2020-07-16

„Poparzone dziecko” Stig Dagerman


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 lipca 2020

Liczba stron: 288

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina wobec utraty

Gdy przed ośmiu laty czytałem wstrząsający reportaż Stiga Dagermana „Niemiecka jesień”, zastanawiałem się nad tym, czy poznałem wcześniej książkę tak empatyczną wobec cierpienia. Dziś otrzymujemy powieść, w której cierpienie zostanie nazwane poprzez bolesne antagonizmy. Będzie najsilniej tkwiło między miłością a nienawiścią. Między skrajnościami, które niszczą i wypalają od wewnątrz bohatera. Ale będzie to też przejmujący dziennik rocznej żałoby. Świadectwo przekraczania granicy wieku i statusu. Dagerman opowie o chłopcu, który będzie stawał się mężczyzną. Po omacku, w niewyobrażalnym bólu – to będzie takie wykuwanie nowej tożsamości, a jednocześnie bolesna opowieść o tym, jak społecznie ta tożsamość jest naznaczana i szufladkowana. Bo „Poparzone dziecko” to również historia człowieka chcącego za wszelką cenę uwolnić się od uwarunkowań, w jakich jego biedna rodzina musiała odnaleźć sens swojego funkcjonowania. To zatem książka o tym, że cierpi się najbardziej, właśnie poszukując nowego sensu. I opowieść o wieloznacznej porażce, w której kryją się frustracja i tęsknota. Rzecz bardzo bezkompromisowa, trochę teatralna, niestety hamletyzująca, ale może dzięki tej specyficznej koturnowości mocniej zapadająca w pamięć.

„Poparzone dziecko” ma już ponad siedem dekad. Oddane polskiemu czytelnikowi w świetnym tłumaczeniu Justyny Czechowskiej nie traci na aktualności, bo to przecież powieść inicjacyjna, w której pojawia się uniwersalna symbolika zderzeń emocji i wrażliwości z porządkiem, tutaj konkretnie socjalistycznym, wobec którego młody bohater przyjmuje postawę czynnego, ale nieoczywistego buntu. Nie jestem pewien, czy najlepszym pomysłem było obrazowanie tego, w jaki sposób męska tożsamość kształtuje się w oparciu o zaburzony kobiecy wzorzec, dlatego jakoś mniej zwróciłem uwagę na podkreślany i szeroko przez lata omawiany motyw miłosnego zbliżenia między synem a kobietą jego ojca. Myślę, że na pewno ciekawie jest opowiedziana historia tego, jak mężczyzna rekompensuje sobie braki i jak nie jest w stanie zbudować silnego siebie, skoro miota się między niezaspokojonymi potrzebami a projekcją potrzeb dorosłych, które realizuje w dość toksyczny sposób. „Poparzone dziecko” to powieść, która przemówiła do mnie bardziej jako historia rozpadu rodziny. Drobiazgowa wiwisekcja tego, czym stają się z czasem relacje między trzema rzekomo najważniejszymi dla siebie osobami i jak wiele uwidacznia dopiero odejście jednej z nich.

W tej powieści śmierć przyszła szybko i w bezsensowny sposób. I ma na imię Alma. Proste życie kobiety, która marzyła jedynie o tym, żeby jej syn miał inne i zdobył wykształcenie, zostaje dosadnie uproszczone już na samym wstępie. Pogrzeb to „piękne przedstawienie z dobrymi rolami”, coś na kształt przedsięwzięcia odbywającego się wedle ustalonych zasad. Aby było poprawnie i poczciwie. Po zmarłej nikt nie płacze. Poza zrozpaczonym synem, wyobcowanym już na wstępie Bengtem, którego samotność i osobność Dagerman będzie kreował w bardzo oszczędnym stylu bolesnych stwierdzeń i smutnych oczywistości. Rozpoczyna się wędrówka życiowa chłopca pozbawionego matki, który musi stać się mężczyzną – antagonistą swego ojca. Tego ojca, który hańbi teraz pamięć zmarłej, myśląc o innej kobiecie, z którą spotykał się już za życia Almy. Jednak nakreślona zdrada, tak boleśnie uwierająca syna, jest tu jedynie jedną z kilku przesłanek rodzinnego dramatu. Rozpadu relacji i poszukiwania ich substytutu w innych ludziach. Co z góry skazane jest na niepowodzenie, ale fatalizm tej powieści zacznie wchodzić czytelnikowi pod skórę już od samego początku i jest to rzecz tak oczywista, że nie ma potrzeby rozwodzenia się na jej temat.

Bardziej ciekawe jest przyglądanie się tej powieści jako historii o kompulsywnej potrzebie przynależenia do czegokolwiek lub kogokolwiek. Jako jednostka Bengt wydaje się skończony. Nic bardziej mylnego. Pożegnał tylko dzieciństwo, a teraz żyje pośród frustracji i wściekłości – na status swojej rodziny, którego nikt w niej nie chciał zmienić, i na samego siebie, niebezpiecznie przypominającego ojca, tę jego znienawidzoną część. Zarówno w nieoczywistym romansie, jak i w relacjach z Knutem młody bohater Dagermana jest nieszczęśliwy, bo nie może uporządkować swoich emocji. Nie wie, komu należne jest jego posłuszeństwo, a kogo może dopasować do swojej wizji spełnionego życia. Tyle że nic tu nie będzie spełnione. Nic nie doczeka się też w miarę czytelnego i jednoznacznego sportretowania. „Poparzone dziecko” to powieść napisana zasadniczymi zdaniami oznajmującymi, ale równocześnie kryjąca przed czytelnikiem absolutnie wszystko, co konieczne, by zrozumieć do końca niezapisane motywacje bohaterów i to, w jakie relacje wchodzą. Mamy tu oczywiście sugestywnie sportretowany wachlarz stanów emocjonalnych – od wściekłej niechęci po naiwną fascynację. Ale jest też dużo goryczy, bo za każdym spełnieniem kryje się jego cień. W cieniu konsekwencja. Znowu coś stało się nieprzystawalne do oczywistych ram. Znowu pojawiają się kolejne pęknięcia, coraz trudniej złapać oddech i zrozumieć, że w tej klaustrofobicznej przestrzeni powieści jest naprawdę niewiele miejsca na oddychanie.

Fascynują oczywiście postacie kobiet – tej nieobecnej, wspomnianej już wyżej, ale także tych wywołujących szybsze bicie serca Bengta, jego fascynacje i uosobione idiosynkrazje jednocześnie. Nie wiem, czy ciekawsza jest odrzucana i przygarniana ponownie Berit, która dzielnie towarzyszy swojemu młodemu mężczyźnie stającemu się potem jej mężem, czy też zjawiskowa dla niego Gun, erotycznie atrakcyjna matka, symbol jednocześnie i utraty, i emocjonalnego zysku. Bohater Dagermana wikła się w bardzo trudne zależności. Nie jest w stanie uwolnić się od wpływu tych kobiet, ale przy nich nie sposób, by zapomniał także martwą matkę.

I jeszcze dwa czytelne symbole, nie wiem, który z nich jest ciekawszy. Pies i wyspa. To pierwsze jest wstydem, zapomnieniem, opresją i goryczą, to drugie staje się idealizowaną przestrzenią, w której najpierw ojciec, a potem syn usiłują zaklinać rzeczywistość i poczuć coś w inny sposób niż w życiu codziennym. Wyspa oraz nawiązanie do lata i zimy także będą łączyć się tu w ostatecznym przesłaniu, ale wydaje mi się, że „Poparzone dziecko” najciekawsze jest w tych oczywistych zdaniach, które okazują się bardziej skomplikowane, niż można było początkowo odnieść wrażenie. Dlatego warto czytać Dagermana powoli, bo pojawiają się frazy o charakterze sentencji, ale równie liczne są zagadki – w oczywistym świecie codziennego życia biednej rodziny ze Sztokholmu kryje się dużo więcej niż tylko dosadna wykładnia tego, z jakimi deficytami jej członkowie mierzą się na co dzień.

Jak wspomniałem na wstępie, nie czuję do końca, że ta powieść jest wiarygodna. Ma z zamierzenia być trudna i w pewnym momencie konstruuje bohatera z nieco sztucznymi emocjami, nieprzemawiającymi do mnie. Są fragmenty, w których tragiczny teatr miesza się z bolesną groteskowością, a i finał powieści ociera się trochę o podręcznikową wykładnię bezradności i smutku. Dagerman jest jednak pisarzem zapadającym w pamięć. Widzę po lekturze pierwszej jego powieści, że równie dobrym jak reporterem.

Brak komentarzy: