Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-06-09

„Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” Hervé Ghesquière

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 24 kwietnia 2017

Liczba stron: 204

Przekład: Justyna Nowakowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Niespokojna ziemia

Hervé Ghesquière napisał książkę, którą można traktować jako ciekawe uzupełnienie reportażu Eda Vulliamy’ego „Wojna umarła, niech żyje wojna”. Obaj korespondenci badają teren, który został tak boleśnie doświadczony przez okrucieństwo wojny bałkańskiej z lat 1992-1995. Obaj zastanawiają się nad tym, jak wygląda krajobraz po wojnie – głównie ten mentalny, bo ważne są ruiny świadczące o wielkiej traumie, ale dużo ważniejsi jednak ludzie. Groza wojenna odciska się na kolejnym pokoleniu. Vulliamy – w dużo większej objętościowo książce – opowiedział o tym na wiele sposobów, zbierając taką liczbę wstrząsających wspomnień, że nie sposób było czytać je wszystkie bez chwili przerwy na złapanie tchu. Reportaż Ghesquière’a wydaje się bardziej kameralny i nieco bardziej osobisty. Nie chodzi tylko o to, że francuski dziennikarz opowiada o ponownym spotkaniu z ukochanym Sarajewem, które darzy miłością sentymentalną i jednocześnie gorzką. Hervé Ghesquière bardziej punktuje to, co Vulliamy rozpisywał na wiele głosów. W skondensowanej formie opowiada o różnego rodzaju opresjach, z którymi spotykają się dzisiejsi mieszkańcy Bośni i Hercegowiny. Kraju podzielonego chyba najbardziej ze wszystkich pojugosłowiańskich państw nie tylko dlatego, że wraz z Republiką Serbską wewnątrz siebie kumuluje tak wiele animozji i nieprzepracowanych dramatów, z których wyrastają kolejne. Bośnia i Hercegowina jak w soczewce ogniskuje problem bałkańskiego nacjonalizmu. Tego, w jaki sposób wciąż jest żywotny. Trawi pozornie zdrową tkankę społeczną, pozbawioną już agresji i uprzedzeń. Tylko pozornie. „Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” to przede wszystkim sugestywne ostrzeżenie przed nacjonalizmem. Wydobyte z miejsca, o którym jeden z rozmówców Ghesquière’a mówi z goryczą: „(…) żyjemy nadal w epoce plemion”.

Teza wstępna tej książki stara się wskazać, że Europa naznaczona coraz to nowymi ruchami nacjonalistycznymi winna wejrzeć w głąb tego, co nacjonalizm uczynił z sercem Starego Kontynentu w czasie, w którym Bałkany topiły się we krwi. Nie jest jeszcze za późno, by powstrzymać to, co złe. Tam, gdzie przebywa Hervé Ghesquière, nacjonalizm po wojnie ledwie przygasł. Dzisiaj ma się bardzo dobrze. Wielu rozmówców wyraża mroczne przekonanie, że kolejna wojna może mieć miejsce lada chwila. Dlaczego? Dlatego, że – co podkreśla z całą stanowczością także Vulliamy – nie dokonano właściwego rozrachunku z przeszłością. Nie przedyskutowano jej, nie wybaczono sobie, nie przyznano się do błędów. Cała Bośnia zdaje się wypierać ze świadomości to, co niewygodne. Temat wojny nie istnieje. To temat tabu właściwie w każdej rozmowie – oficjalnej czy prywatnej. Demony wojny mają się bardzo dobrze. Zostały uśpione, ale nikt się ich nie pozbył. Ghesquière próbuje oddać ten mroczny proces odsuwania w pamięci minionej traumy, zastępowania jej czymś innym, niemożności rozmowy i braku chęci pojednania.

Przemierzając terytorium Bośni i Hercegowiny, autor rozmawia z ludźmi, którzy tkwią w matni bardzo specyficznego tworu państwowego. Etnokracja z trzema prezydentami nie jest ustrojem, w którym ktokolwiek miałby się dobrze. Państwo przeżarte korupcją i nepotyzmem nieśmiało puka do drzwi Unii Europejskiej, ale w gruncie rzeczy nie jest w stanie wykorzenić tego, czego Wspólnota absolutnie nie zaakceptuje. Przede wszystkim potwornych podziałów na tle etnicznym, które doprowadziły do śmierci i wygnania ludzi będących dzisiaj w stanie pewnego zawieszenia. Czy można spodziewać się powtórki jatki sprzed ponad dwudziestu lat? Zda się, że w niektórych rejonach, które odwiedza Hervé Ghesquière, wystarczy iskra, by podpalić lont nienawiści. Uprzedzenia są wciąż obecne. Sąsiedzi mogą obrócić się przeciw sobie w jednej sekundzie. Czy to tylko bałkańska przypadłość, że bliscy sobie na co dzień ludzie mogą z dnia na dzień stać się dla siebie śmiertelnymi wrogami? Jak cienka jest granica między dobrem a złem, szacunkiem a nienawiścią? W kraju, w którym żyją przedstawiciele chrześcijaństwa, prawosławia i islamu, już na gruncie religijnym tarcia niewątpliwie są duże. Zwłaszcza dzisiaj, w XXI wieku. Ale czytając tę wstrząsającą opowieść, nie sposób nie zadać pytania o to, co takiego w portretowanych ludziach pozwala im stać się krwawymi katami, a za chwilę uśmiechniętymi i zadowolonymi z siebie ludźmi, którzy nacjonalizm obudują siatką neutralnych pojęć, a o dokonanej rzezi będą mówić z cynizmem lub po prostu się jej wypierać…

Kiedy narodowość staje się cechą dystynktywną, idą za nią najgorsze instynkty. Hervé Ghesquière ukazuje, kto i w jaki sposób na co dzień je tłumi. Odwiedza ludzi, którzy potrafią z pełną premedytacją fałszować historię. Ludzi, którzy są gotowi zaprzeczać faktom, interpretować je inaczej niż robi to opinia publiczna, kwestionować własny udział w spirali zła przed laty, nie dawać szansy na pojednanie i wybaczenie. Rachunek wyrządzonych krzywd wystawiają Serbowie i Boszniacy. Ci drudzy portretowani są w tej książce jako ofiary zmuszane do przesiedleń, dramatycznych ucieczek, do niemożności kontaktu z ciałami zmarłych i pochówku tych, których nawet dziś, po tylu latach, poszukują zapłakani członkowie rodzin. Czy kreślenie wizji ekspansywności Serbów to obiektywne obrazowanie bałkańskich konfliktów? Ghesquière stara się przede wszystkim trzymać faktów. Tych faktów, które zamieniają się w morze relatywnych interpretacji. Bo rozmówcy francuskiego autora doskonale wiedzą, że potrzebne jest wybaczenie, by móc się pojednać. Nie są jednak mentalnie gotowi wybaczyć. Zbyt wiele krzywd przemilczano. Zbyt wiele się dzisiaj komentuje ironicznymi uśmiechami. Najgorsze jest jednak milczenie. Skrzywdzeni ludzie nie zapominają, oni jedynie uczą się żyć ze swą boleścią. Funkcjonować w kalekim państwie, które budowane jest na siłach partii nacjonalistycznych. Ten nacjonalizm zdaje się wszechobecny. Bardzo trudno jest się od niego odciąć, bo związał się z każdą sferą życia. Tego skomplikowanego życia pośród ruin, które zostały wzięte we władanie przez rośliny, albowiem człowiek boi się ich dotknąć. Udaje, że nie istnieją. Są, zaznaczają swoją obecność, nadają mijanemu pejzażowi wyraz wyjątkowo przerażającej pustki. Tam, gdzie śmiech i witalizm zbyt często zastępowane są mrocznymi wspomnieniami. Podziałami, których nie zlikwidował koniec wojny bałkańskiej. Te podziały pęcznieją. Są bardzo groźne. Mieszkańcy Bośni i Hercegowiny żyją w lęku przed tym, że przeszłość wróci do nich zaskakująco szybko. Hervé Ghesquière usiłuje zgłębić mechanizmy myślenia tych, którym wygodniej jest milczeć, niż dokonać prawdziwego rozrachunku. Zapomnieć i wybaczyć.

„Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie” to reportaż powstały z osobistej troski. Także z zaskoczenia i zdumienia – one towarzyszą autorowi w każdej podróży roku 2015, bo pokłosiem wędrówek po Bośni i Hercegowinie w tym właśnie roku jest ta smutna i melancholijna książka. Autor portretuje przestrzenie, których nikt nie zabudował, ukazując jednocześnie bezmiar oddalenia tych, co zmuszeni zostali przez los i państwo, by wieść życie obok siebie. W groźnym dystansie albo czasem w zwyczajnej rozpaczy oddalenia, z którym nie można sobie poradzić. Hervé Ghesquière rozmawia z bardzo różnymi ludźmi. Wie, jakie pytania zadawać, by dowiedzieć się czegokolwiek o tym, o czym tam się milczy. Niemożność wyciągnięcia właściwych wniosków z przeszłości idzie w parze z animozjami, które łatwiej podsycać i utrwalać… milcząc. Bo ten reportaż to nie tylko mroczne ostrzeżenie przed niszczącą siłą nacjonalizmu. Także historia o tym, jak przerażające może być milczenie. Co może się w nim rodzić i w co przerodzić. Wojna bałkańska znowu jest blisko. Jeszcze się nie wydarzyła ponownie, ale w umysłach wielu nigdy się nie skończyła. Hervé Ghesquière jest tu zbieraczem smutnych, nostalgicznych i dramatycznych opowieści także o przywiązaniu do miejsca, umiłowaniu ojczyzny i wewnętrznej potrzebie stabilności. Ważna i wartościowa książka, podobnie jak opowieść Eda Vulliamy’ego.

1 komentarz:

czytajodlewej pisze...

dziękuję. kolejna książka na listę.