2026-06-29

„Wdowa” Helene Flood

 

Wydawca: Wydawnictwo Agora

Data wydania: 1 lipca 2026

Liczba stron: 360

Przekład: Ewa M. Bilińska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,99

Tytuł recenzji: Rodzinne intrygi

Powieść Helene Flood – należąca do gatunku tych, które bardzo szybko się czyta i równie szybko zapomina – zaskakuje nas tutaj podwójnie. Pozytywnie, jeśli chodzi o misterną konstrukcję, tworzenie krótkich scen w dwóch przestrzeniach czasowych i umieszczanie tam wskazówek ważnych dla intrygi, dlatego warto podczas lektury notować sobie pewne rzeczy, bo Flood całkiem sprawnie osiąga efekt swoistej halucynacji, niepewności i narastającego lęku. A to opowieść o kobiecie, która po stracie męża mierzy się z nieznanymi jej dotąd rodzajami lęków. Wcześniej także było ich bardzo wiele, łącznie z poczuciem zbędności albo świadomością, że było się złą żoną i matką, złą kobietą albo kobietą bez żadnych właściwości.

Negatywne zaskoczenie to przewidywalność. Autorka zaproponowała nam narracyjne puzzle do poskładania, ale w rzeczywistości to, co jest ukryte na obrazku, odsłania się na długo przed uporządkowaniem elementów. Podoba mi się w całym tym kontrolowanym chaosie przemyślana kompozycja klamrowa, jednakże nie ma we „Wdowie” zbyt wielu zaskakujących momentów, choć Flood stara się, by było onirycznie, tajemniczo – i żebyśmy za wszelką cenę uwierzyli, że mocno szwankuje nie tylko pamięć głównej bohaterki, ale także otaczających ją ludzi. Zdarzenia, które mają miejsce, składają się w logiczny ciąg, jednakże kuleją detale: albo okazują się nieistotne dla ogólnego obrazu, albo są wskazówkami zbyt oczywistymi. Smutne jest to w tym pierwszym przypadku, bo „Wdowa” to w moim przekonaniu powieść o tym, jak problemy z pamięcią wpływają na zachowania i tożsamość bohaterów. Umieszczenie w fabule niszczonej przez demencję matki bohaterki jest jednym z elementów, które szkodzą tej książce. Czy można ją nazwać thrillerem? Momentami tak. Dla mnie to dość przeciętna obyczajówka poszatkowana na kawałki, co zmusza do większej uwagi podczas czytania – i to akurat działa na plus.

Evy to bohaterka prowadząca, a przy tym prowokująca. Niejednoznaczna, choć bardzo wyraźnie osamotniona. Nie z powodu śmierci męża. Żyjący członkowie jej rodziny przebywają w różnych odległościach od Evy, jednak mentalnie są od niej z pewnością dość daleko. Ale czy związek, który trwał prawie pół wieku, dał jej namiastkę bliskości, a przede wszystkim ten rodzaj spełnienia, który po tylu latach związku uzyskujemy przy człowieku godnym pełnego zaufania? Ów związek był burzliwy i jest odsłonięty tylko fragmentarycznie, co jest naturalnie zaletą, bo nie czyni z „Wdowy” quasipsychologicznej analizy współżycia małżonków o skrajnie różnych charakterach i sposobach życia.

Jak na Norwegię jest wyjątkowo tradycyjnie i do bólu przewidywalnie, jeśli chodzi o skutki narzucenia takich ról. On pracuje i utrzymuje rodzinę, ona wychowuje po kolei trójkę dzieci, z których najbardziej przywiąże się do pierworodnego syna, ale to przywiązanie będzie miało zaskakujący finał. Istotą powieści Helene Flood jest pokazanie pewnego zarysu rodzinnych relacji, który może nasuwać wiele niepokojących skojarzeń, ale najwięcej niepokoju wprowadzają detale. Mam wrażenie, że jeśli o nie chodzi, to Flood w pewnym sensie porozrzucała klocki o różnych kształtach i kazała je czytelnikowi poskładać, jednakże nie wszystkie do siebie pasują, a niektóre trzeba łączyć na siłę. Retrospekcje ciekawie współpracują z czasem współczesnym i ta atrakcyjność stworzona jest właśnie z drobiazgów, które potem przestają mieć znaczenie albo okazują się jedynie pustym w swej wymowie elementem przykuwającym uwagę.

Jak wspomniałem na wstępie, „Wdowa” to powieść do błyskawicznego przeczytania. Sześćdziesięciosześcioletnia główna bohaterka na przemian irytuje, intryguje, zaskakuje i potrafi uczynić z siebie kogoś, komu ze wszech miar można współczuć. Ważni są ludzie wokół niej, bo relacje z nimi tworzą rys psychologiczny Evy. Możemy dowiedzieć się na przykład, jakie i dlaczego właśnie takie znaczenie ma w jej życiu spożywanie alkoholu. Albo czym są dla niej tabletki przeciwlękowe i nasenne, których stara się nie używać, bo coraz wyraźniej rozumie, że musi czuwać praktycznie całą dobę, a zagrożenie może przyjść o każdej porze dnia lub nocy.

Poza opowieścią o osaczeniu i o tym, w jaki sposób najbliżsi potrafią zmanipulować czyjąś pamięć, jest tu też sentymentalna historia poznania się dwójki ludzi, którzy dość szybko w mało sentymentalny sposób zaczęli żyć koło siebie, nie ze sobą. I ktoś jeszcze, ten trzeci, niepokojący cień tego związku, a może człowiek, który potrafi dla Evy zrobić najwięcej. Dużo więcej niż jej dzieci, których postacie – poza jedną – są zupełnie papierowe, dlatego zaproponowana tu intryga ani ziębi, ani grzeje. W miarę solidna i dość logicznie uporządkowana powieść z dreszczykiem, ale naprawdę mało co konkretnego o książce Helene Flood da się napisać.

Lecz zaintrygować może wątek smutku i samotności. Wydaje się, że Evy w pewnym stopniu lubi być smutna, a na pewno z radością przyjmuje momenty, kiedy może być sama. Dłuższy czas spędzony z samą sobą w Paryżu. Czas po śmierci męża, który nie jest jakimś wielkim cierpieniem przebywania w osobności. „Wdowa” to powieść o tym, jak rodzi się osobność, jak gubią się gdzieś bliskie więzi, a być może jeszcze bardziej – historia rodziny, która nie umiała się pokochać i szanować. Dlatego wszystko wydaje się skomplikowane, opisy relacji dodają powieści kolorytu, lecz wszystko zmierza w boleśnie przewidywalne rejony, choć Flood lekko budzi nas z letargu w zakończeniu swej powieści.

Na koniec warto oddać tej powieści, że pokazuje narzędzia manipulacji, które sprawiają, że ktoś zaczyna czuć się winny czegoś wobec kogoś, staje się względem niego podrzędny i tak naprawdę gubi sam siebie w morzu oskarżeń albo podejrzeń. Oczywiście więcej będzie we „Wdowie” tych ostatnich, a oryginalna forma książki wzmacnia wrażenie, że narracja ta, gdyby napisać ją w inny, bardziej klasyczny sposób, nie przyciągałaby tak uwagi czytelników. Bohaterowie całkiem dobrze są tu wprowadzani i prezentowani, jednak Flood nie pracuje nad tym za bardzo, zwróciłem na to uwagę wcześniej i zwracam teraz, ponieważ opowieść o tym, co się przydarzyło pewnemu starszemu małżeństwu, miałaby więcej kolorytu, gdyby wizerunki psychologiczne bohaterów były choć trochę bardziej skomplikowane.

Wdowa” to też książka o ludzkiej chciwości i potrzebie posiadania nawet tego, co jest niezupełnie potrzebne. Ciekawy wizerunek majętnych Norwegów, którzy wcale nie przypominają mieszkańców jednego z bardziej równościowych krajów, ale moje doświadczenia przekonują mnie, że wszystkie te kraje na północy Europy mają po prostu świetnie zrobiony zagraniczny PR, a Flood jest tu jedną z wyrazicielek tego, jak naprawdę może wyglądać życie w norweskiej rodzinie, w której wygasa żar uczuć, a rośnie pragnienie posiadania. Flood napisała w sumie bardzo smutną książkę o tym, jak fasadowe może okazać się bycie razem i że może się za nim kryć brak wsparcia. Także o boleśniejszym odczuwaniu czyjejś śmierci, gdy jawi się ona jako przypadkowa i bezsensowna. To literacki dowód na to, że interesująca gra z formą może nie dać rady uratować słabej fabuły. Widać w tej powieści naprawdę dobry, lecz kompletnie niewykorzystany potencjał.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: