Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-12-15

"Umarł mi. Notatnik żałoby" Inga Iwasiów

Wydawca: Czarne

Data wydania: 5 listopada 2013

Liczba stron: 128

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bardziej mieć go w sobie…

Wszędzie zmarłych jest więcej niż żywych. Na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, jednej z największych nekropolii Europy, liczba tych pierwszych niebawem przewyższy drugich. Tam swoje miejsce w skromnej urnie znalazł ojciec Ingi Iwasiów. Jemu, ale chyba sobie także pisarka poświęca pisany szybko i kompulsywnie notatnik żałoby. Spisane zostało tyle, ile powinno zostać zapamiętane, ujawnione innym. Reszta jest pewnie milczeniem albo – nie nadużywając górnolotnych fraz – przeżyciem jednostkowym, poza które autorka nigdy nie wyjdzie. Mimo tego, iż „Umarł mi” napisano w pośpiechu, powinno się tę publikację czytać powoli, z rozwagą. Z jednej strony pojawia się podziw, bo to rozważania, które innym mogą pomóc w porządkowaniu chaosu nie do opanowania po śmierci ich bliskich; mają przecież pewien rys uniwersalny, kiedy metafizykę próbuje się zastąpić pragmatyką i na odwrót. Z drugiej strony przy lekturze towarzyszy konsternacja. Jakże to tak? Można w ten sposób? Nie za śmiałe to? Niebezpieczne, bo odbierające istnienie bólu w sferze osobistych doznań czasem nie do zniesienia? Tak czy owak – „Umarł mi” to świadectwo żałobnej odwagi. Mierzenia się z zagadką oczywistości śmierci i zapamiętywania tego, co winne być zapamiętania mimo wszystko. To książka, dzięki której zmarły ojciec pozostaje może bardziej trwale w córce. Bo przecież – jak pisze Iwasiów już na wstępie - „(…) skoro umarł, muszę jeszcze bardziej mieć go w sobie”.

30 czerwca 2012 roku stał się dniem daty granicznej. Świat się nie zatrzymał, nic się wokół nie zmieniło. Jedyne, z czym trzeba było sobie poradzić, to nagłe odejście. Jedyne? Przecież wraz z tym ujawnia się mikrokosmos emocji i uczuć, na wyrażenie których nie ma się śmiałości bądź odwagi w uporządkowanym życiu ważnych spraw. Trudniej przeżyć coś, z czym pozostaje się samemu – bez względu na to, ile osób cierpi wokół i ile z nich deklaruje współodczuwanie tego cierpienia. Trzeba rozliczyć się jakoś samemu ze sobą. „Umarł mi” być może ma temu służyć. Inga Iwasiów nie wierzy w żadne terapie i to pisanie nie ma mieć charakteru terapeutycznego. Autorka wskazuje te charakterystyczne kręgi, gdzie przeżywa się utratę wspólnie, bo łatwiej osadzić rozpacz kontekstowo, między innymi. Kultura pogrzebu, subkultura cmentarza – to wydaje się być odległe, to nie są przestrzenie dla niej, nie dla jej sposobu przeżywania. Jest w tej utracie osobno, ale to nie jest niczym deprymującym, bo przecież Iwasiów wie doskonale, że uciec od straty ukochanej osoby nie można w ramiona innej żyjącej, nawet najbliższej, najbardziej współczującej. Trzeba się zająć sobą, tu i teraz, z takim i nie innym doświadczeniem. Spisanie notatnika żałobnego jest jednym ze sposobów nadania sensu przeżyciom, jakie wymykają się poza wszelkie kategorie logiki i zdrowego rozsądku. Pisanie jest w tym wypadku doświadczaniem smutku wewnętrznego. Bez konieczności wymazywania go.

Pojawiają się wspomnienia, w których autorka widzi siebie konfrontującą się z odchodzeniem innych. Wcześniej było tak, że te wszystkie śmierci wydawały się podobne, a przecież każda była inna. Nic nie zahartowało przed tą najbardziej bolesną, bo przecież największym paradoksem jest fakt, iż wiemy o końcu życia od chwili narodzin, a ujawnia nam się w swej grozie dopiero, gdy nastąpi, w żaden sposób nie przygotowując, nie hartując.  Inga Iwasiów wspomina, że zawodowo uprawia rozumienie, ale jej narzędzia badawcze stają się bezużyteczne, kiedy trzeba zrozumieć ostateczność odejścia. Stąd w tej książce nie jest ukrywany płacz, słabości; to nie jest publikacja temu na przekór. To książka o przejściu dalej, z bólem i wspomnieniami mimo tego, mimo ludzkiej słabości obnażającej nas jako bezbronnych, którym nikt nie może pomóc.

Zmarły był zegarmistrzem. Świetnym podobno. Takim panem czasu innych, na którym czas boleśnie się zemścił, pokazując, iż nie może być kontrolowany. O czasie – minionym, obecnym i tym wyobrażonym w przyszłości – jest w notatniku wiele i są to rozważania różnorodne, ukryte gdzieś, poza kontekstem, stale jednak obecne. Trudno było ojcu w czasach, kiedy naprawy zegarów to już rzadkość, kiedy jego fach ograniczał się często do wymiany baterii, kiedy mechanizmy wewnętrzne czasomierzy były tak proste, że niewarte zachodu, często wyrzucane po zepsuciu. W tym świecie zmiany śmierć ojca rozumiana jest jeszcze tak: „Świat przeszedł na bateryjną tandetę. Tata umarł, jakby mu nagle zabrakło baterii. Sam ich tyle w ostatnich latach wymienił, że czuć, co się stało”. A nastał brak, z którym trzeba sobie radzić. Łatwiej, gdy ożywi się wspomnienia. Tam zmarły pozostanie wciąż obok córki.

Ojciec był uważnym czytelnikiem, zarażony namiętnością do literatury po tym, gdy córka została pisarką. Był czułym tatą, tatulkiem, zawsze obowiązkowy i tę obowiązkowość pozostawiający w genach. Drobne ręce, sprawne, na zawsze zostawiające ślad, gdy głaskały po głowie, uspokajały, dawały poczucie bezpieczeństwa w czasach, które ani nie były bezpieczne, ani też radosne. A przecież o radości i cieple życia rodzinnego jest w „Umarł mi” tak wiele pięknych zdań! Jest tam też o kondycji wciąż małej dziewczynki pozostawionej przez tatulka. Tak małej i tak nieporadnej, że z trudem samodzielnie wracającej z Gdańska do Szczecina po tym, gdy dowiaduje się 30 czerwca, po co ma przedwcześnie wracać… Tak dzielnej jak tylko można być dzielnym w tej sytuacji. Rozważnej i uważnej, bo zastanawiającej się także, czym ma być żałoba po zmarłym tak w ogóle.

Iwasiów po śmierci ojca popełnia mnóstwo niewybaczalnych grzechów osoby w żałobie. Prowadzi czynne życie, odnajduje w nim radości, bodźce motywujące do działania. Nie celebruje żalu, nie nurza się w nim, nie dzieli go z innymi i nie uczestniczy w kulturze masowego żegnania zmarłych, która to kultura jest daleka i nie widzi sensu uczestniczenia w nim. Notatnik żałoby Ingi Iwasiów jest świadectwem przeżycia wewnętrznego, które nie rozsadza, lecz uwiera. To opowieść o dniach żałoby napisana dla wielu z nas i też za tych, którzy tego zrobić z różnych powodów nie są w stanie. To książka o rzeczach osieroconych wraz z córką i o rzeczach… do zrobienia, by po tym, co się stało, móc dalej żyć. Wszędzie zmarłych jest więcej niż żywych. Tylko że tym żywym trudniej. Oni muszą pozostać z tym, co zmarli porzucili wraz ze światem, swoim w nim istnieniu i wraz z tymi, którzy szukają różnych sposobów, aby ich opłakać.

3 komentarze:

pietia pisze...

Tak bardzo czekałem na to omówienie jak czekam na prezent w postaci tej książki. Przeżyłem to samo- a jednak inaczej- co pani profesor tylko że 4 lata wcześniej. Czuję jak bardzo potrzebna mi jest ta lektura, a to omówienie-majstersztyk tylko to odczucie podsyca. Dziękuję pięknie za nie:)

Iga pisze...

chętnie bym przeczytała, ale cena - biorąc pod uwagę ilość stron - skutecznie mnie zniechęca. za to jak pojawi się w bibliotece, na pewno przeczytam :)

Nitrogliyceryna pisze...

Bardzo ciekawa i mądra recenzja.

Czytałam te książkę. Bardzo mi się spodobała. To niesamowite, umieć zawrzeć emocje po stracie w tak krótkiej formie. Ta książka pomimo ponurej tematyki, sama nie jest ponura. Jest w niej dość dużo humoru, takiego na poziomie.

Czytam tego bloga wyrywkowo, ale zaglądam jak mnie coś mocno zaciekawi, bo wiem, że przeczytam dobrą recenzję.