Wydawca: Wydawnictwo Znak
Data wydania: 28 stycznia 2026
Przekład: Andrzej Flisek
Liczba stron: 272
Oprawa: twarda
Cena det.: 54,99 zł
Tytuł recenzji: W cieniu i w pamięci
To pozornie bardzo ciepła książka do czytania w zimowe wieczory. Ale tylko pozornie. Zestawienie postaci dziadka i uważnie obserwującego go wnuka przypomina mi kilka książek o podobnej konstrukcji. I choć rzecz dzieje się w Katalonii, częściowo w Barcelonie, ale głównie na prowincji, pomyślałem sobie o tych krótkich tekstach Andrzeja Muszyńskiego z „Podkrzywdzia” opisujących dziadka stającego się demiurgiem rzeczywistości, o zbliżeniu dziecka i starca w pięknej bułgarskiej „Balladzie o lutniku” Wiktora Paskowa i o bynajmniej nie sielankowej powieści „Jalo” Iljasa Churiego – nawiązującej do wojny na zawsze pozostawiającej osad lęku w pamięci dziadka będącego swego rodzaju kapłanem. Motyw ten wykorzystywany jest rozmaicie, a Tina Vallès decyduje się mimo wszystko na pastelową tonację, choć to sztuka: w taki sposób namalować słowem obraz utraty pamięci, rozpadu więzi, narastającej tęsknoty, w końcu – objaśniania świata w sposób dosłowny i metaforyczny. Magiczny wymiar płaczącej wierzby, która staje się symbolem i utraty, i ratunku, nadaje tej książce bardzo specyficzny wydźwięk. Jest wiele ciepła zapisanego w krótkich, chwilami poetyckich rozdziałach, ale jest też sporo trwogi, niepewności i świadomości tego, że pewne rzeczy kończą się na zawsze, którą zyskuje ten, kto dopiero rozpoczyna swoje życie i stara się rozumieć początki, a czasami musi końce.
Dziadka i wnuka podzieliła lub rozdzieliła jedna litera. Dziesięcioletni Jan na różne sposoby usiłuje dociec, dlaczego nie jest Joanem, bo pod takim imieniem funkcjonuje i objaśnia mu świat senior, przeżywający traumę utratę pamięci, a Jan ma ją – jej treść – przejąć. Jak najwięcej i jak najintensywniej. Dziadek objaśnia mu świat – widzimy to już na początku w przypadku rodzinnych fotografii. Ale on nie tylko objaśnia, on stara się, by wnuk zrozumiał i nazywał. Najpierw najbliższe otoczenie, ulice. Na końcu kłębiące się w nim emocje, których jest tym więcej, im bardziej zanika dziadek, jak przestaje funkcjonować jako mentor i staje się po prostu człowiekiem, który traci swoje życie, choć nie fizycznie. Śmierć nie przychodzi wprost, lecz symbolicznie. Nie ma tu doświadczeń granicznych, lecz są doświadczenia trudne. Jak choćby zbliżenie się do człowieka, którego oddala nie tylko symboliczna litera, ale coś więcej, czego mały Jan nie może pojąć.
Na początku jest jednak bajecznie, wręcz bosko. Na pierwszym planie pojawiają się drzewa, których siła chroni. Są obrońcami dosłownymi, ale może uratować także ich cień. Dlatego najpierw ze sporym dystansem, potem w pełni przekonany do tego, co robi, mały Jan przytula się do drzew. Wspomniana wierzba płacząca to leitmotiv przemyślany bardzo skrupulatnie i nadający tej bardzo realistycznej historii coraz mocniej baśniowy charakter. Bo dziadek nie snuje historii. On opowiada Janowi bajki. A jedna z nich dotyczy tego, jakie znaczenie ma dla niego otaczająca przyroda. A także upływ czasu w niej.
Joan jest bowiem specem od zegarów. To taki egzystencjalny zegarmistrz, dzięki któremu wszystko w prowincjonalnym miasteczku chodziło idealnie. Wszystko miało też swój wyraźny zarys, było harmonijne. A potem odeszło. Realnie. Następuje zwrot akcji, który Tina Vallès tłumaczy odrobinę zbyt dydaktycznie i mój jedyny zarzut do tej książki to nazwanie wprost problemów zdrowotnych głównego bohatera. To taka wiwisekcja, w której nie pada jedynie nazwa choroby. Ale jest przyglądanie się zmianom pojawiającym się pod jej wpływem. Jan bacznie obserwuje dziadka, choć ten nie ma mu do zaoferowania tak wiele jak kiedyś. A mimo wszystko ich relacja staje się coraz bardziej trwała, umacniana każdym kolejnym dniem, każdym wspólnym, należącym tylko do nich doświadczeniem.
Jest oczywiście również rodzina chłopca. Jednak ojciec wraca do domu niekiedy „zasnuty szarością”, a prawdziwa bliskość emocjonalna to nie ta z nim, lecz z człowiekiem, który najlepszym kompanem jest dla swojego wnuka. Jest jak u Paskowa, jak u Muszyńskiego. Daleko temu, co opisała Tina Vallès, do stworzonego w trzeciej wspomnianej przeze mnie powieści obrazu starca. Ale jest też swoista samotność. Dziadek ma swą piękną małżonkę, która zawsze wygląda znakomicie, a ich bliskość pokazana jest w nie mniej piękny sposób, niekoniecznie wprost. Są rodzice małego Jana, którzy tkwią we własnych sprawach i nie chcą angażować się w życie syna tak, jak czyni do dziadek. Bo może starszemu mężczyźnie potrzebna jest bliskość duchowa bez względu na pokolenie? I może ta nieszczęsna, a przecież ważna litera różniąca imiona ma tu swoje znaczenie, bo nie pozwala na taką bliskość, jakiej obaj bohaterowie by pragnęli?
Ważne są tu także sny chłopca, które ujawniają jego lęki lub neurozy. Dziadek, który śpiewa. Jan jako zegar, który koniecznie musi być naprawiony przez seniora. Kiedy bohater wybudza się, coraz wyraźniej widzi nieprzystawanie do rzeczywistości kogoś, kto jest mu w tej rzeczywistości najbliższy. Katalońska pisarka pozwala sobie momentami na dozę humoru, kiedy na przykład opowiada, jak dziadek zaczął chodzić, gdy przyjechał do Barcelony. Ale jest też sentymentalnie smutna. Bo to przecież od początku do końca opowieść o budowaniu i utracie bardzo silnej relacji. A może o takich sposobach jej modyfikowania, które sprawiają, że trudno tę powieść jednoznacznie określić. Kończąc tę recenzję, przestaję być pewien tego, co napisałem na początku. Tina Vallès nie tworzy ciepłej historii, jednak tworzy opowieść o ciepłej relacji. Pięknej, wielowymiarowej, mającej sens dla obu stron, bo widać, że na tym wszystkim zyskuje nie tylko dziesięciolatek.
To także wzruszająca powieść o rodzinie jako królestwie. Rodzice Jana są parą królewską, ale najważniejszy jest jednak senior, bo to dzięki niemu powstała rodzina w takim kształcie i z takimi przekonaniami. Tym niemniej – nadzwyczaj prozaicznie – jest trudno, coraz trudniej. Na ratunek przychodzą drzewa i ta specyficzna pamięć o nich, która nie zanika. W przeciwieństwie do nich samych – niszczonych przez żywioły, wycinanych, usuwanych ze świata przez człowieka. Tymczasem „Pamięć drzewa” to opowieść o wskrzeszaniu. O zapamiętywaniu wbrew temu, że pamięć szwankuje. O porządku zapamiętywania nieodzownie skorelowanym z porządkującym wszystko czasem. Tina Vallès opowiada także słowami swojego bohatera o tym, że symbolicznie wystarczy zawsze patrzeć, niekoniecznie zawsze widzieć. Dlatego nakreśla i zaciera kontury swojej powieści. Dlatego też jest taka lakoniczna w opisywaniu scen, które mogłyby być rozbudowane. Bo mamy w gruncie rzeczy patrzeć. A widzieć dopiero wówczas, gdy zamkniemy książkę i ujrzymy tę historię jeszcze raz na nowo.
---
Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz