Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 13 maja 2026
Liczba stron: 224
Okładka: twarda
Cena detaliczna: 54,90 zł
Tytuł recenzji: (Nie)miłość
Jakiś czas temu wyrażałem swój zachwyt tym, że Wydawnictwo Czarne zaczęło wydawać powieści. Głównie znakomite anglosaskie przekłady, ale oficyna znajduje też miejsce dla debiutantów. „Mamuna” oszałamia. Można odnieść wrażenie, że ta narracja albo była pieczołowicie latami poprawiana przez autorkę, albo autorka jest po prostu znakomitą pisarką, bo uważam, że będzie to jeden z ważniejszych debiutów tego półrocza. Helena Piecuch zastosowała rozmaite wartościowe środki wyrazu artystycznego, włącznie z wpleceniem zagórzańskiej gwary, formalnie również zdecydowała się na klasyczną powieść z prologiem i epilogiem (nie wiem, które z nich wywołuje większe ciarki na plecach). Najważniejsza w „Mamunie” jest jednak polifoniczność narracji, bo to zawsze wartość dodana każdej książki i dodatkowa gratka dla czytelnika. Tutaj oddanie głosu wszystkim osobom dramatu ma przede wszystkim przemyślany układ, ale przede wszystkim te wszystkie narracje zazębiają się w nostalgiczną, lecz chwilami bardzo brutalną opowieść o niekochaniu, o oddalaniu się od siebie, o obcości pośród pozornie najbliższych osób i o domu, który nigdy nie miał prawa zaistnieć, ale rozpada się bez fajerwerków, kameralnie, stopniowo.
Najciekawsza jest narracja tej, która potem się zmienia, kształtuje swoją świadomość, całkowicie zrywając kontakt z tą poprzednią. Ona jest tutaj najbardziej tajemnicza, jej można najwięcej zarzucić i to ona wywołuje najwięcej czułości w swym niemym cierpieniu. Kobieta z miasta, przed którą widniała kariera akademicka, a przydarzyło jej się co innego: ciąża, ślub i wyjazd do wsi na południu Polski, gdzie Wioletta od samego początku będzie tą inną, dziwną, nieokreśloną, stając się coraz bardziej cieniem siebie. I przechodząc metamorfozę pośród ludowych podań i postaci oraz traumatycznych doświadczeń ciąży, porodu i połogu. Od niej rozpoczyna się opowieść, na niej koncentruje, jednakże Piecuch wie, że najsilniejszy niepokój to ten stworzony już na samym początku. Prolog jest odrobinę metafizyczny, mocno realistyczny i przeraźliwie wieloznaczny, bo osadzony w kręgu tego, czemu się wierzy, co przeraża i przed czym zatrzaskuje się drzwi w obawie przed rodzinną tragedię.
Do takiej tu dochodzi. Po pewnym czasie nie mamy już jasności, kim jest Wioletta spędzająca czas w półśnie na żółtej wersalce, zbierająca zioła, odsuwająca się od męża i nazywająca pierwszą ciążę „karą”. Tak, czuje, że we wsi z dala od cywilizacji znalazła się za karę, że nie jest kobietą, lecz „maszyną produkującą drugiego człowieka”, i że nigdy już nie będzie sobą, bo kolejne porody doprowadzają do coraz bardziej przejmujących metamorfoz, a znikanie tej bohaterki jest i symboliczne, i dosłowne. Tymczasem po pierwszym porodzie Wioletta decyduje się na kolejne. W międzyczasie doświadcza największej traumy niedoszłej matki, a jej mąż ze zdziwieniem stwierdza, że staje się mu obca, oddalona od niego, że tak naprawdę przywiózł na wieś kobietę z krwi i kości, a widzi przed sobą marę, która nie umie już wrócić do rzeczywistości, raczej wchłania ją inna przestrzeń – efemeryczna, tajemnicza, oswajana powoli, lecz konsekwentnie. W końcu Wioletta przestaje być obca we wsi. Staje się kimś, kto będzie kształtował wiejskie wyobrażenia.
Tymczasem on z zapałem oddaje się pracy badawczej, często wyjeżdża, bardziej fascynuje go świat przemian płazów niż to, co dzieje się z jego żoną. Wzajemne odsuwanie się od siebie małżonków jest w „Mamunie” pokazane po mistrzowsku. Kolejne planowane dzieci i następujące po sobie porody to stacje ich wspólnej drogi krzyżowej. W końcu on zwyczajnie i po męsku ma dość. Zdaje się niczego nie rozumieć. A może raczej nie ma kompetencji i możliwości, by zrozumieć, co się dzieje?
Dzieje się mnóstwo, i to w przepięknie odmalowanym świecie przyrody. Natura rządzi tutaj wszystkim, nie tylko mentalnością miejscowych. Jesteśmy w opisanym z najdrobniejszymi detalami świecie, który jakby odciął się od reszty, samostanowi o sobie, choć podlega podstawowym prawom natury, więc mamy i piekielny upał, i siarczysty mróz, ale mamy również dziwne postacie kroczące w błocie, ogólnie wodę w ciekawej symbolice i niepokój oczekiwania na istoty gotowe zniszczyć życie młodym matkom. Tymczasem Wioletta podąża ku autodestrukcji, jednak bierze ze sobą jeńców. I tu zaczyna się prawdziwy dramat pośród momentami sielankowej scenerii natury, która niemal upersonifikowana czeka z zapartym tchem na to, co się wydarzy, gdy Wioletta będzie wydawać na świat kolejną i kolejną córkę.
Jak określić styl debiutantki? Brzmi bardzo mocno jako proza realistyczna, ale szybko się orientujemy, że ten realizm to fasada czegoś zupełnie innego. Nie utoniemy jednak w tej inności – podania, legendy, postacie czy klimat ludowego świata poruszającego się gdzieś na granicy oniryzmu i surrealizmu. Piecuch umie operować proporcjami. To naprawdę świadoma pisarka. Tworząca także zapadające w pamięć frazy takie jak „miękki las”, „wanna wypełniona czasem” czy „drzwi, które płaczą”. Zasadniczo nikt z ludzi tu nie płacze, każdy okopuje się w sobie i usiłuje przetrwać. Zwłaszcza ciekawe są drogi ku temu trzech dziewczynek stających się samodzielnymi kobietami, o których opowieściach nie będę wspominał, bo w nich kryje się najwięcej wyrażonego i niewyrażonego żalu związanego z tym, że jest się dzieckiem odrzuconym, dzieckiem bez wsparcia i dzieckiem zmuszonym do błyskawicznego dojrzewania.
„Mamuna” kreśli portret rodziny, której się nie udało. Piecuch sugeruje kilka powodów tej porażki, ale wiele z nich to pytania retoryczne skierowane do czytających. Najmocniej wybija się tu samotność – jej różnorodne obrazy są fascynujące i przejmujące jednocześnie. Samotność z towarzyszącym jej cierpieniem doskonale rozpisana na wiele ról jest jednocześnie leitmotivem, który debiutantka umie potraktować bardzo poważnie. Dlatego „Mamuna” nie jest opasłą księgą, którą mogłaby się stać. Ta krótka książka ma dotknąć najczulszych strun, wzburzyć i wzruszyć, ale absolutnie nie pokazywać w pełni otwartego wnętrza któregokolwiek z bohaterów.
Bliższe stają się nam zioła czy pies niż ludzie, którzy utonęli w bezradności wobec siebie i innych. Enigmatyczność tej prozy polega również na tym, ku jakiemu epilogowi zmierza, lecz przede wszystkim – w jaki sposób to robi. Czyta się to z trwogą i poczuciem, że chciałoby się z tego świata przedstawionego uciec. Kolejne dekady wyzwalają w bohaterach to poczucie. Jednakże wszyscy utkwili w domu, który zamarł. Jest to powieść pokazująca cud dawania życia, a jednocześnie – przekleństwo niekochania tego życia. Napisana od początku do końca ze świadomością, że każda z narracji uzupełni obraz nakreślony czarnymi konturami już na wstępie. „Mamuna” to też powieść o strachu i książka, której można się przestraszyć. Znakomita robota. Bardzo mocno trzymam kciuki za to, by Helena Piecuch nie została – jak często niestety bywa – autorką jednej znakomitej książki. Powieści, przy której chwilami brak tchu. I mało jest przestrzeni na to, by go złapać, oderwać się od mroku tej historii.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz