, że to jedna z wielu narracji o tym, iż poczucie własnej wartości prędzej czy później trzeba w sobie umocnić, by przestać mierzyć się z demonami przeszłości i kompleksami. Elisabeth Strout dodaje do tego jeszcze jedną ważną sugestię. To, kim się stajemy, w dużej mierze zależy od sfery naszych przeżyć, emocji i odczuć. Od tego, jaki obraz nas samych odbija się w oczach innych ludzi. O tym, że są oni potrzebni, by poznać się naprawdę, bo tylko wśród ludzi wiele domysłów może zamienić się w pewność. Siebie i tego, kim się jest.

2 komentarze:

Kasia pisze...

Świetna recenzja :) Teraz nic tylko dokonać zakupu książki :) Mam tylko jedną prośbę pomożesz mi znaleźć najtańszą ofertę bo nie mam zbyt wiele środków na koncie :P Znalazłam tutaj http://aros.pl/ksiazka/mam-na-imie-lucy interesującą ofertę ale może gdzieś jest jeszcze taniej ? Orientujesz się ?

Jarosław Czechowicz pisze...

Tak, Aros to jedna z najtańszych księgarni, wielu poleca. Pozdrawiam