Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-01-11

„Syn” Philipp Meyer

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 606

Przekład: Jędrzej Polak

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Amerykańska tożsamość

„Syn” Meyera to powieść licznych odczytań, ale jest to przede wszystkim książka o Ameryce, jej skomplikowanej autonomii, o wszystkich wstydliwych mrokach amerykańskości i o ziemi – tej ziemi, która przez lata została złupiona najpierw ze wszystkiego, co na jej powierzchni, a potem była męczona i ograbiana z tego, co kryje pod sobą. Meyer demitologizuje początki swego kraju, ukazując jednocześnie, jak wiele z tego, co dziś stanowi narodową tradycję, nosi znamiona przypadkowości. To powieść ukazująca różne oblicza przemocy, bezkompromisowość ludzkich działań i rasistowskie tendencje do wiecznego segregowania, podporządkowywania, ustalania norm opartych na pochodzeniu i narracja o chaosie, który usilnie jest porządkowany poprzez coraz bardziej skrajne i bardziej radykalne poglądy zamieniające przestrzeń oraz ludzi w coś, co trzeba nieustannie dzielić.

Philipp Meyer wzoruje się na detaliczności Steinbecka, korzystając z jego wzorców narracyjnych i niezwykle sugestywnie opisując upływ czasu, który nikomu – ani człowiekowi, ani przyrodzie, ani miejscom – nie oszczędza destrukcji. To, co budowane jest przez wieki, okazuje się ruchomą układanką. Człowiek przypadkowo znajduje się na teksańskiej ziemi i jego działaniami rządzi do końca przypadek. Teksas to serce, które uderza coraz gwałtowniej – im więcej w nim przelewu krwi, przemocy, stereotypizowania i kierowania się prawem silniejszego. Teksańscy ludzie są silni i nie płaczą. Mają krew na rękach, ale starają się ją zmyć. Ślady po niej odnajdują bliscy z kolejnych pokoleń. Liberalne poglądy stają się oznaką słabości. Główny bohater powieści i wielu jemu podobnych nie spoglądają wstecz, czas miniony niewart jest rozprawy. Dramaty – może dużo większe niż te związane z wojnami, grabieżami, gwałtami, skalpowaniem i odbieraniem życia na masową wręcz skalę – zaczną spędzać sen z powiek, kiedy kolejne pokolenia zaczną rozpamiętywać. Meyer opowiada o tym, jak ogromne znaczenie ma pamięć. Opisuje dzieje rodu McCulloughów naznaczone fatalizmem i trudnym do udźwignięcia brzemieniem. Rodu, który zrósł się z Teksasem, ale został też naznaczony niesprawiedliwością i morderstwami. Nie jest łatwo być Amerykaninem. Nawet tym sytym i bogatym, któremu pozornie niczego nie brak. „Syn” opowie o tym, co uwiera w amerykańskiej historii z perspektywy dziejów jednej rodziny. Tej, która nigdy nie była jednością.

Eli jest kilkunastoletnim młokosem, kiedy w XIX wieku na jego dom najeżdżają Komanczowie. Indianie są bezlitośni – syn patrzy na męczeńską śmierć matki i siostry, po czym – wraz z bratem – staje się zakładnikiem najeźdźców. Zabić ich wszystkich – o tym myśli na samym początku, mając przed oczami krzyczące bliskie mu kobiety i widząc, jak wrogowie rozprawiają się z jego bratem niezdolnym do dalszej wędrówki z porywaczami. Zdajemy sobie sprawę, że zemsta będzie motorem napędowym dalszych działań Elego. Tymczasem chłopiec mężnieje u boku czerwonoskórych. Jako Tiehteti zdobywa w szczepie wysoką pozycję, a wódz Toshaway stanie się jego mentorem. Przyglądamy się objawom syndromu sztokholmskiego na długo przed tym, zanim ktoś go zdefiniuje. Eli staje się częścią plemienia. Nie myśli o ucieczce. Myśli o tym, czego uczy go Toshaway. Nabiera cech dawnego najeźdźcy i zdaje sobie sprawę z tego, że przemoc można sankcjonować na wiele sposobów. Niezwykle interesujące jest śledzenie tego, jak rozwija się moralność i lojalność bohatera. Jego narracja jest szczególnie barwna nie tylko dlatego, że oddaje malarską wyobraźnię Philippa Meyera obrazującego dzikość natury, z której prawami uczy się żyć na co dzień Eli. Opowieści o dorastaniu wśród Indian budują narrację o specyficznym rodzaju tożsamości. A przecież wiemy, że prędzej czy później Eli musi wrócić do świata, z którego został wyrwany. Kim się stanie i jak zrozumie samego siebie, kiedy przyjdzie mu być kimś innym, a w Teksasie inny to po prostu śmiertelny wróg? Historia zatoczy w jego życiu krwawe koło. Eli pozostanie odporny na to, czemu ulega jego syn, Peter. Nasienie jego klęski – jak określa Petera tuż przed końcem swego długiego życia. Ojciec i syn zderzą się ze sobą na wielu frontach. Peter zacznie mieć wyrzuty sumienia z powodu zdarzeń i czynów, które Eli uporządkował w pamięci, uznając za całkiem normalne. Narracja Petera będzie wyrażała bunt i melancholijny wstyd za niezawinione śmierci pewnej meksykańskiej rodziny oraz za prymitywizm ojca, którego mentalności Peter nigdy nie był w stanie zrozumieć.

Tak, to drugi narrator powieści, ale mamy jeszcze dwie narracje, zaskakuje zwłaszcza ta ostatnia. Poznajemy losy prawnuczki Elego. Jeanne została przez niego niemal pobłogosławiona do roli tej, której w życiu się uda. J.A. jest silna, twarda, bezkompromisowa i ambitna. Popełnia wszystkie grzechy teksańskiej kobiety, być może kobiety w ogóle. Daje sobie prawo do samostanowienia, nie będąc klasyczną żoną i matką. Jeanne buduje naftowe imperium, ingerując w twardą ziemię Teksasu złupioną i wyjałowioną już przez dziesiątkami lat. Walczy o to, by świat ją dostrzegał, ale przede wszystkim mierzy się z różnymi rodzajami samotności. Popełnia też śmiertelny grzech rodu McCulloughów, czyli sięga w przeszłość, próbuje ją analizować i odnajduje własne błędy. Nie tylko własne. Nieoczekiwane spotkanie z kimś, kto stanowi gałąź rodu, zmieni wszystko. I może wówczas powieść zacznie mówić za siebie. Meyer bowiem zgrabnie domyka wszystkie wątki i stara się uciec od zakończenia otwartego, ale doskonale widzimy, że cała powieść to przede wszystkim strumień rozmaitych sugestii. Sugestii dotyczących tego, czym jest amerykańska rodzina, z czego wyrosła Ameryka i jaką rolę w tworzeniu państwowości odegrał Teksas.

Bo przecież wraz z narodzeniem się Elego rozpoczyna się wielka historia, gdy Teksas uzyskuje niepodległość i może uznać sąsiedni Meksyk za terytorium wrogie, zacofane i dalekie. Teksas rośnie w siłę, a ludzie toną w animozjach. Komanczowie są liczni i bogaci, biali z lubością na nich polują, czerwonoskórzy odpłacają się tym samym. Meksykanie to ludzie drugiej kategorii, bez właściwości i bez wewnętrznej siły, oczekujący autorytarnych rządów i ginący licznie w walkach oraz wojnach bez cienia współczucia ze strony białych. Mamy ułożoną przez Meyera hierarchię społeczną, którą porządkują groteskowe konflikty zbrojne i nieustanny, wcale nie groteskowy, przelew krwi. Teksas spływa krwią i staje się areną zdarzeń, które ukazują jednostkę ludzką jako krnąbrną, złośliwą, bezmyślną, przesyconą żądzą posiadania i destrukcji jakiejkolwiek inności. Opowieść rozpoczyna się w momencie, kiedy zagubieni i zbyt pewni siebie ludzie wkraczają na ziemię, która przez wieki będzie już tylko niemym świadkiem zbrodni i niesprawiedliwości.

Ale nie o tym jest przecież „Syn”, nie tylko o tym. To opowieść o źródłach rodowego potępienia i o wypieraniu ze świadomości wszystkiego, co wstydliwe. O sankcjonowaniu przemocy i o strukturze świata na niej zbudowanego. Philipp Meyer portretuje teksańską szorstkość i czułość jednocześnie. Budując tę narrację z detali, które wydobywał wcześniej z różnych tekstów źródłowych, proponuje nam rozprawę z ludzkim atawizmem – chęcią przetrwania mimo trudnych okoliczności. To epicka historia wielu poświęceń, wielu ludzkich szkód, zakazanych namiętności i wyobcowania. O tym, co przechodzi z pokolenia na pokolenie jako balast wstydu. Także o pamięci miejsc i czasu. O zrastaniu się z danym miejscem, zacieraniu w nim śladów po tym, co stworzyło owo przywiązanie. Meyer tak konstruuje narrację, że niekoniecznie liberalni bohaterowie stojący po stronie dobra i porządku wzbudzają naszą sympatię. „Syn” to wielowątkowa historia bezkompromisowości ludzkiego życia. Tego, że jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich i małych jednocześnie. Możemy być bohaterami i potępionymi zbrodniarzami. Mamy w sobie wszystko to, z czego możemy być dumni i czego powinniśmy się wstydzić. To przesłanie sugeruje, że Meyer napisał coś więcej niż powieść rozprawiającą się z mitem założycielskim Ameryki. Napisał o przekleństwie i potędze pamięci oraz o tym, jak skomplikowaną strukturę może mieć ludzka tożsamość.

2 komentarze:

KacperJanowski pisze...

Bardzo fajny blog panie Jarosławie :) Miło się czyta

KacperJanowski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.