Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-05-31

"Księga kłamców" Mariusz Zielke

Kłamstwo otacza nas zewsząd. Kłamiemy w dobrej wierze, ale głównie, żeby komuś zrobić przykrość. Potrafimy żyć w kłamstwie, kłamstwem się żywić, a jednocześnie tak nim gardzić. Ta ambiwalencja widoczna jest także w przypadku najnowszej książki Mariusza Zielke. Autor oryginalnie wykorzystał motyw nieprawdy i uczynił z tego taki literacki patchwork, bo jego książka nawiązuje zarówno do literatury sensacyjnej i z dreszczykiem, kierowanej do masowego odbiorcy, jak również do systemu pojęć i symboli mitologicznych, religijnych i egzystencjalnych, tak ogólnie. Mam wrażenie, że „Księga kłamców” to taki współczesny Dekameron napisany po wzięciu jakiejś większej ilości substancji psychoaktywnej. Książka niespotykanej konstrukcji. Mnożąca mniej lub bardziej prawdopodobne zdarzenia, które co rusz zmieniają pogląd czytelnika na bieg spraw; w końcu nic, co tam opisane nie jest tym, czym się wydaje. „Księga kłamców” ma poruszać, szokować, ale przede wszystkim manipulować nami. Okłamywać nas jak się da i gdzie się da. Okłamuje się niestety sam autor, myśląc, iż napisał dobrą książkę.

Omówienia tego tytułu uciekają od szczegółowej analizy zdarzeń lub chociażby tego, co bohaterowie mają sobie do powiedzenia. Najlepiej skryć się za licznymi przymiotnikami i napisać, że to czytelnik musi rozwiązać zagadkę. Jaką zagadkę jednak? Poza tym, że Zielke porusza wiele istotnych problemów i naprawdę ciekawie ironizuje, opisując współczesny świat przewróconych wartości, sam jednak wpisuje się idealnie we współczesną kulturę obrazkową. „Księgę kłamców” ma się szybko czytać. Czyta się bardzo szybko. Nagromadzenie surrealistycznych zdarzeń rozsadza ją już w połowie. Nic to, przecież trzeba wiedzieć, jak się wszystko skończy. Zielke zatem zmusi nawet wybrednego czytelnika do tego, by łapczywie pochłaniał kolejne strony. Co z tego jednak, skoro ani przesłanie powieści nie jest czytelne, ani też – rzekomo – satyryczne i humorystyczne opisanie między innymi wizji stworzenia świata, boskiej interwencji w ten świat czy alternatywnych losów Chrystusa, jest tylko inteligentnym zlepek słów. Kłamstw ze słów. A może po prostu braku koncepcji na to, co chce się napisać.

Tytułową księgą zasłania swe wdzięki tajemnicza ofiara amerykańskiego huraganu. To Kora, rzekomo córka Siergieja Jaszyna, zdeformowana i nigdy przez nikogo prawdziwie nie kochana istota, która siłą swej świadomości potrafi zabijać i nie cofa się, by rozgromić kilka wrogich jej band, rozsmarowując ich ciała na podłodze, suficie etc. Poznajemy jej ojca romansującego ze znaną malarką Anną Blume. Siergiej jest bardzo tajemniczy, potrafi udawać śmierć i nagminnie kłamie. Anna natomiast ceni jego towarzystwo, gdyż uznaje, iż w życiu nie jest ważna prawda, lecz postrzeganie zdarzeń czy zjawisk. Kolekcjonuje własne obrazy malowane głównie czernią i czerwienią oraz ekscentrycznych facetów, których raz odrzuca, raz oddaje im wszystko, co najlepsze. Któregoś dnia Blume dostrzega w pustej sali kinowej dwójkę młodych kochanków. Ina i Bastian naprawdę się kochają, ale wchodząc w znajomość z Anną, będą musieli tę miłość sobie udowodnić.

Wiele do udowadniania ma także Lenny Marciano, włoski bawidamek i lekkoduch. To dziennikarz, który podąża śladami Kory, a odkrywa coraz to nowe opowieści, coraz mniej mające z Korą wspólnego. Towarzyszy mu od pewnego momentu staruszek Cimeies tak, jak do Bastiana i Anny zbliży się niejaki Asmodeusz, siła zła i – jak wspomina autor – otwarta księga. Śledzimy zatem losy młodych kochanków oraz malarki w bliżej nieokreślonym Erdbeere oraz poczynania Lennego na meksykańskiej pustyni. Ale to zaledwie zarys akcji tej książki. Dzianie się to coś, co odgrywa w „Księdze kłamców” naczelną rolę. Nie ma już chwili, by choć na moment zatrzymać zdarzenia. Nie ma też żadnych trudności, by walka dobra ze złem, miłości z nienawiścią oraz duszy z jej brakiem zatrzymała się choć na chwilę. Koniec stanowi ostatnia kropka. Ma się wrażenie, iż obcowało się z książką naprawdę niesamowitą, a tak naprawdę czytało się historię łgarstwa na dość kiepskim poziomie literackim. W związku z tym ja tego dziwadła nie kupuję.

Nie chcę wyjść na kogoś, kto szybko przebiegł wzrokiem treść i po prostu zmęczył się jej nadmiarem. Nie. Proszę mi też nie zarzucać, że czegoś tam nie wyczytałem, bo pewnie tak było i ziewając, mogłem to i owo przeoczyć. Rozgrywająca się w świecie realnym i symbolicznym walka demona o dusze ludzkie przypomina wiele dotychczas znanych i cenionych utworów, ale czyni z nich pośmiewisko, które niekiedy ociera się po prostu o zły smak. Dusza jest u Zielkego i w jego prozie bardzo ważna. „Dusza to nie jest zdolność do płaczu i zemsty. Dusza to jakby płynna miłość. Nie zna innego uczucia i dlatego wybiera tylko tych zdolnych do miłości”. Czy aby kochać, trzeba mieć duszę? Czy Asmodeusz jest naprawdę tak potężną siłą, że nawet dusze może sobie podporządkować? Czy jego wampiryzm jest ułudą, a może właśnie w nim kryje się dodatkowe znaczenie? Czy warto przywiązywać się do któregoś z bohaterów bądź się z nim utożsamiać wiedząc, że wszyscy są narzędziem szaleństw autora?

„Księga kłamców” jest niepoważna i taka ma być. Tyle tylko, że za prześmiewczością i robieniem sobie wygłupów z problemów czasem naprawdę poważnych, przekracza pewne granice przyzwoitości, które – o dziwo – w dzisiejszym, zdeformowanym jak Kora świecie, jednak istnieją. Na okładce widnieje napis „murowany bestseller”. Myślę, że to pierwsze z tysiąca kłamstw zawartych w tej książce i w moim odczuciu napisanie czegoś przewrotnego i szokującego winno zmuszać do refleksji, czy się z tą przewrotnością i szokiem ździebko nie przesadziło. Ale skoro mowa o kłamstwie, to równie dobrze można nie wierzyć niniejszemu omówieniu i pochłaniać „Księgę kłamców”. Po co jednak – nawet w dobrej wierze – faszerować się kłamstwem, skoro na co dzień mamy go pod dostatkiem?

Wydawnictwo Principium, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

Brak komentarzy: