Wydawca: Książkowe Klimaty
Data wydania: 20 maja 2026
Liczba stron: 136
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 34,90 zł
Tytuł recenzji: To, co odjęte
Ze sporym wstydem muszę wspomnieć, że ominęła mnie lektura „O fotografii” Susan Sontag, jednakże bardzo uważnie przeczytałem „Widok cudzego cierpienia” tej autorki, w którym jest mowa między innymi o artyzmie fotografii, i choć Sontag jest tu akurat zaledwie jedną z obecnych ważnych myślicielek, to zaczynając pisanie o nowej książce Maćka Bielawskiego, mam wrażenie, że mogłaby ona nosić tytuł drugiej ze wspomnianych publikacji Susan Sontag.
Bo to opowieść o patrzeniu, widzeniu i cierpieniu. Głównego bohatera, ale również świata, który widzi, a przy tym naprawdę dostrzega. I nie robi mu krzywdy, wycinając z kadru pozornie najważniejszy element. On ten świat dzięki temu wycięciu odczarowuje. Odbiera mu niewypowiedziane cierpienie. Zabiera całą masę okrucieństwa i bólu, które obecnie kryją w sobie retuszowane portrety w social mediach. Nie zdjęcia, które miały jakąś historię, czekało się na ich wywołanie, były prawdziwym i kultywowanym świadectwem jakiegoś ważnego wydarzenia. W wieku, który – jak się słusznie wspomina – będzie najdokładniej sfotografowanym czasem w historii ludzkości, Bielawski widzi i pułapki, i przytłaczającą czasem pustkę, i przede wszystkim brak refleksyjności. Refleksji wielkiej miary, oryginalnych przemyśleń i przede wszystkim znakomitej gry na różnych rejestrach narracyjnych jest w „Bez głowy” wiele. Krótka i zmieniająca sposób myślenia książka. Jakże się cieszę, że po obszernym „Ostatnim”, który nie przypadł mi do gustu, przeczytałem rzecz tak misternie stworzoną, wielokrotnie niejednoznaczną, a przede wszystkim pasjonująco twórczą. Dlatego tak lubię wracać do autorów, którzy mnie rozczarowali pierwszą książką. Zwykle spotyka mnie przyjemna niespodzianka. Tym razem również tak było.
Warto chyba zacząć od relacji między wspomnianymi już rejestrami narracyjnymi. Zaczyna się od wernisażu prac. Niewielu, bo dwudziestu dwóch. Zdjęć zrobionych w taki sposób, że obecni na nich ludzie nie mają głów. Najpierw czytamy coś w rodzaju eseju interpretacyjnego, który dość szybko nabiera kształtów rozprawy naukowej snutej pełnym nadętych fraz akademickim językiem momentami hiperbolizującym różne kwestie. Znawca dziedziny sztuki, jaką jest fotografia, używając bawiących mnie zawsze i według mnie nic nieznaczących słów „skądinąd” i „poniekąd”, próbuje opisać drogę twórczą młodego fotografa. Artur w swym krótkim życiu wykonał niewiele zdjęć, jednakże zmuszają one krytyka do zadumy nad kunsztem i niezwykłością dzieła. Jest ono surrealistyczne, anatomicznie odkształca tradycyjny ogląd świata i ludzi, zwłaszcza tych, którzy na zdjęciach powinni mieć twarz, a głowa jest przecież tym, co człowieka szczególnie wyróżnia. Czy aby na pewno? Jakie wyróżniające elementy zdjęć Artura dostrzega jego akademicki interpretator we frazie, która na przemian bawi, na przemian irytuje? Cytowani naukowcy blisko związani z fotografią dodają tej części narracji wiarygodnego kolorytu, niemniej pozornie uporządkowany wywód wcale nie wyjaśnia niezwykłości zjawiska, o którym jest mowa w tej książce. Ta narracja ugniata samą siebie jak plastelinę, staje się chwilami groteskowa, miejscami konfabuluje i zasadniczo nie odnosi się do całościowego zamysłu tej krótkiej powieści Bielawskiego.
Kontrą do tego, co zostało dotychczas napisane, jest znakomita partia dialogowego chaosu pełniąca tu funkcję przerywnika. Odzwierciedleniem tego, jakim chaosem jest obecny czas. W jaki sposób… stracił głowę, choć wciąż kreują go ludzie, którzy te głowy posiadają. I mamy mówiące głowy albo zlepek wszystkich tych potworności nazywanych często komunikacją. Nadal trzymamy się tematu, czyli ekscentrycznych zdjęć ludzi sfotografowanych bez głów, ale wszystko zaczyna iść w zaskakującą stronę. Podąża jednak w kierunku klasycznej już narracji stworzonej z wielu perspektyw. Z wieloma słowami albo frazami kluczami. Nadopiekuńcza matka i zmarła matka. Osoba, która nie dostała się na wymarzony kierunek, i człowiek, który go studiuje, nie doceniając tego, co dla kogoś może być spełnieniem marzeń. Zaczyna się też wyjaśnianie, co wydarzyło się na samym początku, a raczej: pokłosiem czego jest ten ekscentryczny wernisaż. Bielawski igra z czytelnikiem, jego percepcją konkretnego tematu. Jednocześnie jest to książka boleśnie autoironiczna, jeśli wziąć pod uwagę, co portretuje. Rzeczywistość i jej odbicie na współczesnym zdjęciu? Artyzm, ekstrawagancję czy coś wynikłego z poważnych problemów życiowych albo zwycięstwa mrocznych emocji?
„Bez głowy” to narracja należąca do tych krótkich, wyjątkowo zaskakujących i równie wyjątkowo bolesnych. Po złożeniu jej w całość, przeczytaniu ostatniego zdania, ułożeniu tych narracyjnych puzzli pozostaje poczucie smutku i swoistego zagubienia. A jednocześnie refleksja czyniąca nową książkę Bielawskiego naprawdę odkrywczą opiera się na materiałach źródłowych analizujących od stuleci kluczowy temat. Co stanowi wartość dodaną tej powieści? Przede wszystkim to, że autor nie jest w żaden sposób jednoznaczny w diagnozie prezentowanego świata. Można się nawet zastanowić nad tym, czy w ogóle formułuje jakąś diagnozę. Jednakże to narracja, w której przemyślane są każda strona i każdy, nawet najbardziej absurdalny dialog. Także opowieść o egzystencjalnej pustce i artystycznym sposobie wyrażenia tego stanu. Ma on kilka wymiarów. Odnosi się do tego, co dzieje się w życiu bohaterów (a jest ich wielu w tej skromnych rozmiarów książce, proszę mi wierzyć), lecz także do tego, co życie uczyniło z nimi samymi. O dewaluacji pewnych pojęć, przewartościowaniu kolejnych (ciekawa metafora związana z wagą kilograma, która w odczuciu jednego z bohaterów zmieniła się na przestrzeni lat, bo dzisiejszy kilogram nie jest już tym samym kilogramem co kiedyś). Bielawski nie ma chyba w zamiarze przygnębiać, lecz twórczo analizować te elementy świata, od których kreatywność się odwróciła. Ale to również powieść będąca ostrzeżeniem. Bardzo mocnym.
Mamy i będziemy mieć inklinacje do bycia perfekcyjnymi w czymś, w czym możemy być dyletantami. I to wszystko dzieje się w głowie – tam, gdzie młodziutki fotograf może wcale nie chce zaglądać, bo pomija ten element ludzkiej anatomii na swoich zdjęciach. Maciek Bielawski z pewnością opowiada tutaj o tendencjach ucieczkowych egzemplifikowanych przez formułę braków na fotografiach – kluczowych wszak dla kilku fabuł tworzących „Bez głowy” – lecz jednocześnie pyta o to, co zostało pominięte, jako o coś, co być może powinno wrócić. Być może stać się czymś innym, lepszym.
Dawno nie czytałem tak sprawnie zwizualizowanej koncepcji świata, który przekroczył granicę prawdziwego widzenia i bardzo szybko wszedł w szeroko pojęty nurt halucynacji łączony również obecnie ze sztuczną inteligencją. To lektura ważna i chyba konieczna, jeśli nie chce się stracić głowy, a przede wszystkim kontaktu z rzeczywistością, która jako taka nie zmieniła się zasadniczo w obecnym stuleciu. Zmieniło się i uczyniło fragmentarycznym widzenie tej rzeczywistości. Widzenie samego siebie. Swojej pełnej, ale w pewnym stopniu zdeformowanej sylwetki. Zdjęcia młodego fotografa nie są deformacją, lecz punktem wyjścia do ciekawych rozważań egzystencjalnych w książce udowadniającej, że polska proza współczesna lubi bawić się formą, ale czasami ma poza nią do opowiedzenia historię. Brawo.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz