Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2009-01-15

"Wiatr i pył" Tadeusz Konwicki

Wydanie tej książki to prawdziwe wydarzenie dla wielbicieli Tadeusza Konwickiego. Zbiór tekstów, stanowiących wnikliwe studium dojrzewania autora, jest z pewnością wspaniałym prezentem dla tych wszystkich, którzy od 1995 roku, czyli od opublikowania „Pamfletu na siebie” czekają na jego nową książkę. Konwicki nie pisze i nie wydaje, bo prawdopodobnie powiedział i napisał już wszystko to, co chciał przekazać. „Wiatr i pył” z ironicznym autorskim dopiskiem na okładce („To moje?”) jest świadectwem zaangażowanej drogi twórczej wybitnego powieściopisarza i reżysera filmowego. Trud kompilacji tekstów autora pisanych od 1947 roku po lata niedawno minione zadali sobie Przemysław Kaniecki i Tadeusz Lubelski, których nieoceniona pasja i szacunek dla Konwickiego pozwoliły na to, by wziąć do ręki jeszcze jedną jego książkę. Autora „Sennika współczesnego” przedstawiać nie trzeba, ale ci, którzy go nie znają, mogą udać się w pasjonującą podróż po zakamarkach myśli twórcy, którego teksty – dotąd niepublikowane lub publikowane fragmentarycznie – wniosą bardzo wiele do recepcji jego twórczości, tak bogatej znaczeniowo, tak wielobarwnej i tak zakorzenionej w polskości, z którą Konwicki wszedł w specyficzną zależność.

„Wiatr i pył” otwiera opowiadanie z 1947 roku „Kapral Koziołek i ja”. Rozpoczynamy wędrówkę po życiu twórcy od wojennego tekstu o mierzeniu się z partyzanckim przeznaczeniem, o kompleksie inteligenta, o dumie, powinności i karności i o afirmacji życia, do której autor przez cały czas w swej twórczości nawiązywał. Zbiór zamyka natomiast niezwykle osobisty tekst o specyficznej więzi, jaką autor odczuwa z naszym narodowym wieszczem i o krainie młodości, do której Konwicki zabrał nas przecież między innymi w „Kronice wypadków miłosnych” czy w „Bohini”. Między partyzanckim opowiadaniem a sentymentalną rozprawą z Mickiewiczem kryje się Konwicki szczery, chwilami zuchwały, nieustannie zadziwiony światem i ludźmi i wiecznie mierzący się z narodowymi sprawami, wokół których koncentruje się jego twórczość. Wyborna to lektura i wspaniałe poznawanie go na nowo. Nie mogę pisać o Konwickim bez emocjonalnego zaangażowania, bo jego powieści odegrały ważną rolę w moim życiu, dlatego postaram się przedstawić go tak, jak przedstawić warto. Dowcipnie i z humorem, ale jednocześnie poważnie i sentymentalnie. „Wiatr i pył” to przecież publikacja, w której specyficzne sacrum pomiesza się z profanum, w której tuż obok śmiertelnej powagi pisania o sprawach ważnych i bolesnych znajdzie się zawsze specyficzny dla Konwickiego humor i naprawdę rzadka w dzisiejszych czasach autoironia.

Eseje, fikcyjne listy, recenzje, felietony, opowiadania i zwyczajne zapiski dotyczące drogi twórczej i codziennych drobnych zdziwień związanych ze światem oraz człowiekiem. Jak o tym wszystkim spójnie napisać? Mądrość i rozwaga autora „Nic albo nic” idzie w parze z bezkompromisowością sądów o otaczającej go rzeczywistości, która wywoływała w nim na przemian euforię, rozpacz, gniew i radość. Myślę, że warto zacytować tego człowieka, oddać jemu samemu głos i niech głos ten świadczyć będzie o wyjątkowości „Wiatru i pyłu”.

Takie choćby rozważania o literaturze z 1953 roku. „Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma literatury fikcyjnej. Nawet w bajki, którymi bohaterami są mrówki, wkładał autor spory zasób osobistego doświadczenia i osobistej obserwacji. Najwięksi pisarze pisali o ludziach, których znali, których lubili lub nie cierpieli, pisali o sprawach, w które byli osobiście zaangażowani”. To, co wyszło spod pióra Konwickiego i to, co zostało nakręcone pod jego czujnym okiem to twórczość silnie zaangażowana i szczera. Zadziwiająca jest ta jego chęć do poszukiwania autentyzmu w tekstach kultury, z jakimi przez lata się stykał. Zadziwiające jest dążenie do prawdy, której nie odmawiał nikomu i niczemu. Fikcja literatury dla Konwickiego jest czymś absurdalnym. Podkreślanie prawdziwości literatury idzie w parze z prawdziwością tego wszystkiego, co autor robił, mówił i czynił. Jednocześnie w rok później Konwicki mocno zżyma się na korowód rzekomych dokonań artystycznych. „Naszych rozważań o sztuce i kulturze starczyłoby na kilka pokoleń. Omówiliśmy wszystko, wszystko też już wiemy, tylko dzieł artystycznych jakoś niewiele”. W parze z poszukiwaniem prawdy w sferze kultury szło u niego także stawianie tej kulturze coraz większych wymagań. Wymagania stawiał Konwicki także samemu sobie. Nie omija w swych rozważaniach tak wstydliwych spraw jak wpisanie się swoim produkcyjniakiem „Przy budowie” w koszmarny rys polskiej literatury epoki socrealizmu. Dążąc do prawdy i swobody wypowiedzi twórczej, stawia wysoką poprzeczkę każdemu własnemu dokonaniu, któremu przygląda się wnikliwie. Oceniając świat wartości kulturalnych, ocenia także samego siebie. Surowo ocenia.

To, co warte jest wyróżnienia w zbiorze jego rozproszonych dotychczas utworów to sposób obrazowego utrwalenia na papierze osobowości, które znaczyły dla Konwickiego bardzo wiele. Pięknie żegna się z Tadeuszem Borowskim, poruszająco opowiada o twórczej matni Ścibora Rylskiego, bez zbędnych słów i patosu oddaje hołd postaci Janusza Korczaka. Ironicznie igra sobie z Gombrowiczem, docenia Andermana, przekonująco opowiada o twórczości filmowej Aleksandra Forda. Choć tak często podkreśla przejmujące uczucie osamotnienia i zagubienia w świecie, widzimy, że mądrych i światłych ludzi zawsze miał obok siebie oraz że umiał z tych znajomości czerpać wiele korzyści.

Teraz co nieco o dowcipie Konwickiego, bo przecież nie może go zabraknąć w tym zbiorze. Wybuchy śmiechu towarzyszyć mogą czytającemu przy lekturze zmagań heroicznie z żoną pisanego bardzo historycznego scenariusza filmowego, przy poznawaniu literackiego odkrycia poetyckiego autora z początku 1958 roku, jakim był taszyzm poetycki, przy czytaniu o rozterkach antypodróżnika, którego wysłano do Ameryki, a który uznaje, że „Gwałtowne, kilkugodzinne skoki z kontynentu na kontynent to coś wyjątkowo wbrew naturze, wbrew prawom przyrody. To jakaś nieprzyzwoitość ubliżająca Panu Bogu, który przecież wszystko trochę inaczej pomyślał”. Jest w tej książce bardzo wiele humoru słownego i sytuacyjnego. Humoru wynikającego z umiejętności śmiania się przede wszystkim z samego siebie.

Zbiór zamykają jednak teksty refleksyjne, melancholijne i pełne smutnej zadumy nad światem. Oto bowiem już w 1987 roku Konwicki formułuje myśl, pojawiającą się potem w rozmaitych kontekstach i będącą gorzkim świadectwem człowieczeństwa przełomu wieków: „Pod koniec XX wieku trudno się zachwycać człowiekiem. W tych latach agonii drugiego tysiąclecia naszej ery ciężko kochać człowieka. Człowiek – to już nie brzmi dumnie”. Myślę, że lektura późniejszych tekstów z „Wiatru i pyłu” da odpowiedź na pytanie, dlaczego autor „Wniebowstąpienia” nie ma już zbyt wiele do powiedzenia współczesnemu odbiorcy. Jestem przekonany, iż cała jego dotychczasowa twórczość broni się znakomicie, a najnowsza książka będzie jedynie potwierdzeniem, iż jest Tadeusz Konwicki postacią nietuzinkową i jedynym w swoim rodzaju twórcą, którego nie zawsze Polska kochała, bo zbyt wiele prawdy o tej Polsce mówił, zbyt prawdziwą Polskę filmował i zanadto skrupulatnie Polskę z jej antagonizmów i kompleksów rozliczał.

Autorowi należy się nagroda. Jaka? Sam o niej ironicznie pisze w 1999 roku: „Za co ma być ta nagroda? Za to, że żyję wśród Was tyle lat i nie palnąłem sobie w łeb. Zacisnąłem zęby, przymrużyłem oczy, brnę przed siebie, starając się nie zwracać uwagi na bliźnich, którzy wokół mnie poniewierają Dekalogiem”. Dodam tylko, że nagroda należy się Panu Tadeuszowi przede wszystkim za to, iż mimo tego wszystkiego nie został obojętny wobec tych wszystkich bliźnich.

Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, 2008

Brak komentarzy: