Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-12-18

„Turysta polski w ZSRR” Juliusz Strachota


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 26 listopada 2018

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33,90 zł

Tytuł recenzji: Odwyk i podróże

Literatura koncentrująca się na ego swojego autora nigdy na dłuższą metę nie ma się dobrze. „Turysta polski w ZSRR” jest tego bardzo dobrym przykładem. Juliusz Strachota przed trzema laty wydał niezłą powieść o swoich uzależnieniach. „Relaks amerykański” nie ogniskował się tylko na sferze subiektywnych przeżyć autora, ale próbował kreślić kilka diagnoz, osadzał rozważania w szerszym kontekście. W najnowszej książce Strachota znowu powraca do tego, od czego był uzależniony, bo jest mu to potrzebne, aby otworzyć strukturę nowej narracji. O swych perypetiach w szponach nałogu oraz o pobytach w szpitalach i na terapiach opowiada z taką nonszalancją i dezynwolturą słowną, że odnieść można wrażenie, iż ta opowieść jest samograjem, lecz tylko w oczach autora. Czytelnik z tej intymnej spowiedzi poszerzonej o motyw przemierzania przestrzeni i konfrontowania z nowym etapem życia wolnego od używek niestety niewiele weźmie dla siebie. Nie mam pojęcia, o czym jest ta książka. O autorskich fascynacjach? Próbach ujmowania w słowa ulotnych nastrojów? O filozofii podróżowania? Może o tym, jak wiele luźnych dygresji wywołuje samo przemieszczanie się? Może ostatecznie o saturatorach do wody sodowej? Ta męcząca niepewność towarzyszy czytelnikowi od początku do końca lektury. Książki przesyconej mieliznami narracyjnymi, błahymi refleksjami. Z narzuconym tempem, z którego nic nie wynika. Odniosłem wrażenie, że straciłem czas i niczego się nie dowiedziałem. Co więcej, zraziłem do podróży na Wschód, bo to książka trochę o tym, co Andrzej Stasiuk przeżył i opisał, a Juliusz Strachota wokół tego pofantazjował, by przebiec wszystkie miejsca i być dumnym z tego, że je zaliczył.

Wszystko zaczyna się od kłamstwa siedmiolatka, który przekonuje kolegę, że był za granicą. Potem będzie już mowa tylko o tym, jak kłamstwo i fantazja pozwalają odkryć coś nowego, wznieść się ponad utarte koleiny życia, zrealizować być może jedyne marzenie. Strachota obrazuje, w jaki sposób zaburzenia percepcji będą się z zachłannym zdobywaniem kolejnych krajów Wschodu. Po to tylko, by w oddaleniu zrozumieć to, co dość oczywiste i podkreślone w stwierdzeniu, że „życie nigdy nie jest gdzie indziej”. Było takie przez lata korzystania z używek i odcinania się od rzeczywistości. Teraz rzeczywistością mają być podróże. Inspirowane lekturą przewodnika o turystyce i rekreacji w ZSRR, dzięki któremu chce się odwiedzić te miejsca, które ogląda się przez pryzmat ich przeszłości. Byłe republiki Sojuza są trochę jak dawne stany świadomości Strachoty. Uwarunkowane dawkami przyjmowanych używek, nierealne, jednak cały czas istniejące w świadomości. Narrator chce przemierzyć przestrzenie mające kiedyś inny status i zmierzyć się z tym, kim kiedyś się stawał. Bo nie wie, jak wyglądać będzie jego życie dzisiaj, na trzeźwo, bez wspomagania, bez chemii i wywoływanych przez nią konfabulacji.

„Turysta polski w ZSRR” to też książka opowiadająca o wiecznym chłopcu i niemożności pożegnania dzieciństwa z jego niefrasobliwością, a przede wszystkim możliwością niebrania odpowiedzialności za samego siebie. W tym aspekcie byłaby to narracja całkiem udana, jednak taka nie jest. Autor nie przestaje być mentalnie zagubionym dzieckiem, ale wspomina także czasy, gdy jako chłopiec mógł odkrywać nieznany świat, a także na ten świat wpływać siłą swojej wyobraźni. Dzisiaj pozostają realne i wyobrażone podróże. Fascynacja Wschodem, której tutaj w ogóle nie można poczuć. Suche relacje, opisy warunków podróżowania. Chaos i zbędność zdań, które niczego w sobie nie niosą, stanowią w tej książce zwyczajną watę słowną. Nie ma u Strachoty niczego nowego, o wszystkim już opowiedział, siebie samego również opowiedział. Komponowanie egocentrycznych rozważań w nową formułę podróżowania i odkrywania jest nie tyle koncepcją ryzykowną, ile mało uzasadnioną – bo to ani książka o podróżowaniu, ani też historia inicjacyjna. Strachota chciałby może opowiedzieć o przełamywaniu swoich uprzedzeń i lęków, o stawaniu się na nowo, o istocie świadomego człowieczeństwa i o tym, jak metafora podróży opowiada o zmianach w ludzkim życiu. Mało jednak frapujące to wszystko jak na tak poważny kaliber tematyczny. „Turysta polski w ZSRR” to takie gawędzenie dla zabicia czasu. Z niezrozumiałych dla mnie powodów przeniesione w formę książki. Ta wiwisekcja duszy jest chwilami trudna do zniesienia, bo albo ociera się o truizmy, albo też proponuje nazbyt oczywistą opowieść o tym, że to mimo wszystko nie miejsca nas kształtują, lecz nasze o nich wyobrażenia. I o nas będących obserwatorami czegoś nowego. Eksperymentatorami siebie w innych niż codzienne warunkach. Nie wynika z tego jakaś czytelna konkluzja. Niewiele z tego wszystkiego w ogóle wynika.

Juliusz Strachota opowiada o wstydzie, którego się jednak nie wstydzi. O odwiedzaniu nowych miejsc, do których tak naprawdę nie docieramy, bo nie wiemy nic więcej poza tym, w jakich warunkach się je zwiedzało. O konfrontacji z nowym życiem, choć to stare, pełne mrocznych wspomnień, wciąż ma się doskonale i stale daje o sobie znać. O tym, że życie łatwo można przegapić, ale jeśli znajdzie się pasję oraz jakieś punkty odniesienia – np. gotowość do wejścia w łaski inteligentnej dziewczyny – na pewno uda się mu nadać sens i zrozumieć, kim chce się być w przyszłości. Jest w tej książce sporo uproszczeń, ale także pewna maniera autorska, by wszystko, co wewnątrz niego, przekazywać z wymuszoną nieco lekkością i niefrasobliwością. Stąd też trudno w tej narracji znaleźć jakieś miejsce dla siebie. Trudno określić, dla kogo i w jakim celu została napisana. A fascynacje, rozczarowania, zdziwienia i euforie będące treścią dzienników podróży brzmią mało autentycznie. Są zaledwie nakreślane, punktowane, przez to cały czas znajdujemy się w jakimś mrocznym cieniu i nie za bardzo możemy być pewni, co autor chciałby nam przekazać tak naprawdę.

„Turysta polski w ZSRR” obrazuje pewną męską niegotowość do wzięcia odpowiedzialności za siebie. Chce opowiedzieć o tym, jak to jest wydobywać się ze zgliszcz i ruin zmarnowanego czasu przeszłego, z którego wydobyć się muszą w nowej formie miejsca, do jakich autor z taką ochotą zmierza. Mam jednak wrażenie, że na temat swojej kondycji egzystencjalnej Strachota opowiedział nam już wszystko. Ta książka nie jest uzupełnieniem, lecz trochę uciążliwym apendyksem. Dotychczas z dużą ciekawością czytałem narracje tego autora. Ta wydaje się eksperymentem i stworzona została chyba głównie dla satysfakcji jego samego. I nie pomagają interesujące miejsca jako punkty odniesienia czy sama w sobie ciekawa figura konfabulacji.

Brak komentarzy: