Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-06-11

„Jedyna historia” Julian Barnes


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Dominika Lewandowska-Rodak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i obojętność

To wielkie zaskoczenie i spore niedowierzanie, kiedy tak znakomity pisarz jak Julian Barnes proponuje nam tak nieprzekonującą i tonącą w truizmach opisanych jako prawdy objawione powieść, której przecież nie można nazwać złą. To wciąż jest dobra literatura, do jakiej przyzwyczaił nas autor, ale jednocześnie narracja nieprzekonująca, momentami bardzo męcząca, nadmiernie dydaktyczna, w sferze przekazu emocji i przeżyć zła na pewno. Barnes podejmuje się opowiadania o miłości. O ile w „Zgiełku czasu” potrafił z wyeksploatowanego motywu konfrontacji wybitnej jednostki z systemem uczynić rzecz unikalną i wielką, o tyle tutaj – rozważając miłość w tym najbardziej intymnym, osobistym kontekście – proponuje nam powieść będącą wykładem. A właściwie rzecz rozpoczynającą się i kończącą akademickim tonem pouczenia, bowiem sama opowieść niuansuje wiele oblicz ludzkiego cierpienia, bezradności i tego, jak bardzo pierwsze doświadczone przez nas uczucie wytycza kierunek dalszemu życiu. Nie jest tak, że patrzę na „Jedyną historię” jednowymiarowo i czepiam się źle poprowadzonego wątku miłosnych perypetii jeszcze nastolatka i dojrzałej kobiety, matki i żony. Chodzi o to, że Barnes wpada we wtórność oraz proponuje literackie klisze, budując z jednej strony przewidywalną i nużącą opowieść inicjacyjną, z drugiej zaś – historię o eksplozji różnego rodzaju emocji, samą jednak tych emocji pozbawioną. Coś tu jest bardzo nie tak od samego początku, nie chce się temu wierzyć, ale co najgorsze – czyta się opisy działań bohaterów oraz komentarze do nich z nieustającym przekonaniem, że to wszystko jest zbiorem oczywistości ubranych w piękne słowa.

Paul i Susan poznają się w klubie tenisowym. Ten sam klub pożegna ich, kiedy inni zorientują się, że to kochankowie. Ich miłość jest wbrew wszystkiemu – wbrew porządkowi społecznemu Anglii sprzed półwiecza, wbrew rozsądkowi, wbrew oczekiwaniom innych i wbrew sobie samej, bo przecież uczucie łączące dwoje ludzi, których dzieli pokolenie, zawsze będzie musiało nieść ze sobą pewien bolesny balast doświadczeń. Wyniknie z tego, że kochankowie niekompatybilnie widzą siebie nawzajem, swoje role w tyglu uczuciowym, oczekiwania i plany związane z rozwijającą się miłością. Jasne jest bez żadnych kontekstów czy literackich gier, że w takim związku to doświadczona kobieta zawsze ma więcej do stracenia, zawsze będzie znacząco poszkodowana i nie będzie miała śmiałości podporządkować się uczuciu z taką werwą i bezkompromisowością, z jaką będzie ją kochał młodziutki adorator. Barnes prowadzi nas po tej krętej drodze przeżywania być może pierwszego prawdziwego uczucia, która skontrastowana jest z szeregiem mentalnych i emocjonalnych ograniczeń kobiety wydobytej ku miłości z opresyjnego domu przemocy, z braku bliskości fizycznej i z miejsca obwarowanego zasadami narzuconymi przez otoczenie, ale także przez zastygłych w emocjonalnym bezwładzie partnerów.

To w zasadzie nie będzie historia miłosna, ale opowieść o pewnym rodzaju zagubienia, o niemożności przeżycia uczucia w taki sam sposób i o trudności porozumienia, gdy miłosna perspektywa zasłoni to, kim naprawdę jesteśmy ze swymi słabościami i bolączkami. Czy Julian Barnes opowiada zatem coś ważnego i przede wszystkim nowego o smutku i cierpieniu? W pewnym sensie tak. Inteligentnie zwodzi i każe uwierzyć, że to wydobywające się dość nonszalancko z pamięci narratora wspomnienie będzie jednocześnie opowieścią o tym, czym naprawdę jest nasze życie. Narzucona teza to przekonanie, że pierwsza miłość „układa nam życie”. Autor konsekwentnie dowodzi, z czym to się wiąże. Stara się pokazać, iż nigdy potem nie wydarzy się już nic ważniejszego w znaczeniu naszej pamięci, świadomości i odbioru tego, kim dla siebie jesteśmy. A na kartach „Jedynej historii” wątek miłosny nabiera wyjątkowo sztampowego charakteru, bo jednak bariery wieku i mentalności będą robić swoje. Utrudniać szczęście i porozumienie. Pchać cierpiącą kobietę w szpony nałogu (świetnie, że zarysowany został temat kobiecego alkoholizmu) i demontować ten wspaniały związek, który stanie się stwarzaniem iluzji poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego iluzji? Bo budowanej na pojawiających się coraz częściej niedopowiedzeniach i kłamstwach.

Barnes sugestywnie prezentuje Susan, która być może znajduje wreszcie drogę ku wyzwoleniu erotycznemu, lecz daleko jej do wyzwolenia z obyczajowości, zasad, uporządkowanych ról społecznych, ale przede wszystkim z osadzenia siebie jako kobiety w roli milczącej ofiary różnego rodzaju opresji. Jej młodziutki kochanek i późniejszy towarzysz życia miota się w bezradności. Ale to jego osobista bezradność, przeniesiona potem w dalsze życie – w tym znaczeniu zarysowana teza może się bronić, pod warunkiem że autor nie narzuci nam innych stereotypowych konotacji związanych z tą myślą o miłości jako drogowskazie życia. Tak czy owak najciekawsza wydaje się postać drugiego planu. Inna kobieta, której nie wyszło. Emocjonalnie i uczuciowo. Jej samotność jest czytelna i widoczna. Może inna od samotności obezwładniającej głównych bohaterów, ale to Joan jest barwna, czytelna, zwracająca na siebie uwagę i taka jakby zupełnie nieprzystająca do tej dydaktycznej opowiastki o charakterze egzystencjalnym. Szkoda że ten charakter jest jakoś wymuszany. Że Barnes tak bardzo dba o frazę i przekaz, iż nie pozwala tej powieści rozsadzić swoich ram i zwyczajnie teatralnie udręcza bohaterów. Nie dałem się przekonać tej historii. Nie przekonuje mnie dość toporne rozbijanie stereotypów i sugerowanie pozornie nieoczywistych przemyśleń. Martwi czynienie z tej książki czegoś niebywale wtórnego, przewidywalnego i pozbawionego umiejętności zarażania emocjami, które rozpalają bohaterów.

„Jedyna historia” naprawdę tonie w truizmach. Susan skonfrontowana z tym, jak wiele musi poświęcić dla nowego związku. Paul oceniający wartość i ważność uczucia dopiero po latach. Sporo tego jest. Julian Barnes nie proponuje nam ani zręcznej mistyfikacji, ani też inteligentnej gry z proponowanymi przez narratora przemyśleniami. Może wadą powieści jest to, że stara się być tak przeraźliwie spójna? To wystarcza, by była po prostu dobrą literaturą, ale nie zmienia tego, że opowieść zwyczajnie nuży. Mnie bardzo rozczarowała, choć szukałem czegoś więcej, i wciąż na nowo. Nie te tony, nie te rejestry, nie ta wrażliwość? Może. A być może to kwestia tego, że o miłości napisano już wszystko, ale nie szantażowano emocjonalnie, by przyjąć perspektywę autora – a to robi Barnes, niestety, bardzo dobrze i bardzo konsekwentnie. Nie wszedłem w to.

1 komentarz:

Jardian pisze...

Kolejna świetna, dogłębna recenzja. Ja nie potrafię tak szczegółowo pisać, mimo że w blogosferze jestem od 2012 roku. Pozdrawiam imiennika !