2025-06-02

„Jakob” Satu Rämö

 

Wydawca: Wydawnictwo Harper Collins Polska

Data wydania: 4 czerwca 2025

Przekład: Karolina Wojciechowska

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Między Islandią a Finlandią

Ta książka jest przykładem na to, jak inteligentnie tworzyć cykl powieści. Dlaczego? Dlatego że u Satu Rämö nie jest tak jak w większości tego typu pisarskich przedsięwzięć, kiedy każda kolejna książka łączy się z następną jedynie głównym bohaterem i przeszłością, w której zdarzyło się coś, do czego się wraca. Recenzując drugą powieść cyklu, czyli „Rósę i Björk”, stwierdziłem, że pisarka w taki sposób tworzy fabułę, iż o każdej postaci można by napisać osobną książkę. I to jest świetny element całej twórczości Rämö opowiadającej o perypetiach islandzkiej policjantki z Fiordów Zachodnich. Jakob, bohater drugoplanowy, staje się spiritus movens trzeciej powieści. Czyli zabieg jest prosty: kolejne książki koncentrują się na postaciach z otoczenia Hildur i na ich sekretach. A tym, którym podobały się dwie poprzednie powieści Satu Rämö, radzę zapiąć pasy: to dopiero początek. Nie będę zdradzał, komu poświęcone są kolejne części, bo moim zadaniem teraz jest skierować uwagę na „Jakoba”. Książkę inną niż „Rósa i Björk”, która spodobała mi się bardziej niż „Hildur”, bo koncentrowała się na kwestiach psychologicznych, a przede wszystkim stopniowo ujawniała, jakim koszmarem może być życie kobiety w kraju, w którym kobiety zajmują stanowiska premiera i prezydenta.

Inna, jednak nie gorsza. Po prostu inna. Cały czas zastanawiałem się nad tym, czy polecać „Jakoba” potencjalnemu czytelnikowi, który nie zna dwóch poprzednich książek Satu Rämö. Autorka jest profesjonalistką w swoim fachu, więc pisze w taki sposób, by w tej powieści odnalazł się również ten,kto nie zna wcześniejszych tomów. Niemniej dużo większą frajdę z lektury będą mieli ci, którzy czytali „Hildur” oraz „Rósę i Björk”. Dlaczego? Będą widzieć więcej i wyraźniej. Bo „Jakob” jest mroczny, niejednoznaczny, tajemniczy jak islandzka mgła. Autorka zaczyna znakomitym prologiem z takimi sformułowaniami jak „miękka cisza”. Ta powieść będzie o cierpiących w ciszy. Tu ofiarami będą zwierzęta, konkretnie konie, ale ofiar jest dużo więcej. Nie mam na myśli denatów, których liczba w „Jakobie” jest zaskakująco duża. Mam na myśli ludzi, którzy otrzymują ciosy, zarówno dosłowne, jak i – przede wszystkim – metaforyczne. Jak sama Hildur, która zmuszona będzie spojrzeć na najbliższe osoby z innej perspektywy i zobaczyć w nich coś, czego nie chciałaby widzieć. A na pewno wolałaby nie przeżywać emocji związanych z poznaniem mrocznych faktów o tych osobach.

Tak, spokojnego i zrównoważonego Jakoba, fińskiego praktykanta przybywającego na posterunek policji w Ísafjörður, poznamy z zupełnie innej strony, tak czytelnicy, jak i jego przyjaciółka Hildur. Albo… może wcale nie poznamy, bo wskazałem wcześniej, jak bardzo niejednoznaczna w swej wymowie będzie ta książka. Tym razem Rämö nie stawia ani na element kryminalny, ani też psychologiczny, koncentruje się na stworzeniu powieści, w której pojawi się wir wydarzeń i mnóstwo niejasności. Odkłada się zatem „Jakoba” z wieloma pzostawionymi bez odpowiedzi pytaniami. Zwłaszcza tymi o konstrukcję psychologiczną bohatera, bo Hildur wydaje się odsłonięta w całości już od pierwszej powieści, a książka poświęcona jej fińskiemu koledze z pracy – lekceważonemu zresztą przez nowego przełożonego policjantki – staje się intrygującą zagadką. Wciąż otwierają się nowe furtki, ale autorka nie pozwala nam się przez nie prześlizgnąć, byśmy mogli zrozumieć wszystko albo chociaż większość. Dlaczego na przykład Jakob reaguje wrogością, gdy Hildur po raz pierwszy pyta o jego rodziców? Jakie dokładnie konsekwencje będzie miało wydarzenie z prologu, które w dużym stopniu wpłynęło na psychikę Jakoba? To nie jest potulny i sympatyczny Fin, który potrafi dziergać na drutach islandzkie swetry i wydaje się łagodny jak islandzka owca. Odsłanianie tajemnic Jakoba związane jest także z kolejnym ciekawym zabiegiem, czyli częściowym przeniesieniem akcji do Finlandii. A przypomnieć należy, że Rämö to pisarka zarówno fińska, jak i islandzka. Pytana przeze mnie o narodową tożsamość literacką, mówiła o tym całkiem ciekawie w rozmowie prezentowanej w mediach społecznościowych przez polskiego wydawcę. Zatem tutaj interesujące będzie nie tyle to, jak wygląda lub wyglądało życie Jakoba w ojczyźnie, ile to, w jaki sposób Islandka odbiera Finlandię. Bo to też zimna północ, ale zupełnie inny kraj, inne społeczeństwo, kultura, zwyczaje. Inna rzeczywistość.

O ile nie przeszkadza mi to, że postać Jakoba nie została w moim odczuciu należycie pogłębiona psychologicznie, o tyle chyba niewykorzystany pozostał potencjał pomysłu: konfrontacji sposobu widzenia i rozumienia rzeczywistości przez Islandkę z tym, jak widzą i rozumieją tę rzeczywistość Finowie. Jest kilka ciekawych z tego punktu widzenia scen, jak choćby rozmowa z fińską kierowniczką pewnego zakładu produkcyjnego, jednakże zderzeń międzykulturowych jest trochę za mało. Szkoda, bo Islandia i Finlandia to zupełnie różne kraje. A Satu Rämö całe życie tkwi mentalnie i emocjonalnie między jednym a drugim. Jednak rozumiem, że pomysł na „Jakoba” był dokładnie taki, jak go widzę: dużo niejasności i bardzo zdynamizowana akcja. To w zasadzie zaleta, bo z niecierpliwością czekam na przekład kolejnych części cyklu, skoro autorka zaskakuje za każdym razem – to nie jest trzeci raz to samo. Choć po raz trzeci widzimy, że Satu Rämö stworzyła postać kobiety, która – co pisarka podkreśla w wywiadach – mogłaby być jej przyjaciółką. Właściwie nią jest, kiedy Rämö siada do pisania o niej. A ponieważ znamy się osobiście – bo mieszkamy w sąsiadujących miejscowościach – wiem z rozmów, że jest ono impulsywne i zdecydowanie niepodporządkowane drabinkom czy innym schematom, które szkoły pisarskie proponują twórcom chcącym zabłysnąć w roli autorów powieści kryminalnych.

Oczywiście, „Jakob” to wciąż kryminał. Jak wspomniałem wyżej, ofiar zabójcy jest sporo. Jak na małą Islandię nawet za dużo, jednak ludzie giną także w Finlandii. Satu Rämö interesująco wykorzystała jedną z najbardziej znanych w Islandii historii związaną z trzynastoma niesfornymi postaciami, o której nie chcę więcej pisać, by nie psuć przyjemności z lektury, ale która i mnie mocno przyciągnęła, a jeśli ktoś śledzi mój islandzki profil facebookowy, wie, jak dobrze się w związku z nią bawiłem w grudniu. Bo rzecz dzieje się właśnie w grudniu, tuż przed świętami, w najbardziej mrocznym w Islandii okresie, kiedy słońce pojawia się tylko na chwilę. Te ciemności nabiorą znaczenia metaforycznego. „Jakob” w gruncie rzeczy nie będzie książką o partnerze zawodowym i przyjacielu głównej bohaterki. Będzie o tym, co nie ma adresu, a jest wszędzie: w Islandii i w Finlandii także. „Jakob” to przede wszystkim opowieść o chciwości. I jej okrutnych konsekwencjach.

Podoba mi się to, że zbliżamy się do danych postaci i oddalamy od nich na zasadach ustalonych przez autorkę. Dla Satu Rämö jej Hildur wciąż jest najważniejsza, jednak wielowątkowa intryga powoduje, że to powieść w pewnym sensie panoramiczna, a jednocześnie bardzo skupiona na tym, co co możemy przeczytać wprost. Znajdziemy tu sporo zagadek, które są nimi także dla Hildur. Bo głównej postaci cyklu przyjdzie się mierzyć z dużo trudniejszymi emocjami niż żałość czy wyrzuty sumienia po zniknięciu młodszych sióstr, bo w takiej kondycji emocjonalnej poznaliśmy kobietę w pierwszej powieści cyklu. „Jakob” to także książka, w której jedna z postaci ma oszpeconą twarz. W związku z tym pomyślałem, że jest tak jak za każdym razem u Rämö: jej opowieść zdziera lukier ze wspaniałego zagranicznego wizerunku, który Islandia wypracowała głównie dla turystów. Fiordy Zachodnie nie są już centrum wydarzeń, ale i tak jest mi ta książka bliska. Bo pisarka tak jak ja doskonale widzi dysfunkcje islandzkiego państwa, jak również to, że nie wszystkim ludziom żyje się tu szczęśliwie. W Finlandii również. A to przecież ponoć kraje z czołówki najszczęśliwszych państw świata. Problem jednak polega na tym, że fikcja literacka w powieściach Satu Rämö niekoniecznie jest tylko fikcją. Warto się przekonać, co w Islandii i Finlandii jest mrocznego – nie tylko z powodu niedoboru słońca w grudniu

2025-05-27

„Nieznane oblicze wikingów. Zapomniane opowieści nordyckiego świata” Eleanor Barraclough

 

Wydawca: Wydawnictwo Prószyński i S-ka


Data wydania: 20 maja 2025

Przekład: Magda Witkowska

Liczba stron: 360

Oprawa: twarda

Cena det.: 75 zł

Tytuł recenzji: Zapomniani, wskrzeszani

To książka fascynująca dla kogoś, kto osiadł na Islandii dwa lata temu i wciąż niewiele wie o szeroko pojętej kulturze wikingów. Ale nie tylko dla mnie. Przede wszystkim nie jest to opracowanie naukowe i zainteresować może wbrew pozorom nie tylko odbiorców interesujących się wikingami, lecz również szeroko pojętą historią, śladami po specyficznych formach funkcjonowania ludzkości oraz… fantazjami na ich temat. Bo ważne w tej książce jest to, co autorka wyraża wprost w podziękowaniach, a co widzi się, czytając już pierwszy rozdział. Mamy tu bowiem połączenie wrażliwości, specyficznej frazy narracyjnej i wyjątkowego sposobu opowiadania o poszczególnych zjawiskach oraz problemach. W związku z tym dostrzegamy, że „Nieznane oblicze wikingów” to rzecz napisana zarówno przez naukowczynię, jak i przez publicystkę, ale także pisarkę. Bo fragmentami czyta się to jak fascynującą powieść. Dziesięć interesujących rozdziałów nabiera atrakcyjności dzięki temu, że Eleanor Barraclough włącza w tekst antycypacje, a to po prostu niesamowicie wciąga i zachęca do czytania. Publikację wyróżnia też inna kwestia. Brytyjska autorka łączy fakty i insynuacje na temat kultury wikińskiej z jej ogromnym wpływem na kulturę anglosaską, a to nie jest już takie oczywiste, jeśli ktoś interesuje się tematem dość pobieżnie.

Norwegia, Szwecja i Dania to oczywiście kraje, w których opowieść się rozpoczyna i w wielu aspektach rozwija. Jednakże jest też bardzo dużo ciekawostek o Islandii i tym, w jaki sposób funkcjonowali tu wikingowie. Dla mnie, islandzkiego emigranta, niektóre z tych informacji to odkrycia, niektóre to potwierdzenia zasłyszanych tez, inne zaś rozwiewają wątpliwości, jakie miałem. Najbardziej paradoksalne, co przeczytałem, to że w obecnej Islandii, w której w każdej miejscowości widoczna jest tęczowa flaga, przed wiekami surowy biskup nakładał kary za homoseksualizm. Że w kraju, który nie ma armii i z łagodnością swoich obywateli wydaje się najbardziej pokojowy na świecie, odbywały się wojny domowe, a także okrutnie rozprawiano się ze zbuntowanymi niewolnikami na Vestmannaeyjar (przy okazji poznałem etymologię nazwy tego przepięknego małego archipelagu będącego częścią Islandii). Jest dużo więcej. Na przykład informacja – choć znana chyba powszechnie – że najbardziej zbliżony do staronordyckiego jest obecnie współczesny język islandzki. Rozumiem już teraz, co naprawdę znaczy po islandzku „sobota”. I to w Islandii spisywano głównie historię Wikingów. Barraclough podkreśla, że problemem odkrywania i interpretowania zachowań wikińskich jest brak zapisów ich historii. To, co opowiedziane, to za mało. Albo zniknęło na przestrzeni wieków. W odniesieniu do epoki wikingów pada tu określenie „zachwycający klejnot”, choć wiadomo, że naprawdę trudno zrekonstruować i ją, i przede wszystkim jej codzienne życie, które autorce wydaje się najciekawsze.

Dlaczego stereotypowy wiking to potężny mężczyzna z szaleństwem w oczach, który przemierza zimny ocean, stawia stopę na obcej ziemi i walczy ostrymi narzędziami, okrutnie traktując każdego, kto stanie na jego drodze i nie jest po jego stronie? W książce Eleanor Barraclough dowiadujemy się, skąd wzięła się ogólnie przemoc i agresja wśród wikingów, jednakże możemy też zauważyć znakomite poczucie humoru autorki poświęcającej chwilę na przykład wikińskiej kupie. Wcale nie byli zawsze okrutni i wcale nie było tak, że każdy wiking to twardziel. Mamy tu opisane słabości, lęki, trudności psychologiczne, którym nikt wtedy nie mógł zaradzić.

Konstrukcja książki jest bardzo ciekawa i przemyślana. Podoba mi się pomysł trójdzielności rozważań. Barraclough zaczyna od odkryć na duńskich torfowiskach, a kończy bardzo niejednoznacznie. Bo wikingowie to prawdziwa tajemnica i taką tajemnicą w wielu wymiarach pozostaną. Autorka śledzi na początku trzy geograficzne drogi poszukiwań i odkryć, a w zakończeniu zaznacza, że opowieść o wikingach może mieć trzy różne zakończenia. Bo skończyła się epoka, o której naprawdę niewiele konkretnego można powiedzieć. Czytając, zauważamy, że narracja koncentruje się często wokół przedmiotów, które wydobyto z wiecznej zmarzliny albo na które natrafiono w czasami zaskakujących okolicznościach. Barraclough przygląda się kamykowi, zapisowi runicznemu albo figurce. A potem… nie boi się swoich własnych przemyśleń związanych z danym przedmiotem. Solidnie przygotowana merytorycznie (liczne teksty źródłowe zaznaczane w każdym rozdziale) jest jednocześnie pisarką, kreatorką fikcji, kobietą snującą swobodne rozmyślania o tym, co mogłoby mieć miejsce, ale wcale nie musiało się wydarzyć. Dlatego w niektórych fragmentach ciekawsze są tu nie fakty, lecz hipotezy albo po prostu swobodne przemyślenia autorki. Naprawdę zaangażowanej w temat, ale niechętnej do powtarzania lub utrwalania mitów oraz powszechnie dostępnych faktów na temat kultury wikińskiej.

Podoba mi się również to, że Eleanor Barraclough skupia się na analizowaniu sytuacji kobiet w omawianej kulturze. Bo przecież wiking to nie tylko dość konkretnie i stereotypowo zwizualizowana postać o konkretnej płci. Nie dla autorki. Kto na przykład szył wszystkie żagle do statków, którymi mężczyźni podbijali kolejne lądy pośród zimnych wód? Kim były te, które wtedy i teraz są niewidoczne, bo wiemy tylko tyle, że dzieliły się one na szlachetnie urodzone, wolne i niewolnice? Biorąc pod uwagę, że autorka skupia się przede wszystkim na tradycji ustnej, trudno, by znalazła jakieś konkrety dotyczące sytuacji i statusu wikińskiej kobiety. Jednakże udaje jej się coś pozornie niemożliwego. Najciekawszy w moim odczuciu jest rozdział o runicznych komunikatach przekazujących czytelne informacje o kobiecych (i męskich) uczuciach oraz namiętnościach – tych tak zwanych właściwych i tych zgubnych, które tak piętnował duchowny w jednym z najbardziej obecnie tolerancyjnych krajów Europy.

Świetne jest też to, że poznamy szerokie spektrum kierunków wypraw wikingów: od Morza Czarnego i Morza Kaspijskiego po Grenlandię. Funkcjonowanie kultury wikińskiej w tamtych rejonach wydaje się najciekawsze i rozważania właśnie na ten temat najmocniej przykuły moją uwagę. „Nieznane oblicze wikingów” to książka o niezbadanych przez współczesnych ludzi świecie, w którym wspólnota tworzyła się na bardzo specyficznych zasadach. Jednocześnie ludzie kojarzeni z przemocą i podbojami mieli dokładnie te same wady i zalety co my współcześnie. Jednakże wejście w tamten świat, tamtą mentalność i kulturę nie jest czymś łatwym, a w pewnych aspektach nawet jest niemożliwe. Nieprzypadkowo Eleanor Barraclough używa metafory zamkniętych przed nami drzwi. Próbuje je jednak uchylać. Zaznacza przy tym na przykład, jak bywa to trudne, bo nigdy nie uda się naukowcom idealnie odtworzyć twarzy typowego wikinga. Czyta się to bardzo dobrze, bo nie zderzamy się z naukową frazą, lecz po prostu z fascynującą opowieścią o świecie, który odszedł na zawsze, a który usiłują wskrzeszać stereotypy lub powielane mity, współcześnie zaś zarabia na tym przede wszystkim turystyka. Wikingowie w tej książce to ludzie (obu płci!) zagadkowi, pełni sprzeczności i będący źródłem wielu fascynacji. Doskonale widać, że w głowie autorki kotłują się rozmyślania, które mogłyby stworzyć dwukrotnie dłuższą opowieść. Ale wtedy nie byłoby to tak atrakcyjne dla czytelników. I nie byłaby to książka dla wszystkich, lecz tylko dla zainteresowanych konkretnym tematem.