Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-10-25

"Pigułka wolności" Piotr Czerwiński

Lubię „emigracyjne” książki Piotra Czerwińskiego. Po lekturze bezkompromisowego, choć chwilami odrobinę przesadzonego w formie i treści „Międzynarodu” z wielką ochotą zabrałem się za nową powieść, „Pigułkę wolności”. Na początku jest przerażająco. Potem śmiesznie i trochę melodramatycznie. Następnie komedia zamienia się w powieść o manipulacji. Kiedy zrozumiemy, o czym jest naprawdę, wrócimy do tego, co pojawia się na samym początku. Przerażenie. Przerażenie głupotą, bezmyślnością, brakiem jakiejkolwiek refleksji i żałosnym używaniem życia przez pokolenie nazwane przed laty „pokoleniem kciuka”. Kciukowcy Czerwińskiego nie naciskają już przycisku joysticka. Oni wbijają „lubię to” na fejsie. Bez refleksji i bez zapamiętania. Tam, gdzie lubi się wszystko i wszystkich, a po jakimś czasie zapomina się, co się lubiło. Dlatego zmieniam mój początek. Cenię sobie „emigracyjne” książki Piotra Czerwińskiego. Bo to mocne rzeczy i dają do myślenia. Poza tym autor jest piekielnie inteligentnym człowiekiem i potrafi drwić nawet z samego siebie. „Pigułka wolności” jest o tym, jak ludzie potrafią drwić z siebie wzajemnie oraz o tym, co się dzieje, kiedy zadrwi z nich świat.

Roleksy to życiowy nieudacznik, hipster, galerianin dający dupy systemowi. Jego życie toczy się naprawdę, ale przecież głównie przed ekranem laptopa. Aleksander któregoś dnia dla zabawy inicjuje na Facebooku fanpage, który ma być reakcją na to, że w dalekim Malawi zakazano publicznego puszczania bąków. Robi to kompulsywnie – tak, jak większość klikających „lubię to”. Roleksy, jak oni, szybko zapomina o swym ambitnym projekcie wyrażania sprzeciwu wobec konieczności reglamentowanego pierdzenia. Kiedy któregoś dnia powraca do miejsca zbrodni bezmyślności, z niemałym zaskoczeniem zauważa, iż jego strona „Fart for Malawi” ma już wiele tysięcy zwolenników. Co takiego wydarzyło się po drodze i spowodowało, że internetowy wygłup wzięto za wartą poznania stronę społeczności, wyjaśni się dużo później. Tymczasem na początku wraz z bohaterem zadajemy sobie pytanie o to, co zrobić, by przewodzić coraz większej grupie fanów? Ano nic. Roleksy staje się idolem i człowiekiem popularnym tylko przez zupełny przypadek. Wcale też nie musi się starać, by dbać o grono wielbicieli. Wystarczy, że napisze, iż idzie spać lub do toalety, a już wirtualne kciuki szaleją, bo przecież te anonimowe awatary na ekranie są w stanie polubić wszystko, co robi, mówi i myśli ich duchowy guru.

Oczywiście nie sposób nie zauważyć, że jeśli jest mężczyzną i przypadkiem podał prawdziwą płeć w ustawieniach konta, wcześniej czy później zaczną kleić się do niego fanki. Najpierw kopnięta i inwazyjna Candy Pants. Roleksy robi duży błąd, ignorując jej chęci kontaktu, ale o tym dowiemy się potem, natomiast on sam nie dowie się niczego. Trudno jednak oprzeć się Ultra Marynie, która lubi wszystko, co lubi Aleks i dowody swego uwielbienia umieszcza w ilościach hurtowych wszędzie tam, gdzie może. Kiedy wciąż wzrasta popularność strony kontestującej zakaz pierdzenia, Ultra Maryna coraz silniej urasta w oczach Roleksego i szybko staje się jego muzą i osobą, która otwiera mu oczy na świat. Ultra Maryna jest rzekomo antropologiem kultury, ale oddała się jakiemuś szemranemu chałturzeniu, za które może godnie żyć. Nasz medialny bohater, czyli Pan Nikt, uświadamia sobie przy niej, że jest bojownikiem o nową wolność. Definiując ją, Ultra Maryna mówi, że wolny człowiek nie ma żadnych potrzeb i że można stać obok wszystkiego, sycąc się czymś, za czym goni tak wielu, ale istoty czego nie rozumie nikt. Dzika kochanka Roleksego stanie się kimś, dla którego chce on zmienić swe dotychczasowe życie, a lawinowy wzrost poparcia swojej strony wykorzystać tak, by być szczęśliwym. Bo nie da się – jak myślał – tylko „być”. Żeby naprawdę być, trzeba „mieć”. Ultra Maryna ma bardzo dużo. Roleks ma Ultra Marynę i poczucie, że oto zaczyna zdobywać swoje szczęście. Oboje nie mają pojęcia, czym jest wolność i gorzko im przyjdzie zapłacić za to, że tego nie wiedzą…

Czerwiński opowiada dwie historie, a może i nawet więcej. Czym jest „Pigułka wolności”? Zamienia się w powieść antykorporacyjną, bo ktoś chce położyć łapę na „Fart for Malawi” i zbić na tym duże pieniądze. Tymczasem jest opowieścią o czymś, co w świecie, gdzie wszystko się lubi, jest towarem najbardziej deficytowym. O miłości. „Jest to opowieść o samotnych ludziach, którzy wierzyli, że są zdolni do prawdziwej miłości”. Żeby w nią uwierzyć i ją poczuć, trzeba parę osób wyrolować. Kto kogo zrobi w konia – Roleksy Ultra Marynę czy odwrotnie? A może dołączą jeszcze inni? Przecież to książka o problemach globalnej wioski i zatrzęsie tą wioską w jej wirtualnych posadach.

W moim odczuciu powieść Czerwińskiego ma największą moc, kiedy rozprawia o tym, jak wielkie spustoszenie w świadomości ludzkiej robi Internet. Potem dochodzą do tego kwestie manipulacji i wyzysku, a akcja przenosi się do bardzo realnego świata korporacji, który już nie jest tak atrakcyjny. Czerwiński ostro wytyka to, na co przymykamy oczy. Atakuje i ośmiesza. Zmusza do myślenia. O co chodzi w dzisiejszym świecie mediów elektronicznych? "Chodzi o to, żeby na Twitterze pisać o tym, co się robi na Facebooku, a na Facebooku pisać o tym, co się robi na blogu, a na blogu pisać o tym, co się robi na swojej stronie internetowej. Tam z kolei pisze się o tym, co się robi w realu, a o realu pisze się na Twitterze. O to chodzi". I to nie jest tylko kwestia tego, że niektórym zacierają się granice między światem wirtualnym a realnym. Chodzi o pokazanie problemu, że Internet nagle pozwolił dojść do wolnościowego głosu milionom ludzi, którzy tak naprawdę niczego nie mają do powiedzenia. Ale przecież jakoś muszą wykorzystać swoją szansę. Łatwiej anonimowo. „Anonimowy człowiek ma siłę tygrysa wypuszczonego z klatki i równie potężny brak świadomości. Ale nikt nie przestrzega go o tej sile. Wprost przeciwnie, otwiera mu się klatkę”. „Pigułka wolności” to zjadliwa ironia na portale społecznościowe i znajomości w Sieci, które nie są znajomościami. Czerwiński nie chce zatrzaskiwać klatki, bo to niemożliwe. Chce pokazać, co się stanie, gdy tygrys zacznie szaleć poza nią. Można zdobyć miliony fanów strony o pierdzeniu. Można być Bogiem niczego. Można też w tej nijakości i pustce gorzko zapłakać, kiedy dotrze do nas, w jak iluzoryczny świat daliśmy się zawieść.

Myślę, że Piotr Czerwiński napisał powieść tak wieloznaczną, iż warta jest wielu różnych omówień. Warta jest także tego, by zastanowić się nad tym, kiedy szybko i bezrefleksyjnie zechcemy ją polubić. Roleksy próbuje udowodnić milionom, że mają wolną wolę. Co jednak z wolną wolą jednostkowego człowieka? I czy wolność nie jest przypadkiem przekleństwem? Piekłem, od którego można uciec w skutki uboczne pigułki, które zdeformują i tak już za bardzo zdeformowany świat?

Wydawnictwo Wielka Litera, 2012

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

gfvhnhjfdjgthjgthtyhutuurhhuhrufhugkfgvkfuihgkhfukyhgujrhgurhkgbyjgauikguirgh ta da hydfyhdhghfgdfujgujgftruyueftyrftruj ta da

Anonimowy pisze...

Czekam na książkę, kupiłam ją dzisiaj zachęcona Pana opinią.Jak dobrze ze jest internet i są blogi ;)... Pozdrawiam