Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-08-06

"Amy, moja córka" Mitch Winehouse

Amy Winehouse. Przedwcześnie zmarła gwiazda muzyki. Jej biografia jest zapisem tragizmu istnienia osobowości borderline, która zmaga się z labilnością emocjonalną, autoagresją, skłonnością do zachowań histerycznych i z nałogami – najpierw narkotykami, potem alkoholem. Najsmutniejszy obraz piosenkarki dostarczają ogólnodostępne na YouTube nagrania z jej koncertu w Belgradzie, miesiąc przed śmiercią. Odurzona Winehouse ledwo stoi na nogach, piosenki śpiewa za nią publiczność, błędny wzrok dziewczyny dowodzi kompletnej nieznajomości tego, gdzie jest i co ma robić. Mitch Winehouse – autor biografii córki – pisze, że próbowano wtedy wielokrotnie ściągnąć Amy ze sceny, ale ona nie chciała zejść. Media podają wersję wprost odwrotną – dziewczyna została zmuszona do tego, by wówczas wystąpić w tak koszmarnym stanie. Książka, o której chcę napisać, stara się pokazać inną Amy, choć tak naprawdę większości z nas pozostanie w pamięci ten dziki, przerażający obraz belgradzkiego cierpienia na scenie. To prosta opowieść ojca, który zawarł w niej całą swą miłość do córki. Tej córki, która sukcesywnie niszczyła siebie i dla której wiecznie trzeba było być pogotowiem ratunkowym. Tej, przy której zabrakło ojca 23 lipca 2011, kiedy odeszła z tego świata. „Amy, moja córka” to poruszająca opowieść nie tylko o cierpieniu piosenkarki, ale i o mękach, jakie przeżywał przy niej latami ojciec, nie mogąc niczego zrobić, by córka przestała się staczać po równi pochyłej.

Rozdziałów poświęconych dzieciństwu i dorastaniu Amy jest stosunkowo niewiele. Poznajemy niesforną uczennicę, znikającego dzieciaka udającego duszenie się (jakże to wymowne, gdy naprawdę dusić się będzie w dorosłym życiu) oraz zafascynowaną muzyką dziewczynę, która od najmłodszych lat gotowa była dawać małe prywatne koncerty. Winehouse miała trudne początki w show-biznesie. Nie jest łatwo powiedzieć, czy kiedykolwiek naprawdę chciała zaistnieć dla milionów, choć ojciec przytacza list skierowany do właścicielki szkoły teatralnej, w którym Amy opowiada o swych marzeniach uwodzenia głosem na koncertach. Bardzo szybko okazało się, że publiczne występy przychodzą jej z trudem. Co innego nagrać materiał w domowym zaciszu, a co innego zaprezentować go dużej grupie ludzi. Zanim Amy zaczęła podbijać Stany Zjednoczone, próbowano nauczyć ją istnienia na scenie, przed którym odczuwała irracjonalny lęk. Być może to stało się powodem, iż jej rozwój zatrzymał się na dwóch tylko wydanych płytach. Amy nie umiała odnaleźć się w świetle jupiterów, choć przecież tak wyraźnie zapisała się w pamięci i świadomości milionów – nie tylko fanów. Problemy, jakie pojawiły się potem i na których koncentruje swą opowieść Mitch Winehouse, to ustawiczna walka o to, by wyrwać kolejny trzeźwy dzień z biografii narkomanki i alkoholiczki, którą w nałóg wciągnął toksyczny partner, Blake Fielder – Civil.

Związek z tym człowiekiem z jednej strony położył się cieniem na życiu artystki, z drugiej jednak dał jej natchnienie do stworzenia płyty „Back to Black”. To drugi krążek Winehouse, który sprzedał się rewelacyjnie i umocnił jej pozycję piosenkarki wyjątkowej. Dlaczego nie powstały kolejne płyty? Czy winą za to można obarczać jedynie burzliwy związek z Fielderem – Civilem i nałogi, w które wpadała Amy? Niekoniecznie. Emocjonalne teksty piosenek z płyty „Back to Black” były nie tyle wyrazem uwielbienia dla samej siebie i wyjątkowości swych odczuć, co formą terapii. Kiedy przyszedł czas, by zmierzyć się z tymi tekstami na scenie po tym, gdy życie stało się dużo mniej „Black”, było zadaniem ponad jej siły. A przecież nie była w stanie napisać jakichś radosnych tekstów i podłożyć pod nie nieskomplikowanej ścieżki dźwiękowej. O czym miała śpiewać? Mitch rozmyśla: „Dobrzy ludzie mają zagwarantowane miejsce w niebie, ale nikt nie zawojuje list przebojów płytą opowiadającą o czyichś dobrych uczynkach”. Być może „Back to Black” sprzedała się tak dobrze, bo opowiadała o prawdziwych emocjach. A takie za atrakcyjne zawsze się uważa pod warunkiem, że to emocje trudne, wychodzące z cienia, bolesne i traumatyczne.

O bólu i traumie w „Amy, moja córka” jest bardzo wiele. Zaskakujące jest to, że w omówieniach tej pozycji nie poświęca się uwagi temu, co przeżywał przy córce Mitch. Przecież jego książka to przerażający zapis koszmaru, jaki przez lata serwowała mu jego „pociecha”. Nieustanne poczucie zagrożenia i strach. Brak pewności tego, co przyniesie następny dzień. Nasilająca się nieprzewidywalność córki, odwoływanie koncertów, wieczne obietnice końca z nałogami i życie przypominające jakiś koszmarny rollercoaster. Mitch stara się pisać o córce, ale przecież pisze także o sobie i to jemu chwilami można bardziej współczuć. „Chyba najtrudniejszym w kochaniu i próbach pomocy narkomanowi, a zarazem czymś, czego nie zrozumie osoba, która nie była w takiej sytuacji, jest to, że każdy nowy dzień takiej huśtawki to nowy najgorszy dzień życia”. Mitch Winehouse pisze dramacie ojca, który już w 2008 roku, na trzy lata przed śmiercią córki, był u kresu wytrzymałości. Sam w tym roku wyrwał ją śmierci i w gruncie rzeczy sam starał się jej pomagać, czyniąc z Amy rozpuszczoną dużą dziewczynkę, która wie, że zawsze w trudnych momentach będzie miała na kogo liczyć.

Piosenkarka w słowach ojca jest gloryfikowana, co przecież samo z siebie jest naturalne. Brak mi tu jednak – co już zauważył Marcin Wilk w swoim omówieniu książki – pogłębienia psychologicznego zdarzeń, o jakich pisze Mitch. Relacjonowanie ostatnich lat życia córki jest w gruncie rzeczy suchą, reporterską narracją, która nijak nie pozwala zajrzeć głębiej ani do serca ojca, ani też córki. Wiemy, że Amy walczyła ze swymi nałogami i starała się uniezależnić emocjonalnie od Blake’a. Widzimy także, iż zbyt wiele pomocnych rąk wokół siebie miała. Zawsze wiedziała, że gdy zemdleje, tatuś lub ktoś z przyjaciół ją podniesie. Nie było nikogo, gdy 23 lipca 2011 roku postanowiła się napić. Chociaż przejmować może ogrom cierpienia, jakie Amy samej sobie zadawała i jaki zadawał jej świat, nie sposób nie pomyśleć o tym, że śmierć zafundowała sobie wyłącznie na własne życzenie.

Biografia autorstwa Mitcha Winehouse to tekst terapeutyczny dla ojca, który chciał wszystko zrozumieć, ale nie wszystko można było pojąć. To historia bolesnych odkryć prawd o własnym dziecku i opowieść o tych prawd akceptowaniu, rozumieniu. Amy Winehouse była z ojcem związana emocjonalnie. Zapewne po przeczytaniu tej książki powiedziałaby słynne „aj, dzięki, tato”. Ja na jej miejscu szepnąłbym mu jeszcze „przepraszam za wszystko”…

tłum. Aleksandra Machura, Mirko Kuflewicz

Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012

6 komentarzy:

Agata Adelajda pisze...

Dla mnie najsmutniejsze jest to, ze każdy patrzył jak się stacza, wyśmiewał liszaje na twarzy, a teraz każdy pieje nad nią z zachwytu. Hipokryci! I tak jest z większością gwiazd. Ile pomyj na Jacksona wylano, a po śmierci każdy wychwalał i przyznawał się, że "od dziecka słucha".

Jarosław Czechowicz pisze...

Agato, nie rozumiem peanów pod jej adresem. Była bardzo samolubna, odrzucała wszelką pomoc, "wypracowała" sobie starannie tę ostatnią w życiu zapaść. Jej twórczość podoba mi się, lecz nie widzę w niej czegoś wyjątkowego. Ale- jakby nie było - stworzyła pewien mit. Jest legendą i nią pozostanie. Pytanie otwarte - czy zasłużenie?

Anonimowy pisze...

Czytalam wywiad z Mitchem dla jednej z lokalnych gazet londynskich. Na pytanie "jak ci sie pisalo ksiazke?", odpowiedzial " pisalo mi sie bardzo dobrze. Ale dopiero jak ja przczytalem to mialem zlamane sece". Hmmm, jak dla mnie to troche naiwne przyznanie sie ze sam tej ksiazki nie pisal...

czas-odnaleziony pisze...

Dla mnie jest cos gleboko falszywego w tej ksiazce, przynajmniej sadzac po recenzji.

Smiem przypuszczac, ze to stek polprawd, majacych na celu zarobienie kasy, poprawienie swojego wizerunku ojca w oczach opinii publicznej, zarobienie kasy.

Sadzac z recenzji, niewiele tu opowiesci o prawdziwej Amy, takiej, jaka byla - wiecej uzalania sie nad swoim losem jako jej opiekuna.
Btw. czy w ktoryms momencie tatus zastanowil sie, jak na Amy wplynela jej rodzina/rodzice, ze miala takie silne sklonnosci autodestrukcyjne? Czy wszystkiemu winien byl toksyczny partner, a rodzina byla bez skazy?

(tak sobie dywaguje, bo wlasciwie to nie mam pojecia o zyciu Amy)

Karolina pisze...

Do czas-odnaleziony =>

Według mnie nie ma czegoś takiego jak jedna, jedyna prawda. Mitch mówi wprost, że książka, to jego wspomnienie o córce, a nie niezależna biografia. Pisał ją przez pryzmat własnych uczuć i przeżyć.

Dochód ze sprzedaży wydawnictwa ma być przeznaczony na fundację imienia Amy, którą po jej śmierci założył Mitch. Nie chce dorobić się na niej majątku.

Amy była dorosłą osobą, która powinna sama sterować swoim życiem. Nie można obwiniać całego świata z rodziną włącznie za jej nieszczęścia i fakt, że była narkomanką. Gdy brała pierwszy raz na pewno nie robiła tego z powodu "trudnego" dzieciństwa, tylko dla pustej zabawy. Cieszy mnie fakt, że pierwszy raz czytam recenzję, w której ktoś piszę, że ona sama sobie była winna i swoją osobą męczyła całą rodzinę.

PS Uwielbiam Amy, jej muzykę i wizerunek. Była na scenie prawdziwa w przeciwieństwie do wielu estradowych wydmuszek.

Agata Adelajda pisze...

Tak jest chyba przy każdym nieboszczyku. Odnoszę takie wrażenie. Można być za życia poniewieranym (zasłużenie lub nie) i zapomnianym, ale po śmierci robi się z ciebie anioła. A może dojną krowę? W szołbiznesie to chyba jedno i to samo.