Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-05-11

„Siła” Naomi Alderman


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 400

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu rewolucji

Nie wiem, jakie ambicje miała Naomi Alderman, pisząc „Siłę”, ale zwodniczy PR tej książki kazał się nią zainteresować jako pozycją właśnie dość ambitną. Niestety, otrzymujemy zwyczajną literaturę rozrywkową. Opowieść w dynamicznej, komiksowej konwencji. Pełną luk, nielogiczności, nastawioną na elektryzującą akcję, brawurowo opisującą sceny walk i fragmentaryczną, z bardzo spłaszczonymi sylwetkami bohaterów. Siła” mogłaby być ciekawym studium międzykulturowym, inteligentnym feministycznym manifestem, powieścią analizującą struktury więzi międzyludzkich i deprecjonującą proste podziały egzemplifikowane przez płeć. Jest sensacyjną fabułą, która zmierza w przewidywalnym kierunku. Nijak niewyróżniającą się literacko. Proponującą nam truizmy o naturze człowieka. O tym, że pozabijalibyśmy się, gdybyśmy tylko mogli. O chęci dominacji, która zmierza do destrukcji. O tym, że każda siła w rękach człowieka prowadzi do okrucieństwa. To naprawdę wszystko albo nie udało mi się zajrzeć głębiej, bo zmieniające się jak w kalejdoskopie zdarzenia ani nie osadzają bohaterów w jakimś sensownym i spójnym kontekście, ani nie proponują chwili wytchnienia, by przemycić odrobinę filozofii, socjologicznych przemyśleń, przesłania głębszego niż to, które od razu zawiera się w narracyjnej wolcie polegającej na tym, że pewnego dnia dziewczęta, a potem kobiety otrzymują niezwykły dar rażenia prądem i w związku z tym wykorzystają go na płci przeciwnej, a dla rozrywki także na innych kobietach.

Rewolucja, którą portretuje Alderman, ma charakter globalny. Nie widzimy jednak globalnej różnorodności reakcji na odkrycie czegoś, co już na zawsze naznaczy społeczności i wytyczy nowe podziały w prostej linii sygnalizowane przez płeć i jej kulturowe uwarunkowania. Nastolatki odkrywają, że mogą być wojowniczkami. Elektryzują innych, doprowadzając do śmierci. Na początku jest to zabawa, potem niebezpieczna broń. I tu od razu zaczyna przemawiać wspomniana płeć. Kiedy kobiety odkryją, co potrafią, w świecie Naomi Alderman będą walczyć przede wszystkim o to, o co walczą bez użycia takiej broni mężczyźni – o władzę. Dość groteskowo wypada ukazanie światowych przemian, które mają związek z odkryciem śmiercionośnej mocy przez kobiety. Mam wrażenie, że autorka zawirowała globusem i postanowiła opisać te miejsca, na których przypadkiem zatrzymał się jej palec. Będzie zatem mowa o tym, jak zachłannie celebrują wolność kobiety saudyjskie, i opisany zostanie spisek gdzieś w Mołdawii. Żeby było międzykontynentalnie, coś jeszcze wydarzy się w Indiach, a męski reporter ukazujący skalę rozwoju zjawiska i idące za nim zmiany, będzie się wywodził z Nigerii. Naturalnie jednak większość najważniejszych działań ma się koncentrować w USA. Ani to przekonujące, ani w żaden sposób sugerujące coś groźnego. Ot, wyimki złożone chaotycznie i bez przemyślenia. Ze światem dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Alderman potrafi go opisać szczątkowo – za pomocą takich słów kluczowych jak wojna, wolność, okrucieństwo, rewolucja, odwet i wiara.

Kwestia przeniesienia niezwykle niebezpiecznych mocy kobiecych w sferę transcendencji ma miejsce w zobrazowaniu losów Allie, amerykańskiej dziewczyny z rodziny zastępczej, która po zamordowaniu opiekuna będącego pedofilem ucieka, znajduje bezpieczną przystań w klasztorze, a następnie staje się tam mistycznym autorytetem, który potrafi uzdrawiać i ogniskować wokół siebie wyznawczynie działające tak, jak zaplanuje to Matka Ewa. Wszystko wygląda dość interesująco, ale tu też nie ma jakiegoś pogłębienia. Siła wynikająca z daru ciała w parze z przekonaniem, że to boski atrybut? Co idzie za tym dalej? Do czego może to prowadzić? U Alderman prowadzi raczej donikąd. „Siła"” intrygująco zawiązuje poszczególne wątki, ale potem nie oferuje nam nic ponad dynamiczne szaleństwo autorskiej fantazji.

Uwagę przykuwa także Roxy. Dla niej nowa umiejętność jest szansą na wymierzenie sprawiedliwości. Dziewczyna zostanie skonfrontowana z licznymi przejawami zła i poddana próbie, jakiej nie doświadczają inne bohaterki. Roxy początkowo wzbudza współczucie, ale potem wikła się już w zbyt wiele niejednoznacznych w swej wymowie zależności. Ostatecznie upada pod naporem dynamiki wydarzeń. Jest kolejną literacką wydmuszką, wokół której gromadzi się zaskakująco wielka pustka przesłania tego, kim jest i ku czemu zmierza.

Najciekawsza z postaci to Margot – kobieta unikająca używania swojej mocy i starająca się ją ukryć, ale jednocześnie zyskująca coraz większe wsparcie w społeczeństwie i zaskakująco łatwo przechodząca przez kolejne szczeble władzy. Tu fantazjowanie Alderman unika bazowania na dychotomii płci. Postać Margot czytelnie i sugestywnie ukazuje, jakie są możliwe związki między niezwykłymi umiejętnościami a sposobem sprawowania władzy. Polityka ściera się ze sferą osobistą, bo Margot walczy o kolejne stanowiska, ale także o dobro swej córki, która źle znosi naznaczenie elektryczną siłą.

W tej powieści nikt nie jest wygranym i każdy traci. Ludzkość prezentuje się dokładnie tak, jak już wielokrotnie ją zaprezentowano. Jak zaprezentowała się sama na arenie dziejów. Całe opisywane zło ma miejsce dlatego, że ludzie mają możliwości. Kobiety zaczną dominować nad mężczyznami. Wszystko będzie się koncentrować wokół wojny płci. Alderman w niektórych momentach upraszcza z pewnością bardzo świadomie, ale to czyni z „Siły” powieść tylko inteligentną. Czy dobrą? Niekoniecznie. Zanim zaklasyfikuje się ją jako przykład dystopii, warto uważnie przeczytać zwłaszcza początek i zakończenie, w których autorka puszcza oko do czytelnika. Myślę, że ten klamrowy zabieg jest najciekawszy w tej narracji. Problem całej reszty polega na tym, że „Siła” hiperbolizuje, dynamizuje, stara się być wyrazista za wszelką cenę, ale… nie oferuje niczego, nad czym każdy czytelnik już by nie myślał. Degradując kulturę patriarchatu i ukazując pułapki wszelkiego rodzaju globalnych rewolt, Alderman niczym nie zaskakuje. Portretując aberracje, bawi się tylko samą konwencją. Myślę, że jest trochę autodestrukcyjna w tym pisaniu. Podobnie jak jej bohaterki mające błyszczeć na pierwszym planie, a spalające się szybko, bo to postacie mocno papierowe i nieszczere. Zdecydowanie więcej przerysowań niż subtelnych zarysowań problemów, z którymi – jako ludzkość – mierzymy się nawet mimo tak sensacyjnego zwrotu akcji. Zbyt wiele robimy, bo możemy. Zbyt łatwo w ten sposób krzywdzimy się wzajemnie.

1 komentarz:

Jardian pisze...

Będę poszukiwać tej książki, pozdrawiam !