2019-04-03

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada


Wydawca: Znak

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Czułość samotności

Długie tytuły to dla mnie zawsze oznaka pewnej ekscentryczności prozy, którą firmują. Tutaj jest trochę inaczej, bo tytuł zaznacza specyficzną osobność tej powieści. Filip Zawada pisze bowiem o ludzkim wyobcowaniu i poczuciu zbędności, jako głos sumienia dobierając sobie niepotrzebnego nikomu chłopca, bacznego obserwatora zmieniającej się rzeczywistości. A raczej tego jej sennego wycinka charakterystycznego dla prowincji. Miejsca, w którym kościół odgrywa najważniejszą rolę, a dylematy egzystencjalne rozważają pijaczkowie pod sklepem. Zawada trochę mnie rozczarował konstrukcyjnie. Mam na myśli to, że książka pełna jest sentencji, bon motów, dobrych rad i definicji przeżywania świata, ale jest tego za dużo jak na percepcję dziecka. Właściwie starego maleńkiego, ale i to nie tłumaczy faktu, że w „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” za dużo jest zdań z wyraźnie odciśniętymi na końcu kropkami.

Poza tym jest to lektura bardzo interesująca. Dowcipna, ironiczna i inteligentna, a jednocześnie przeraźliwie smutna. Ten smutek ma tu wiele znaczeń i jest ukazany w kilku kontekstach. Autor nie musi stosować hiperboli i pisać o tym, że jego dziecięcy bohater został znaleziony na śmietniku. Widzimy, jak mocno nie przystaje do świata, w którym musi funkcjonować, co jest ukazane w kilku rozpaczliwych próbach wołania o uwagę. Jak bardzo jest temu światu zbędny i jak wciąż na nowo uczy się być dzielnym i trwać w jakiejś wewnętrznej sile wobec rzeczywistości pełnej deficytów. Tych jest tak wiele, że Franciszek to przede wszystkim suma braków, zaniedbań i wstydu ludzkości. Tej ludzkości, która przejmuje się dziecięcą krzywdą tylko przez chwilę. Zawada pokazuje, w jaki sposób jego chłopiec trafia na margines życia. Nikt nie chce go adoptować, choć znajdują się rodzice nawet dla jego przyjaciela debila. Nazwanego tak czule i będącego kimś kolejnym, z kim trzeba się pożegnać. Nieprzypadkowo zatem ważne jest w zrozumieniu tej opowieści zdanie: „(…) najłatwiej opowiada się o tym, czego nie ma”.

Franciszek nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma poczucia przynależności do kogokolwiek. Nie ma celu w życiu, bo jego istnienie wydaje się bezcelowe. Zrodziło się w wyniku przypadku i wciąż jest takim fatalnym przypadkiem. Bohater miewa wyrzuty sumienia, kiedy to właśnie jemu przytrafia się chwilowo coś dobrego. Bo jakże to możliwe? Nawet lizaka trzeba zjeść po kryjomu, żeby inni nie widzieli, że mu się poszczęściło. Że jest mu przez chwilę dobrze. Bo Franciszek to dziecko tęskniące do tego, by ktoś je zabrał stąd, gdzie jest w sensie dosłownym i metaforycznym. Czeka na pociąg na pustym dworcu kolejowym i jego marzeniem jest to, aby ów pociąg przyjechał. Najchętniej zapisałby sobie w testamencie drogę do nieba, bo włóczenie się po kręgach ziemskiego piekła zna już nazbyt dobrze. Jest samotny, sfrustrowany, ale potrafi być złośliwy i ironiczny.

Bo to oręż w walce przed światem domagającym się bycia posłusznym i najlepiej niewidzialnym. Zakonnice z sierocińca chcą widzieć Franciszka tylko wtedy, kiedy jest im potrzebny. A nikt nie potrzebuje ani tego chłopca, ani jego rojeń o roli Boga w życiu ludzi, ani jego niespokojnych snów, ani też tytułowego kota, jedynego przyjaciela będącego punktem odniesienia rozważań o tym, co w życiu słuszne i co sensowne. Filip Zawada stara się nie przekroczyć tej granicy, za którą jego dziecięcy bohater będzie już tylko manipulował czytelnikiem. Nie ma tutaj szantażu emocjonalnego, ale jest boleśnie nakreślona sytuacja, w której znajduje się dziecko, któremu po prostu trzeba współczuć. Ale mam wrażenie, że w tej książce nie o współczucie chodzi. Bardziej o wydobywanie się ze swojego niegotowego, nigdy nieuporządkowanego świata przeżyć i doznań. Że autor chce nas ze swoim bohaterem skonfrontować, ale także zbliżyć do niego w nieco inny, nieoczywisty sposób. Franciszek to domorosły filozof. A wszystko, co ocenia, krytykuje, ośmiesza i komentuje, to spektrum doznań dorosłego człowieka. Takiego, w którego życiu wciąż są miejsca na zwątpienia i wahania. Na strach, poczucie wyobcowania i niechęć do kierunku, jaki nadaje swojemu życiu.

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” to pełna specyficznego humoru opowieść o tym, w jaki sposób stawić czoła życiu, które w większości przypadków jest po prostu ponure. Jedna z zakonnic ucieka przez nim w nałóg. Niektórzy w agresję. Inni w apatię. Franciszek nie chce być obojętny, choć przecież wszyscy są daleko od niego samego, jego przeżyć i emocji. Dlatego pozwala w swoim życiu pomyszkować Bogu, wchodzi z nim w specyficzną relację. Jest bękartem, który musi być twardszy niż jego własny los, nie jest podręcznikowym przykładem bożego dziecka, jest za to być może tym bożym wyrzutem sumienia i najlepiej by było, by zapakował się w paczkę i nadał do innego świata, w którym może znajdzie miejsce dla siebie. Bóg tymczasem milczy i jest równie obojętny jak świat. A jednak wydaje się wiedzieć o bohaterze zaskakująco wiele. I daje się czasem zaskoczyć, bo życie to splot wyjątkowo niespodziewanych okoliczności, z których nigdy nie wiadomo, co wyniknie.

Poza sztucznością i pewnym niedopasowaniem puent kończących wiele rozdziałów Filip Zawada proponuje nam jednak ciekawą książkę o czułości, tęsknocie oraz takiej formie budowania sobie bezpiecznej przestrzeni, w której musi być miejsce na kłamstwo, by uwierzyć w cokolwiek stałego i coś, co może uratować. Nie podoba mi się sugerowanie wprost, jakie wnioski wyciągać z opisywanych zdarzeń, ale interesujące jest to, że Filip Zawada przede wszystkim pyta, choć jest to powieść wspomnianych już deklaracji. Myślę, że to jedna z ciekawszych książek tego roku, w której fundamentalne pytania egzystencjalne stawia pełen niepokoju chłopiec – symbol człowieczeństwa, które domaga się definicji, szacunku i dostrzeżenia. Inspirująca lektura, pozostawiająca jednak w sporym smutku i melancholii. Ale dzięki temu ten ślad po niej jest znaczący i można zabrać Zawadę ze sobą w życie. Bo jego historia nie ma zarysowanego końca. Właściwie nie ma też początku. Jest obrazem fragmentu życia, który domaga się doprecyzowania i wyjaśnienia. Przygnębiającym obrazem, choć też pozbawionym przejaskrawień czy przesady. Ciekawa rzecz.

Brak komentarzy: