2019-02-01

„MIM” Szymon Słomczyński


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i przynależność

Powieściowy debiut Szymona Słomczyńskiego to proza, w której na początku bardzo trudno jest się rozgościć. Autor wbija nas w sytuacje, których kontekstów nie wyjaśnia, proponuje pozornie nieuporządkowaną mozaikę zdarzeń, narracja jest bardzo fragmentaryczna. Jednak po dość męczącym wstępie pojawia się wreszcie historia. Opowieść o młodym człowieku, jego tożsamości, rodzinnych tajemnicach i dramatycznych pytaniach. Damian to ostatecznie taka soczewka, która skupia nie historie rodzinne, lecz przede wszystkim nowoczesną polskość ze wszelkimi jej ułomnościami. Autor zaznacza, że „MIM” jest tylko odrobinę polityczną książką. W moim odczuciu nieco za bardzo polityczną – w tę sferę nie powinna się angażować żadna literatura, tym bardziej debiut. Mimo kilku zastrzeżeń dotyczących kompozycji i przesłania jestem skłonny przyznać, że Słomczyński napisał bardzo interesującą pierwszą powieść. MIM” jest historią odkrywania sensu, ale także opowieścią o tym, czym jest sens – funkcjonowania w dzisiejszej Polsce, odnajdywania się w rejestrze rodzinnych idiosynkrazji, starania się o bycie dobrym i prawym, ale przede wszystkim poszukiwania prawdy o samym sobie. W tym trudnym kraju, pośród trudnych ludzi, z „popieprzoną rodziną” i wątpliwościami dotyczącymi tego, co ma być życiowym priorytetem, a może i azymutem.

Podjęcie tematu rodziny na pewno było ryzykowne i wymagało przemyślenia przez autora. Zdecydował się jednak i podziwiam go, bo współczesna literatura polska upatrzyła sobie rodzinę jako bardzo wdzięczny temat do fantazji, który ostatnio wykorzystał choćby Kuba Wojtaszczyk, wcześniej Tomasz Białkowski, Zośka Papużanka czy Zbigniew Zawadzki. To właśnie z „Przetwórnią” wiązałbym trochę debiut Słomczyńskiego, ale to nie tylko książka o pamięci, kłamstwach i mrocznych widmach przeszłości, za którymi stoi zrozumienie siebie samego jako członka rodziny i siebie jako Polaka. MIM” to bardzo wieloznaczna fantazja na temat tego, jak poradzić sobie z „załamaną perspektywą” w kraju, w którym wciąż na nowo przeszłość przypomina upiory, a wyjście naprzeciw przyszłości to bycie w opozycji i aktywne pożeranie każdego kolejnego dnia.

Damian nie chce uczestniczyć w bezsensownym wyścigu do uznania i kariery. Świetnie zapowiadający się uczeń ledwie zaczyna studia, by porzucić edukację i postawić w życiu na przedsiębiorczość. Wchodzi w spółkę z kimś, komu ufa – albo wydaje mu się tylko, że to jest zaufanie. Bo Damian w dużej mierze skazany jest sam na siebie. Nie chodzi o samotność, chodzi bardziej o wyobcowanie emocjonalne. I dystans wobec świata. Poznajemy go w momencie, w którym pozorna bliskość rodzinna jest najmocniej eksponowana, bo to pogrzeb, a potem stypa – ironiczny i groteskowy obraz tego, kim są ludzie rzekomo sobie bliscy sobie. Damian od początku zadaje pytania, stara się uważnie słuchać. Chce wydobyć z ludzi, których łączy z nim pochodzenie, choć kilka odpowiedzi na dręczące go wątpliwości. Matka jest zdystansowana, bardzo surowa. Pani profesor, która nie może zrozumieć, że syn porzucił edukację, że funkcjonuje w rytmie i kontekstach, do jakich go nie przygotowywała. Podobną surowość ma w sobie utyskujący na rząd i ład społeczny dziadek. To on będzie skarbnicą wiedzy o tym, czym się stała rodzina Damiana. Ale zanim bohater zrozumie coś, czego pojąć nie sposób, będzie zmuszony doświadczyć innego rodzaju fałszu i odrzucenia.

W tym znaczeniu „MIM” jest powieścią inicjacyjną, ale taką bardzo gorzką i mówiącą o niemożności wybicia się na niezależność. Tę prawdopodobnie osiągnął wujek Damiana. Człowiek pojawiający się w jego wspomnieniach nieprzypadkowo tak często. Koniunkturalista i pozer. A może ktoś, kto w przeciwieństwie do siostrzeńca dobrze wiedział, jakich wyborów dokonać i co zrobić, by żyło się zwyczajnie wygodnie. Damianowi nie jest wygodnie. Przede wszystkim pośród pytań, na które nie znajduje odpowiedzi. W zatomizowanej rodzinie rozrzuconej między Krakowem a Szczecinem, która nie potrafi już funkcjonować, ale której upadek nie jest tu sugerowany z jakąś oczywistością frazy.

Słomczyński stara się uczynić swojego bohatera nieco tajemniczym. Tak żeby wyrównać dysproporcję między tym, czego nie wiemy o jego pochodzeniu, a tym, jak funkcjonuje on na co dzień. Odnoszę wrażenie, że wszystko, co autor opowiada o relacjach rodzinnych, można odnieść także do relacji ze społeczeństwem, a przede wszystkim z państwem. Interesująca jest przeszłość bohaterów, bo tylko z niej wydobędzie się uczciwy ogląd teraźniejszości. Ale „MIM” nie ułatwia zadania interpretacji tego, co symbolizować mogą poszczególni bohaterowie. Kreuje niejednoznaczne relacje, w których pojawia się taki rodzaj niepokoju, dla którego czyta się tę powieść zachłannie dalej. Zapominając o niezbyt atrakcyjnym jej otwarciu.

Damian to świadoma nonszalancja albo egzystencjalna gorycz skryta pod pozorem pewności siebie. Damian to emanacja rodzinnych i polskich lęków. Damian to bohater rozwojowy, ale bardzo niejednoznaczny. Głównie pyta, rzadko szczerze odpowiada. Nie mamy z nim bliskiego kontaktu, a jednak zbliżamy się do tego, kim jest i co sobą reprezentuje. Pustkę? Rozpacz? Szereg nietrafionych wyborów, a może poczucie, że to jemu ktoś wcześniej odebrał prawdziwe możliwości wybierania? Szymon Słomczyński inteligentnie prowokuje do dyskusji o tym, kim się stajemy w społeczności, jeśli nie rozumiemy do końca, dlaczego się w niej znaleźliśmy. „MIM” to też proza bardzo ciekawych postaci drugiego planu, jak charyzmatyczna przyjaciółka bohatera, której los będzie punktem odniesienia do myślenia o tym, kim powinniśmy być i czy jesteśmy sami wobec siebie uczciwi w działaniach. Ciekawy debiut o osobności ludzkiej i metaforze społeczności jako zainfekowanego kłamstwem organizmu. Myślę, że to jedna z książek, które wyrosły z aktualnych problemów, ale proponuje jednak uniwersalne rozważania o tożsamości i poszukiwaniu prawdy. Intrygująca rzecz.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Zgadzam się z opinią Dutki, że w tej powieści jest przerost formy nad treścią. Powieść jest nużąca, szczególnie wątki o postaci e-maili. Z reguły tylko przelatywałem je wzrokiem. Główny bohater jest wewnętrznie rozlazły, bez charakteru i etyki. Dlaczego nagle porzucił kobietę z dwójką dzieci? Motywy są co najmniej niejasne. A zdawało się, że to była prawdziwa miłość. Język powieści jest mistrzowski, to trzeba przyznać. Ale słowo kurwa pojawia się w niej zbyt często. Mimo wszystko czuje się, że Autor ma talent i następna jego powieść będzie już lepsza - bardziej spójna, przekonująca i mniej rozgadana.