Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-03-13

„Trąf, trąf, misia bela” Dagmara Andryka

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 23 lutego 2017

Liczba stron: 480

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Traumatyczna bliskość

Druga powieść kryminalna Dagmary Andryki rozczarowuje. Po świetnym „Tysiącu” otrzymujemy opowieść, która sama nie wie, w jaką stronę podążać – ścieżką wytyczoną debiutem, gdzie Andryka sugestywnie portretowała relacje ludzkie w zderzeniu z przekonaniem, iż nad zbiorowością wisi klątwa, czy tą wyznaczoną przez ambitną dosyć koncepcję sportretowania grupy ludzi związanych toksyczną bliskością. Klątwa jest słowem, które w „Trąf, trąf, misia bela” rozbija się gdzieś chaotycznie między zdaniami, ale szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że zaprezentowana historia nie ma nic wspólnego z myśleniem magicznym, choć wyrasta z pewnego mrocznego paktu zainicjowanego przed trzydziestu laty na obozie sportowym. Tym razem będziemy śledzić losy ludzi, którzy zdecydowali się na specyficzną formę bliskości. Na związek emocjonalny będący ich kolejną życiową traumą, bo wydobytą z przeszłości tylko dlatego, że w teraźniejszości pojawia się śmierć. Ósemka bohaterów domaga się wyraźnego rysu charakterologicznego, psychologicznego uwiarygodnienia. Podejrzewam, że z takim pomysłem Katarzyna Bonda stworzyłaby powieść, przy której objętość kolejnych narracji o Saszy Załuskiej nie byłaby w żaden sposób imponująca. Andryka przedstawia nam swoje postaci, ale nie wychodzi poza szkolną charakterystykę. Widzimy, że wszyscy są straumatyzowani. Dostrzegamy różnice między nimi przede wszystkim w tym, jak się zachowują i co mówią. Poza tym wiemy, że życie nie uwolniło ich od bolesnej przeszłości, serwując w dorosłości podobnie nieudane bliskie relacje, z jakich wyrośli i od których uciekali w 1984 roku do Trzcianki. Ta powieść stara się wejść głębiej w psychologiczny mechanizm ludzkiej potrzeby przynależności. Stara się pokazać pokłosie młodzieńczej zabawy jako sumę lęków i uprzedzeń. Portretuje swoje bractwo bardzo wyraźną kreską, jeśli opowiada o zbiorowości. Gdy zbliża się do pojedynczego człowieka i jego problemów, nie jest już tak wyrazista i przekonująca.

Marta Witecka wydała książkę o Mille i stara się dojść do równowagi po traumatycznych doświadczeniach, jakie stały się jej udziałem w mrocznej miejscowości będącej miejscem zdarzeń pierwszej powieści Dagmary Andryki. Witecka ucieka w świat skandynawskich kryminałów, mierząc się z męczącą samotnością. Spotkania autorskie są jedynymi formami kontaktu ze światem zewnętrznym, albowiem bohaterka zapada się w sobie. Widzimy jednak, że więź emocjonalna z Mille jest bardzo silna. Mimo doznanych tam krzywd Marta ma do kogo wracać i nie omieszka tego zrobić, gdy będzie podróżować po całej Polsce w poszukiwaniu odpowiedzi na zagadki nowej sprawy. Nią zainteresuje ją ambitna i niezależna notariuszka ze Szczecina, która podczas jednego ze spotkań autorskich Witeckiej poprosi o wyjaśnienie zagadki śmierci bliskich jej osób. Okazuje się, że po przypadkowym zgonie wrocławskiego architekta gasną kolejne ludzkie istnienia. Ma to związek z grupą, która przed laty obiecała sobie wsparcie i zaufanie. Otoczyła się murem tajemnic i postanowiła pośród nich trwać. Igor, opiekun grupy, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo toksyczna będzie przynależność rozwijająca się na obozie sportowym. Po jego śmierci ginie jeden z ówczesnych podopiecznych. Przerażona Anna chce wymóc na Witeckiej zainteresowanie sprawą. Okazuje się, że te dwie śmierci mogą być początkiem całej serii. Być może życie stracą wszyscy, którzy przed laty obiecywali sobie wierność, przyjaźń i wzajemne wsparcie.

Jaka jest cena szczerości i lojalności sprzed lat? Kim tak naprawdę są dorośli ludzie, którzy w nastoletnim wieku zbliżyli się do siebie i zdecydowali, że młodzieńcze tajemnice i prawdy nieść będą przez całe dalsze życie? Tu zaczyna się problem, bo Dagmara Andryka portretuje członków bractwa jednowymiarowo. Każdemu z czymś w życiu nie wyszło. Niektórzy mają pieniądze, mogą wiele i zrobili tak zwane kariery, ale każde z nich pielęgnuje w sobie to skrzywdzone przez laty dziecko domagające się, by ktoś je wreszcie zauważył, i chcące być częścią wspólnoty, która uszanuje i nie skrzywdzi. Rejestr krzywd jest jednak imponujący, ale mało wyraźne jest rozróżnienie, komu życie przykopało mocniej. Widzimy, że pozostała przy życiu szóstka miota się pośród złudzeń i prowadzi często podwójne życie, ale autorka jakby bała się sięgać głębiej. Zależy jej na tym, by akcja była dynamiczna, i dzieje się to kosztem wiarygodności portretowanych ludzi. Otrzymujemy obraz toksycznych relacji sprzed trzydziestu lat i widzimy prowodyrkę niebezpiecznych zabaw, które położą się cieniem na kolejnych latach. Pola, inicjatorka zabawy w prawdę oraz przepowiednie śmierci, jest zdecydowanie postacią pierwszego planu, albowiem sama Witecka tonie nie tylko pośród niedomówień sprawy, którą postanowiła się zająć, ale także wśród problemów i dylematów członków bractwa, do którego – mimo wielu wysiłków – nie udaje jej się naprawdę zbliżyć.

O ile opowieść o krzywdach wyrządzonych w przeszłości, które powracają po latach i nie dają spokoju, broni się swą dwuznacznością i skomplikowanymi niuansami w relacjach bohaterów, o tyle sama intryga kryminalna oraz portretowanie Witeckiej są już mniej interesujące, o ile nawet nie nudne. Zaskakuje to, w jaki sposób autorka kończy swoją powieść. Wyjęte zostały wszystkie króliki z kapelusza i Andryka usiłuje nim stukać, by wypadł jeszcze jeden. Motywacje zabójcy – a możemy sobie go typować nie tylko z kręgu przyjaciół związanych tajemnicami – są mało czytelne. Niby je rozumiemy, ale nie do końca. To nie są powody, dla których warto zabijać. Tym bardziej po trzydziestu latach. „Trąf, trąf, misia bela” zaoferuje nam nie tyle przewidywalne, ile przede wszystkim naciągane w swej wiarygodności zakończenie. Sama zaś Witecka staje się postacią dość papierową. Chce odpuścić, zamknąć sprawę przed znalezieniem zabójcy. Odnosi się wrażenie, że Dagmara Andryka najpierw chce bardzo mocno skomplikować fabułę, a potem wydobywa z niej coś, co pozwala w miarę szybko zamknąć powieść. To, niestety, negatywnie zaskakuje. Całość zaś jest rzeczywiście zgrabną opowieścią o tym, jak wiele człowiek jest w stanie poświęcić dla grupy, która go doceni, i jak gotów jest na konfrontację ze sobą tylko wtedy, kiedy otrzyma na nią milczące pozwolenie społeczności, w której czuje się akceptowany.

Myślę, że mogłaby to być świetna powieść obyczajowa, do której te wszystkie śmierci i naciągane nieco tajemnice stanowią tylko mało wartościowy dodatek. Mogłaby nią być, gdyby ukazywała relacje bohaterów w szerszym kontekście. One są jedynie naszkicowane, podobnie jak źródło lęków i uprzedzeń. Kolejne zgony, szybkie tempo i mała wiarygodność motywacji czynią z drugiej powieści Andryki rzecz, wobec której zachowuje się dystans. Nie chce się uwierzyć w to wszystko, co buduje świat przedstawiony, choć cały czas błąka się gdzieś myśl, że jest to jednak symboliczna opowieść o ludzkim wyobcowaniu i dramatach nieakceptowania. Szkoda, że wszystko rozbija się wokół pewnych prostych schematów i koncentruje na bohaterach, którzy nie są przekonujący.

Brak komentarzy: