Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-08-12

"Wszyscy jesteśmy nomadami" Małgorzata Dzieduszycka – Ziemilska

Daleka Mongolia. Kraina bezkresnych stepów, dzikości i nieba, które wciąż zlewa się z horyzontem. Tam można go prawie dotknąć. Pozornie monotonny krajobraz jest jednocześnie przestrzenią czystą i nieskażoną cywilizacją, z drugiej strony miejscem do popisu wyobraźni. Chociaż za horyzontalną linią kryć się będzie nadal bezkres i wolność, to przecież Mongolia jest krainą dziewiczo piękną i pasjonującą. Dla mnie to taka Islandia bez gejzerów i z dużo wyższymi temperaturami w lecie, wbita gdzieś między Rosję i Chiny, przez wieki będąca w orbicie wpływów obu krajów. Małgorzata Dzieduszycka – Ziemilska pokazuje nam w swym reportażu serce Mongolii XXI wieku, w której dawno zatrzymał się czas. Nie jest to może jakość Hugo - Badera, brak tej relacji pogłębionych analiz, ale przecież iskrzy niesamowicie, bo napisana jest sercem i dzięki temu ten daleki azjatycki kraj – krańcowo różny kulturowo od naszego – staje się bliski, na wyciągnięcie ręki.

„Popularny obraz Mongolii kojarzy się z prymitywizmem cywilizacji, brutalnością mężczyzn i nieznaną, z pewnością niesmaczną, tłustą i niezdrową kuchnią”. Autorka stara się zaprzeczyć stereotypom, nazywając państwo, które przemierza, po swojemu. A może tak naprawdę Mongolia ma tyle definicji, ilu podróżników się przez nią przewinęło? Nie jest to kraj masowej turystyki i bardzo dobrze. Poza koszmarną stolicą Ułan Bator, naprędce budowaną cywilizacją stali i betonu pośród stepów, przestrzeń Mongolii to magia w czystej postaci. Magię tę podkreśla poezja obecna w podróży Dzieduszyckiej – Ziemilskiej, podkreślająca przeżywane w trasie nastroje i dodająca uroku jej książce. Książce o przeżyciach i wzruszeniach prawdziwych. Umieszczonych gdzieś między monumentalnym niebem, wiatrem wolności i ziemią stepu, gdzie mieszkają w jutrach ci, dla których życie to doskonała harmonia między tym, co ich otacza, wierzeniami i zwyczajami, które każą szanować życie w takiej postaci, w jakiej jest ono dane.

Ekipa towarzysząca autorce w podróży to osobny rozdział jej reportażu. Obcesowy malkontent - robi za filmowca - czy burkliwy kierowca, który nie pomaga kobietom w dźwiganiu bagaży. Obok towarzyszki podróży dodatkowo kobiety chyba średnio zainteresowane tym, co mijają i oglądają oraz ona – turystka z Europy Środkowo – Wschodniej, która wkracza do świata, jakiemu nawet nie potrafi godnie się pokłonić. Jej pisanie to lekcja pokory wobec życia. Barwna relacja o Mongolii prowincjonalnej, oddalonej od świata, od samej siebie. To historia kamiennych tablic wbitych w step, na zawsze pozostających ze swoimi historiami. Magia Karakorum, jego wielkości i egzotyki. To urok stepowych wychodków i rozpadających się drewnianych mostów. Zbliżenia mongolskich rodzin, w których starość to wartość, a nie powód do wstydu jak w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. To przede wszystkim także niezwykła przyroda z jej nieprzewidywalnością, zbiór anegdot o tym, jak Mongołowie po swojemu witają się z przyjezdnymi. I przede wszystkim dowcip – słowny i sytuacyjny – czyniący z tej książki lekturę wyborną i bardzo pouczającą.

Mieszkańcy Mongolii lubią się wymieniać. Oni coś dają i czegoś oczekują w zamian. Małgorzata Dzieduszycka – Ziemilska bierze z Mongolii tyle, ile jest w stanie unieść na barkach, w kadrach fotograficznych i we wspomnieniach. Mongolii oferuje nieme wzruszenie, zachwyt i próbę zrozumienia tego, czym jest ten kraj. Bo autorka próbuje zrozumieć, choć nie rozumie do końca. Czasami jest jej cudownie wszystko jedno i daje się ponieść wiatrowi, rozklekotanym wozom, nieprzeniknionym wyrazom twarzy Mongołów (cudna scena przypadkowego spotkania z gburowatym, acz na swój sposób sympatycznym wąsaczem mijanym przy wychodku).

Mongołowie nie szukają prawd w internecie jak współczesny cywilizowany człowiek. Mają sieć, ale wolą ufać temu, co sami wiedzą. Ich wiedza oparta jest na doświadczeniu budowania państwowości trudnej, bo z jednej strony kwestionowanej przez radziecki reżim komunistyczny, z drugiej nękanej lękami przed zalewem kultury granicznych Chin, które wdzierały się na mongolskie stepy różnymi sposobami. Samodzielność, wielkość i niepowtarzalność kultury, sztuki i historii Mongolii autorka odkrywa w pozornie brzydkiej stolicy, gdzie odwiedza muzea i uczy się tego kraju w zupełnie inny sposób niż podczas przemierzania stepów. Za każdym razem poznajemy cząstkę czasu minionego, który zespolił się z teraźniejszością i widzimy Mongolię dzisiejszą, ukształtowaną przez tradycję sprzed wieków. Widzimy ją też cały czas na pięknych fotografiach, które ubarwiają książkę, chociaż nigdy nie starają się ubarwić rzeczywistości.

Dużo miejsca poświęcone jest religijności Mongołów, ich wierzeniom, religijnym tradycjom pisanym i mówionym. Klasztory i lamowie, świątynie barwne i intrygujące; w końcu ludzie, dla których wiara w bóstwa, zabobony i wielkość miejsc kultu – to wszystko daje obraz bardzo harmonijnej, choć niezwykle kolorowej i wieloznacznej przestrzeni wiary w to, że życie – takie, a nie inne – to dar. Obdarowana przez los czuje się także sama autorka, która z pasją i kobiecym wdziękiem opowiada o tym, jak oswajała Mongolię. To lektura przenosząca do miejsca, które jest otwarte jak step, ale i obwarowane tajemnicami niczym barwne posągi, które przyciągają kolorami, ale mają w sobie wiele niedopowiedzeń. Warto wyruszyć w podróż tam, gdzie ludziom może nie żyje się lekko, ale żyją naprawdę, bez masek i poczucia, że czas mija bez sensu.

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

1 komentarz:

Mariusz Kowalczyk pisze...

Piękne zdjęcia, jednak sama książka jest zwyczajnie nudna.