2019-01-02

„Odziedziczone zło” Yrsa Sigurðardóttir


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 31 października 2018

Liczba stron: 472

Przekład: Agnieszka Klimko

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Islandzkie zbrodnie

Yrsa Sigurðardóttir wraca do pisania kryminałów. Być może dlatego, że czuje na karku oddech swojej rodaczki o tym samym patronimiku, która bardzo interesującą „Pułapką” otworzyła swój cykl „Reykjavik Noir”. Być może dzięki dystansowi jest gotowa na nową, spektakularną serię powieści. Odziedziczone zło” jest ciekawą propozycją i widać, że islandzka autorka poszukuje zarówno nowych rozwiązań fabularnych, jak i nowych sposobów wyrażenia siebie. Pożegnała pragmatyczną prawniczkę Thorę Gudmundsdottir, pożegnała także narracje z duchami i przystąpiła do dzieła polegającego na odsłonie czegoś zupełnie nowego. Nowy jest policyjny bohater Sigurðardóttir – niezbyt intrygujący dla czytelnika Huldar Jónas, który otrzymuje do prowadzenia sprawę seryjnego mordercy tylko dlatego, że jego doświadczeni koledzy z policji zostali odsunięci od śledztwa na skutek afery związanej z nieetycznym działaniem. Islandczycy nie mają zatem w powieści zaufania do służb policyjnych. Huldar jest przykładem takiego antybohatera, który ma swoje słabości i nie przewiduje ich konsekwencji, a nade wszystko przez dłuższy czas wydaje się postacią zupełnie papierową. I to pierwszy sposób na zmylenie czytelniczej uwagi w tej powieści. Bardzo ciekawie skonstruowanej. Niby w prosty sposób, a jednak z zaznaczeniem, że autorka zawsze penetrowała te najmroczniejsze rejony ludzkiej psychiki i że interesuje ją najbardziej skomplikowana psychopatologia.

Mamy tu wszystko, do czego Yrsa Sigurðardóttir zdążyła nas przyzwyczaić. Mistrzowsko budowaną atmosferę zagrożenia i niebanalne pomysły na działania przestępcy. Jednym z mocniejszych punktów „Odziedziczonego zła” jest prezentowanie metod zabijania. Przerażających i wskazujących na to, że okrutne narzędzia zbrodni każdy z nas może znaleźć tuż obok siebie. Gorzej jest z prezentowaniem zabójstw. To pierwsze ukazane po mistrzowsku. Żadne słowo nie jest zbędne, a atmosfera zagęszcza się tak bardzo, że jesteśmy w matni bólu i przerażenia razem z osobą, która umiera. Kolejne zabójstwa przy tym pierwszym prezentują się mniej spektakularnie, ale i widać wyraźnie, że to nie będzie klasyczna powieść kryminalna, gdyż Sigurðardóttir – co może być uznane za zbędną retardację – stawia na kilka ważnych wątków obyczajowych. Któryś z nich będzie kluczowy, by zrozumieć rozwiązania finałowe. Część z nich faktycznie stopuje akcję, stąd też poczucie, że ta nowa powieść mogłaby być nieco krótsza i chyba zyskałaby wtedy na spektakularności.

W 1987 roku ważą się losy trójki dzieci. Wiadomo jedynie, że zostały naznaczone traumą. Osoby odpowiedzialne za ich dalsze życie postanawiają rozdzielić tę trójkę, w której stworzyły się pod wpływem mrocznych okoliczności dość toksyczne relacje. Po tym intrygującym prologu zostajemy przeniesieni blisko trzydzieści lat do przodu. I wówczas staramy się zrozumieć sieć skomplikowanych zależności między serią zabójstw a tym, jaki los spotkał cierpiące dzieci sprzed lat. Zresztą postać dziecka będzie tu miała bardzo duże znaczenie i bardzo się cieszę, że Sigurðardóttir nie proponuje gry na łatwych emocjach oraz wzruszeniach, lecz postać dziewczynki osadza w kontekście wydarzeń z dużą dozą wyczucia, tak by pryzmat widzenia dziecka nie przesłonił oglądu rzeczywistości. Nam ani bohaterom. Musimy natomiast przyjrzeć się kilku życiorysom i przeanalizować ich wzajemne związki. Wszystko w klimacie swoistych niedomówień dodatkowo wzmacnianym zimową aurą stwarzającą klaustrofobiczny klimat. Jest absolutnie realistycznie – tym razem także z topografią Reykjaviku i bez żadnych odniesień do sfery niekonwencjonalnych przeżyć. Choć z pytaniami o Boga i rozważaniami na temat przypadku oraz naznaczenia ludzkich losów przez traumę przodków.

„Odziedziczone zło” to książka dość silnie osadzona w dzisiejszych problemach Islandii. Albo przynajmniej w kwestiach, które zdają się dyskusyjne. Rozważa problem nieadekwatności islandzkiego systemu prawnego do czynów, jakie zostają opisane w powieści. To ciekawa zależność między fikcją literacką a rzeczywistością. Społeczeństwo islandzkie wstrząśnięte niedawno realną zbrodnią dokonaną na Birnie Brjánsdóttir rozważało również to, jaki wyrok otrzymał jej zabójca. Dyskusyjna kwestia adekwatności kary do winy skrywa się w tej powieści cały czas. Jeden z bohaterów zaznacza, że społeczność odrzuca wszelkie dewiacje. Jaką karą? Z drugiej strony skrzywdzone dziecko pyta swoją opiekunkę, co to jest zasłużony wyrok. Mamy okrutnego mordercę i zaskakujące możliwości jego ukarania. Czy Islandia wypracowała humanitarny sposób postępowania ze zwyrodnialcami? Czy może kryje się w tym wszystkim dzika chęć odwetu jak ta wyrażana przez męża jednej z ofiar w powieści? To nie jest jedyne w tej narracji wskazanie na to, co spędza dziś Islandczykom sen z powiek. Pojawia się też dyskretnie sygnalizowana kwestia coraz mniejszej dostępności mieszkań oraz przejmujące niepokojem poczucie, że w każdej chwili można wykorzystać numer telefonu na kartę do przestępstwa, a kennitalę (w polskim przekładzie PESEL) do realizacji niewyobrażalnej formy okrucieństwa.

Yrsa Sigurðardóttir jest odważna i bardzo konkretna w przekazie swojej powieści. Wciąż na nowo interesują ją bliskie relacje międzyludzkie, a zwłaszcza te, które naznaczone zostały jakimiś formami toksyczności. Podoba mi się zróżnicowanie charakterologiczne Islandczyków portretowanych na kartach tej powieści i cieszy fakt, że by wzbudzić naprawdę niewyobrażalną grozę, autorka nie musi już odnosić się do duchów, zjaw czy urojeń. Wszystko w „Odziedziczonym złu” jest bardzo namacalne, niewyobrażalnie realistyczne. Można bać się swojego cienia i nie mieć pewności, czy komukolwiek z bohaterów warto zaufać. Elektryzujący klimat powieści w zasadzie dystansuje się od jakiejś symbolicznej wykładni – inaczej niż w poprzednich książkach, gdzie autorka sugerowała treści ukryte, rozmieszczając je równomiernie w narracji. Tu należy doczytać do końca, by uświadomić sobie, o czym naprawdę jest ta książka. A także przyjrzeć się, jak po chwili przerwy świetna pisarka wraca do tego, za co ceni ją cały świat. Czy będzie to początek kolejnego interesującego cyklu? Zapowiedź jest całkiem niezła. Warto jednak, by za zmianą polskiego wydawcy poszła jeszcze decyzja o tym, by tłumaczenia kolejnych powieści Sigurðardóttir ponownie podjął się rewelacyjny i mimo wszystko niezastąpiony Jacek Godek.

3 komentarze:

Jardian pisze...

Cenię sobie skandynawskie kryminały. Pozdrawiam imiennika :)

Kasiek pisze...

Jarku wartś ozłocenia, przegapiłam nową Yrse, ja ją lubię, umie grać na emocjach i mnie przestraszyć

Anna pisze...

Nie podobało ci się tłumaczenie Agnieszki Klimko? Ja unikałam polskich tłumaczeń własnie ze względu na Jacka Godka :(