Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-12-20

„Zielone sari” Ananda Devi


Wydawca: Wydawnictwo w Podwórku

Data wydania: 25 października 2018

Liczba stron: 240

Przekład: Krzysztof Jarosz

Oprawa: miękka z obwolutą

Cena det.: 38 zł

Tytuł recenzji: Przemoc płci

Powieść Anandy Devi można czytać równocześnie i uzupełniająco z esejami Rebeki Solnit „Mężczyźni objaśniają mi świat”. O ile Solnit rozprawia się ze zjawiskiem przemocy płci w ironicznych i różnorodnych kontekstach, o tyle dosadna i posługująca się hiperbolizacją książka maurytyjskiej pisarki mniej zwraca uwagę na konteksty, bardziej na intymną historię. Poprzez zestawienie obu tych publikacji możemy dokładnie ujrzeć zarzuty postawione mężczyznom chcącym zdominować drugą płeć. U Devi będziemy mieli nie tylko mroczną rozprawę z różnymi rodzajami kameralnej, ale wyjątkowo dotkliwej przemocy. „Zielone sari” – ze świetnie dobranym, brzmiącym doskonale w kilku metaforach tytułem – to świadectwo deprecjonowania kobiety w najbardziej prymitywnym wymiarze. A jednocześnie jest to książka o tym, jak uprzedmiotowiona zostaje męskość. Paradoksalnie ta męskość, która zawsze była przyczyną i tłumaczeniem bezwzględności w postępowaniu z żoną, córką, wnuczką. Devi ukazuje mężczyznę usiłującego rozpaczliwie trzymać gardę tuż przed śmiercią, pragnącego za wszelką cenę zachować swoją podmiotowość, być do końca wyraźnym. W tej mrocznej wiwisekcji nie chodzi tylko o egocentryzm. Głównie o powody zgorzknienia umierającego bohatera. Ale także o stojący za nim szowinizm, o strukturę mentalnej nienawiści i o to, że tuż przed śmiercią role się odwracają, a tyran staje się zabawką w wyrafinowanej grze zemsty.

Bissam to imię lęku. Tego, który wzbudzał we wszystkich kobietach w swojej rodzinie, i tego egzystencjalnego, który dopada go, gdy widzi, jak organizm odmawia mu posłuszeństwa, gdy zmuszony jest przyjmować na swoje nagie genitalia triumfujące spojrzenia dawnych ofiar. Gdy zdaje sobie sprawę z tego, że naprawdę odchodzi, bo to – abstrahując od naczelnego motywu przemocy i nienawiści – symboliczna opowieść o tym, jak tracimy godność w momencie rozrachunku z życiem. A Bissam ma dużo do przemyślenia, jeśli chodzi o jego życie. Devi kontrastuje jego poglądy i przekonania z profesją, jaką się parał. Egocentryczny, małostkowy, złośliwy do samego końca i przekonany o swej wyższości mąż, ojciec i dziadek był lekarzem, ale nie takim w służbie naprawdę potrzebującym, lecz wyrachowanym cynikiem i materialistą. Jest jednoznacznie zły? A jednak pochyla się z czułością nad krową w agonii. Jednak potrafi wypowiedzieć się z troską o jedynej kobiecie swojego życia, która – jak twierdzi – cokolwiek mu dała. Ananda Devi każe swego narratora od razu znienawidzić, ale jednocześnie daje czytelnikowi ten margines niepewności: czy nienawidzimy tu człowieka, czy też jego ukształtowanych przez różne okoliczności poglądów?

Bissam umiera i jest zależny od kobiet, które kiedyś uzależniały całą swoją wolę od niego, narzucającego rytm i formę życia, nieustannie roszczeniowego, gotowego siłą pięści porządkować mir domowy. Wszak – jak tłumaczy to sobie sam mężczyzna – „przemoc to łaska”. A jego nieżyjąca żona zaznała jej ponoć bardzo wiele. Bohater „Zielonego sari” jest rozpaczliwie trzymającym się twardych zasad człowiekiem, który sam sobie wyznaczył granice i definicję człowieczeństwa. Obcesowy od samego początku, pogardza ludźmi sympatycznymi czy uśmiechniętymi. Wykonując zawód powiązany z empatią, nie okazuje jej nikomu, z kim przyjdzie mu obcować zawodowo. Ale także żonie. Ofierze najbardziej tragicznej, bo nieobecnej, niemającej już głosu. Niemożliwa jest zatem konfrontacja, do której gotowe są córka i wnuczka. A może tylko myślą, że są w stanie wziąć odwet za życie w poniżeniu i pogardzie.

To straumatyzowana rodzina, w której nie ma już miejsca na ekspiację. Nie ma żadnej możliwości porozumienia, bo porządek ustanawiały twarde męskie prawa, a każdy rodzaj przemocy i dominacji wpisany był w codzienność oddalających się od tyrana kobiet. Dziś córka Kitty nie jest gotowa na to, co chciałaby zrobić albo co od ojca usłyszeć. Wspierająca ją Marika uświadamia matce, iż można się zmierzyć ze statusem ofiary i można wziąć odwet za wszystkie doświadczane cierpienia. Jest gotowa pokazać dziadkowi na łożu śmierci, co znaczy odwzajemniona nienawiść. Podejmuje odważną próbę, ale czy pojawia się coś więcej?

Bissam wydaje się absolutnym triumfatorem. To on jest mistrzem tej statycznej i monotonnej wręcz psychodramy, ale tak świetnie rozpisanej na role przez Devi, że słowa tną jak sztylety, pozostając między bohaterami, lecz raniąc również czytelnika. Marika mówi do Bissama: „(…) jesteś chory na samego siebie”. I widzimy, w jak dramatyczny sposób cierpienie fizyczne bohatera łączy się z każdym rodzajem cierpienia, jakie zadał w życiu. Przeszłość to już zamknięty czas, ale zaczyna coraz bardziej uwierać. Napięcie przy łóżku umierającego staje się nie do zniesienia. Skrzywdzone kobiety nie mogą pojąć, w jaki sposób mężczyzna w stanie agonalnym wydobywa z siebie jeszcze tak wiele jadowitych słów. Jak jest dwulicowy i zdeterminowany, by krzywdzić do ostatnich dni swojego życia.

„Zielone sari” to też interesująca, bo egzotyczna dla nas, rozprawa z kulturą Mauritiusa i jej bezkompromisowością. Zarysowane tło społeczne i historyczne wyspy, na której status męskości Bissama został kilka razy zakwestionowany, dodatkowo ubarwia tę hipnotyzującą narrację i wskazuje, że cały zestaw symboli ma tutaj także lokalne zakorzenienie. Devi pisze o tym, czym jest człowieczeństwo i jak groteskowe może być, skoro z sytuacji wstydu można wykuć swoją wielkość, uznać się za bohatera, sankcjonować wyższość i lepszość, która pozwala na to, by krzywdzić – odnajdując w tym masochistyczną przyjemność. Niezwykle wyraźny bohater tej powieści uosabia w sobie to, co w ludzkości najgorsze, ale definiuje to wszystko poprzez płeć. Bo kobiety nie mogą być silniejsze niż mężczyźni, skoro zdane są na instynkt, nie na racjonalny ogląd rzeczywistości. Wszystko, co widzi i ocenia Bissam, jest przefiltrowane przez jego irracjonalną osobowość – tak pewną siebie, że niedostrzegającą absurdów własnej słabości. Ale wówczas przychodzi konfrontacja ze śmiercią. I z kobietami, które będą żyły. Może nawet lepiej i inaczej, jeżeli uda im się wydobyć z traumy rodzinnej. O ile uda im się kiedykolwiek z niej wydobyć…

Wstrząsająca i działająca na wyobraźnię powieść o ludzkim okrucieństwie, ale także o bezradności i o wstydzie, z którego nie wydobywa się nic poza złością na świat. Powieść o tęsknotach, utratach, niemożności wydobycia się z przemocy, ale i o tym, jak może nas zniszczyć nienawiść. O nienawiści jako słabości. O toksycznych relacjach rodzinnych, dla których nigdy nie było okoliczności, by stały się inne…

Brak komentarzy: