Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-12-14

„Najlepiej dla wszystkich” Petra Soukupová


Wydawca: Afera

Data wydania: 23 października 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne napięcia

Nie dołączę do grona zachwycających się tą książką. Petra Soukupová – czeska specjalistka od portretowania ludzkich problemów i dylematów – proponuje tym razem męczącą i teatralną powieść. To drugie określenie wcale nie byłoby zarzutem, gdyby w takiej formule książka została skrócona. Tymczasem rozgrywa się w tym samym rejestrze stałego napięcia, formami komunikacji bohaterów są krzyki i wzajemne oskarżenia, czytelnik nie ma chwili, by od nich odetchnąć, i w gruncie rzeczy napięcie staje się nie do wytrzymania. A po pewnym czasie nuży, bo szybko można się zorientować, że Soukupová nie proponuje nic innego. Ta świetnie pomyślana opowieść o tym, że trudne więzi rodzinne są zawsze najsilniejsze, została zrujnowana tym, że stale utrzymuje bardzo napiętą atmosferę, nie dając ani bohaterom, ani tym bardziej czytelnikowi możliwości spojrzenia na sportretowane konflikty z jakiegokolwiek dystansu. „Najlepiej dla wszystkich” to także powieść z bardzo papierowymi postaciami. Interesująca jest narracja chłopca, w którym ogniskują się i odbijają konflikty dorosłych kobiet z jego otoczenia, ale same te kobiety nie są w żaden sposób interesujące. Jedna jest rozczarowana – zmęczona? – macierzyństwem, ale w płaskim rysie charakterologicznym nie ma żadnego niuansowania tego problemu. Druga po śmierci towarzysza życia kompulsywnie potrzebuje kogoś, kim mogłaby się opiekować, a jej codzienność to bezpieczna rutyna i rytuały. Również nie wejdziemy nigdzie głębiej i nie spojrzymy na tę bohaterkę z żadnego zaskakującego nas punktu widzenia.

To, co niewątpliwie było wyzwaniem dla tłumaczki, jest w gruncie rzeczy najbardziej irytującą, bo nie zawsze uzasadnioną, formą opowieści o dysfunkcyjnej rodzinie. Chodzi o mnogość zdań wielokrotnie złożonych, które oczywiście mają oddawać podkreślone już napięcie i zbliżać nas do bohaterek miotających się między miłością, przywiązaniem, niechęcią a poczuciem odrzucenia przez tę drugą. Nie wydają mi się one potrzebne w takiej formie i konstrukcji, widzi się tu ich nadmiar. Tym bardziej że mniej lub bardziej kameralne dramaty rodzinne koncentrują się na kilku wyraźnych problemach i nie wychodzą poza nie, a składnia jak najbardziej tak – usiłuje stworzyć wrażenie, że świat przedstawiony jest czymś bardziej ambitnym, niż to się wydaje.

Ciekawa narracja dziesięcioletniego Viktora to element powieści, który na pewno przyciąga uwagę. Tym bardziej że chłopiec jest naprawdę dobrze przedstawioną postacią. Ta narracja jest oczywiście naiwna, ale także rozwojowa. Viktor musi unieść na swoich barkach swoiste odium ze strony rodzicielki, lecz także zmierzyć się z dużo większą odpowiedzialnością, kiedy jego babcia podupada na zdrowiu. Viktor jest tu jednocześnie tęsknotami, żądaniami i oczekiwaniami. Zbyt wcześnie musi stać się dojrzały, by ujrzeć niedojrzałość własnej matki, a także zrozumieć uprzedzenia babki. Odesłany do tej drugiej początkowo wrasta w bunt i wściekłość, ale to zmiana środowiska będzie kluczowa dla kształtowania się jego tożsamości. Na Viktorze odbijają się emocje i nastroje dwóch kobiet, które powinny otoczyć go opieką, a nie zaskakiwać konfliktami. Zwłaszcza że krnąbrny chłopiec oczekuje od matki jeszcze pewnego intymnego rodzaju relacji (spanie w jej łóżku), a traktowany jest jak dojrzały mężczyzna, który powinien zrozumieć skomplikowane okoliczności i się do nich dostosować.

Wizerunek Hany, matki Viktora, jest już moim zdaniem bardzo uproszczony. Hana jest tym, co wewnętrznie przeżywa, i tym, co wykrzykuje, bo jest bardzo dynamiczna, stale skonfliktowana z matką i w zasadzie nieobecna dla czytelnika, gdyż poznajemy tylko jej przyzwyczajenia, idiosynkrazje i kilka podstawowych lęków, nie widząc niczego złożonego w tym, jak postępuje. Sankcjonuje się jakoś nawet zaskakująca decyzja Hany o oddaniu syna pod opiekę jej własnej matki. Wszystko dzieje się ewolucyjnie, bohaterka od początku do końca jest postacią bardzo czytelną i brakowało mi jakiegoś głębszego wglądu w jej emocje – poczynania i nawyki poznałem bardzo dobrze. Soukupová bliska była stworzenia postaci, która jest nieszczęśliwa, bo nie może wyjść poza stan bezradności. Kobiety, która zaprzecza owej bezradności momentami kompulsywnego silenia się na twardość, zdecydowanie i bycie całkowicie odpowiedzialną za swoje decyzje. Hana byłaby interesująca jako niespełniona matka, artystka, kochanka i córka, ale powodów tych niespełnień w zasadzie nie ma. Są nagromadzone frustracje i bojownicze nastawienie do rzeczywistości. Petra Soukupová nie mówi mi pod koniec książki o swojej bohaterce wiele więcej niż to, co opowiedziała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Jeszcze gorzej ma się sytuacja z wizerunkiem Evy – seniorki usiłującej w racjonalny sposób porządkować rzekomy chaos życia swojej córki. Eva nie ujawnia żadnych emocji, które mogłyby wzbudzić zainteresowanie. Jest samotna, rozczarowana, porządkuje życie poprzez powtarzalne działania i dodatkowo serwuje dzięki temu dobrą kuchnię, której jadłospis – jakby w oderwaniu od egzystencjalnego mrocznego klimatu powieści – pojawia się jako specyficzny apendyks. Eva musi się także zmierzyć ze słabościami swojego ciała. Chociaż wykorzystywana – takie są sugestie – przez swoje dzieci, wciąż na nowo chce im zaufać i stale odbija się od muru niezrozumienia. Jest w tym wszystkim jednak bardzo statyczna i trudno zadać sobie pytanie o to, dlaczego jej relacje z dziećmi wyglądają w taki sposób. Petra Soukupová swoją seniorkę czyni kimś, kto z jednej strony gwarantuje pewien porządek w rodzinie, w której stale ktoś się z kimś ściera. Z drugiej jednak strony Eva jest pewnym tłem prawdziwych konfliktów. Jej dom to przestrzeń niedopowiedzeń. Nie jest jednak atrakcyjny dla czytelnika, bo jest jednocześnie domem, w którym wyrzuca się z siebie oczywiste frustracje i żale, nie oferując w zasadzie niczego w zamian.

Dlatego moim największym zarzutem wobec „Najlepiej dla wszystkich” jest uformowane we mnie poczucie, że jest to opowieść portretująca napięte relacje rodzinne, ale niegotowa w żaden sposób, aby te relacje uczynić czymś interesującym. Zbyt szybko i zbyt przewidywalnie zmierza się tu ku katharsis. Nawet niecodzienny wizerunek zagubionego chłopca przestaje być czymś niezwykłym, bo zlewa się z tłem oczywistości i – niestety – banału. To jest taka książka, w której można ujrzeć swoje prywatne złości, kłótnie, niedopowiedzenia i nadmiar wyrzucanych z siebie podczas utarczek słów, ale dla mnie to za mało, by się jakoś zidentyfikować z przesłaniem. Za dużo tu teatralności, niewiele pogłębienia psychologicznego motywacji działania bohaterów, ale przede wszystkim problem jest to, że Soukupová chciała chyba opowiedzieć o trzech indywidualnościach, które wywołują konflikty, ale opowiedziała o tym, że czasem w życiu jest pod górkę, ludzie się kłócą, lecz zawsze tak czy owak dojdą do porozumienia, bo są rodziną. Przyznam, że to zdecydowanie za mało, i choć starałem się czytać uważnie, pomiędzy kolejnymi scenami ataków słownych i opowieścią o bolesnym impasie pośród niezrozumienia nie odnalazłem niczego poza powtarzalnością zdarzeń, która w gruncie rzeczy uczyniła z książki o mentalnych rozstaniach i powrotach proste w obsłudze jo-jo, które w dodatku chyba się psuje. Nie ratuje tego wszystkiego nawet intrygująca fraza końcowa „wszystko przed nami”. Soukupová proponuje powieść, która może się spodobać, bo jest faktycznie o prawdziwym życiu, ale niewiele w gruncie rzeczy opowiada o tym, skąd biorą się nasze animozje i toksyczność relacji, które zacieśniają się wprost proporcjonalnie do napięcia, jakie jest w nich zawarte. Spore rozczarowanie.

Brak komentarzy: