Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-09-12

„Lud. Z grenlandzkiej wyspy” Ilona Wiśniewska


Wydawca: Czarne

Data wydania: 5 września 2018

Liczba stron: 232

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści z lodu

Napisać o Grenlandii to wyzwanie. Opowiedzieć tę wyspę w jakimś ogólnym kontekście – właściwie niemożliwe. Ilona Wiśniewska w swoim trzecim reportażu o Północy daje wyraz temu, że można zniuansować zarówno warunki życia, jak i ludzką mentalność tego rejonu świata, ukazać jego zaskakującą różnorodność, ale przede wszystkim po raz trzeci i kolejny raz inaczej opowiedzieć o skomplikowanych związkach samotności z koniecznością współistnienia z innymi i z nawiązywaniem silnych relacji. Reportaż o Grenlandii to próba zrozumienia siebie w tymczasowości. Jednocześnie bardzo osobisty tekst o wyłanianiu się z mikrospołeczności i wydobywaniu się z zimnej bieli. Tak jak morze przychodzi do Grenlandczyków tylko wtedy, kiedy zrobi się cieplej, tak Wiśniewska tkwi w pewnej dwuznaczności – będąc stale obecna i zadając pytania, jednocześnie odsłania portretowaną społeczność, w której się znalazła, dopiero po pewnym czasie i w sprzyjających warunkach.

Autorka stacjonuje w Uummannaq i przez pryzmat tej miejscowości opowiada o kraju tak różnorodnym, jak różnorodne może być odbieranie przez człowieka o specyficznej wrażliwości tego, co białe, zimne, nieoswojone i dzikie. Ale znajduje się tam przede wszystkim z powodu domu dziecka, wokół którego funkcjonowania będzie koncentrowała się cała książka. To miejsce stanie się tu figurą retoryczną i stylistyczną opowieści. Problem odtrącenia, egzystencjalnego osamotnienia, dziecięcych deficytów w bliskich relacjach oraz idące za tym specyficzne wyobcowanie. To kwestie, którymi można się posłużyć, portretując grenlandzkie społeczeństwo. Tych, którzy na północy witają się, potwierdzając swoje człowieczeństwo. Często się śmiejących, co rzadkie dla ludzi Północy, ale jednocześnie żyjących w ciszy. Bez większego kontaktu z emocjami, bo emocje to słabość, a życie na Grenlandii podporządkowane jest przede wszystkim przetrwaniu. Mamy zatem ludzi silnie ze sobą związanych przez specyfikę warunków atmosferycznych i ludzi, którzy doprowadzają do tego, że domy dziecka są w tym mało zaludnionym miejscu bardzo liczne, a symboliczne odrzucone przez najbliższych dziecko trochę definiuje charakter funkcjonowania na co dzień każdego mieszkańca Grenlandii.

Opowiadając o grenlandzkich kulturze, naturze i społecznej tożsamości Ilona Wiśniewska nie unika trudnych tematów, choć mam wrażenie, że bardziej je punktuje, niż wchodzi w głąb. Chodzi na przykład o problem samobójstw, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Dramat ukazywany światu w mglistych dekoracjach mrozu i chłodu, który posłużył jako kanwa sugestywnej powieści Anny Kim „Anatomia pewnej nocy”. Jest mowa również o wykorzystywaniu seksualnym – w tym dzieci przez swoich rodziców. Także z dyskretnym nakreśleniem, skąd bierze się forma barbarzyństwa, której reporterski obraz zawiera na przykład przejmujący kryminał Madsa Pedera Nordbo „Dziewczyna bez skóry”. Sygnalizowana są także ta lokalna szorstkość w relacjach i to, że Grenlandczycy często nie analizują swych działań, gdyż po prostu muszą działać. Portretując Uummannaq, autorka proponuje jednak spójny wizerunek dobrze funkcjonującej czułej dla siebie społeczności, która źle i brutalnie może traktować tylko swoje psy. A jednak to Grenlandczyk stał za zabójstwem Birny Brjánsdóttir, które niedawno wstrząsnęło islandzką opinią publiczną, utwierdzając zagranicę w bolesnych stereotypach dotyczących życia i funkcjonowania ludzi, o których świat przecież wie naprawdę niewiele choćby dlatego, że są na co dzień wprawni w milczeniu. O tym, jak świat, a przede wszystkim Dania, od której zależna jest Grenlandia, widzą ludzi zimnej wyspy, będzie w tej książce całkiem sporo. Bez punktowania, z dużym zaangażowaniem w ten akurat problem.

Autorka „Hen” stara się za wszelką cenę pokazać, że ma w sobie silaqarpoq – to cecha człowieka naprawdę czującego otoczenie, będącego w nim mentalnie i dostrzegającego każdy istotny niuans. Przeprowadzi ciekawe rozmowy z ludźmi pracującymi w domu dziecka, ale także z tymi, którzy znaleźli się w Uummannaq na skutek różnych zawirowań życiowych. Mimo ludzkiej rotacji ta grenlandzka miejscowość nie ma cech Longyearbyen portretowanego w pierwszym reportażu Wiśniewskiej. To społeczność zżyta ze sobą, znająca się doskonale. Stwarzająca sobie poczucie bezpieczeństwa. Dająca kredyt zaufania jak zamarznięte morze, które pozwala jeździć po tafli lodu taksówkom. Autorka dość szybko zyskuje zaufanie ludzi, z którymi mierzyć się będzie z wszechogarniającą bielą, specyficzną pustką, twardym lodem i codziennym wyciem psów. Nie wiem, jakimi umiejętnościami prospołecznymi się wykazuje, ale mam wrażenie, że kochając Północ, jest w stanie dotrzeć do każdego jej mieszkańca – bez względu na to, jak bardzo chciałby on odciąć się od otoczenia, co w surowych zimowych warunkach często jest po prostu gwarantem przetrwania.

„Lud” to jednak zbiór wielu interesujących opowieści. Portretujących Grenlandię bez uogólniania, wydobywających z pytań kolejne pytania. Myślę, że po dwóch reportażach obrazujących rejony Północy autorka chce także zrobić coś z formą, by nadal była ona nowatorska, i tutaj pojawia się pewien dyskomfort czytelniczy. Chodzi o ukazanie związków otoczenia z językiem i zobrazowanie Grenlandii w taki sposób, by z literatury faktu uczynić trochę lingwistyczne dzieło sztuki – z oryginalną frazą i obrazowaniem tego, jak operuje się słowem w grenlandzkich warunkach. Już samo użycie homofonu w tytule – całkiem trafne i intrygujące – sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z pewnymi formalnymi eksperymentami w obrazowaniu otoczenia. Jest to zauważalne i akceptowalne, ale efektem są zaskakujące spotkania ze zdaniami. Dość karkołomne metafory jak „zbieram rękawem kurtki resztki naszej rozmowy” zderzają się z całkiem trafionymi porównaniami „rozsiadam się w składni jak w zimnie”. Zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie zabiegi mają uatrakcyjnić formułę reportażu, jednak w obliczu obrazowania surowego i prostego krajobrazu oraz wyjątkowo prosto opowiadającego o rzeczywistości języka grenlandzkiego wyglądają one trochę na ekstrawagancję. A przecież cała książka to świadectwo pokory, dużej empatii i umiejętnego stawiania pytań, choć tym razem to i autorka będzie przepytywana przez miejscowych, którzy będą w swej ciekawości bardzo bezpośredni.

Ta książka to też świetny – w swych fragmentach subiektywnych refleksji i opisu – przykład tego, jak Grenlandia oddziałuje na przybysza, co czyni z jego mentalnością i sposobem oglądu rzeczywistości. Jak zmienia patrzenie na rzeczy praktyczne i jak modyfikuje myślenie abstrakcyjne – zwłaszcza związane z przewidywaniem. To reportaż o trudnej geopolitycznie sytuacji dzisiejszej Grenlandii, ale przede wszystkim historia miejsca starającego się za wszelką cenę ochronić swą tożsamość. Wyjątkową pośród miejsc Północy tworzących dla swych społeczeństw surowe prawa. Prawa i obyczaje Grenlandczyków są przede wszystkim oparte na związku z naturą. O tym także jest ta książka.

1 komentarz:

Jardian pisze...

Na pewno sięgnę, widzę że kolejna perełka z wydawnictwa Czarne :)