Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-12-16

"Siedem dobrych lat" Etgar Keret

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 20 października 2014

Liczba stron: 174

Tłumacz: Maja Lavergne, Agnieszka Maciejowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Inna perspektywa

Etgar Keret konsekwentnie trzyma się krótkich form prozatorskich. Jego najnowszy zbiór tekstów - nie są to bowiem opowiadania i nie ukazały się w Izraelu - to zwrot ku sobie samemu, wzruszająca opowieść o rodzinie, miejscu do życia, o ustawicznym zagrożeniu i o cudzie nowego istnienia, czyli o dorastającym synu, Lwie, któremu nie tyle trzeba zapewnić opiekę, co przede wszystkim go chronić. Izrael w opowieściach z tomu "Siedem dobrych lat" to nie jest kraj skryty w metaforze i grotesce tak, jak to było w "Rurach". Keret opowiada o kilku rodzajach przynależności. Do swej przeszłości, do swojego kraju, do własnych czterech ścian i do syna właśnie, który zmienia jego optykę i każe spoglądać na trud bycia człowiekiem z jeszcze innej niż dotychczas perspektywy. To trud w kraju, w którym samo istnienie niesie w sobie groźbę nagłego końca, gdzie odpowiedzialny i zatroskany ojciec musi tłumaczyć je na nowo i inaczej, bo dziecku oraz sobie. A wraz z dzieckiem osadza się w życiu mocniej bez względu na to, jak bardzo ono jest efemeryczne i ilu możliwości zagrożeń codziennie doświadcza.

To także zbiór opowieści autotematycznych, z których jedno obrazuje moment, w jakim Keret postanowił zostać pisarzem. Sam proces pisania to czasami antidotum na zastaną rzeczywistość, a czasami sposób na nudę - stąd też w zbiorze znajdą się teksty pisane w samolocie, gdzieś na kolanie, w poczekalni świata wrażeń, do jakich jeszcze się nie dotarło. I są to teksty słabe, ale na szczęście dominują w zbiorze te, w jakich autor naprawdę ma coś do powiedzenia. O samym pisarstwie chociażby. O tym, że należy pokornie znosić stan osadzenia gdzieś między opisywanym światem a techniką jego opisu. Że posiadanie umiejętności wyrażania świata w prozie to nie powód do poczuwania się lepszym lub bardziej świadomym tego, co wokół.

Etgar Keret na otoczenie patrzy inaczej nie tylko dlatego, że bycie ojcem to spoglądanie wokół bardziej baczne i zdecydowanie bardziej czujne. Wprowadzając w świat małego Lwa, Keret opowiada o silnej więzi emocjonalnej z własnym ojcem, którego musi pożegnać (poruszająca scena wchodzenia w ojcowskie buty) i o więzach rodzinnych w ogóle; o bliskości z bratem, który błyskawicznie nauczył czytania przy pomocy gumy do żucia i z siostrą, co metaforycznie umarła, uciekając w ortodoksyjny świat życia w wiecznych granicach. A te Keret wraz ze swym synem zmuszony jest przekraczać nieustannie. Choćby wtedy, kiedy uświadomi sobie, dlaczego Lew uznaje się za kotka i jak silny związek tej przemiany można ujrzeć z izraelskim życiem publicznym.

Jest dowcipnie, ale i śmiertelnie poważnie. Nie można inaczej i nie tylko dlatego, że opowiada się o umieraniu, o traumatycznej przeszłości rodziny ocalałej z Zagłady czy o niwelowaniu dziecięcego lęku przy alarmie bombowym podczas zabawy w kanapkę z pastramą. Keret w całej swojej twórczości stara się przesuwać granice między tym, co śmieszne i tragiczne, i nie inaczej jest w tym zbiorze, który otwiera przejmujący obraz porodu oraz konsekwencji zamachu. Mamy jednocześnie piękno i okrucieństwo - w tym zagubionego człowieka, który musi się w owym rozdźwięku odnaleźć. Teraz razem ze swym potomkiem. Dzieckiem, o jakiego przyszłości nie można myśleć bez fantazji o służbie wojskowej czy o świecie, w którym pokoju nie ma i który domaga się wręcz regularnej wojny, bo ta podjazdowa w swej niepewności i nieprzewidywalności jest w stanie zabić skuteczniej. Izrael Kereta to miejsce,  z którego wyrastają lęki i niepokoje, ale także punkt początku wędrówki po świecie. Tym spokojniejszym może, bardziej różnorodnym, niewątpliwie zapominającym o poczuciu zagrożenia. I o tym, który jest daleko, ale jednocześnie niezwykle blisko, bo na przykład Polska ze swymi absurdami współczesności staje się krajem, co rekompensuje wojenną przeszłość rodzinną i daje Keretowi dom. Wyjątkowy dom.

Symbolika domu jest wyraźna i wieloznaczna. Mamy we wspomnieniu bajecznie wielkie mieszkanie, w którym nie ma podłóg, wyczarowanych potem magicznie przez ojca autora. Jest dom żony i dziecka, wilgotne ściany i tynk na twarzy śpiących. Zadbać o to w momencie, kiedy całkiem realne wydaje się zagrożenie bronią atomową ze strony Iranu? Jest też specyficzna domowa przestrzeń we wszystkich miejscach, w których Keret jest na chwilę. Zapadają one w pamięć nawet mimo faktu, że nie ma czasu na ich oswojenie. Jest ostatecznie dom małego Lwa. To wszystko wokół, ale też trudne do zdefiniowania "wszystko" tam, gdzie Lew jeszcze nie dotarł, a gdzie niewątpliwie się znajdzie. "Siedem dobrych lat" to także opowieść o tym niezwykłym domu, który zawsze nosi się w sobie i nigdy się go nie opuszcza, zapraszając jedynie kolejnych domowników.

Keret snuje rozważania o tym, w jaki sposób można uciec od dyskomfortu związanego ze swym pochodzeniem i miejscem zamieszkania. Opowiada o oswajaniu strachu i umiejętności życia z nim. Pojawiają się także opowieści o tym, jak łatwo przekroczyć na jawie granicę między uporządkowaną rzeczywistością a paranoją. W końcu w świecie po Auschwitz nie zmieniło się wiele, skoro ślady antysemityzmu Keret widzi na każdym kroku. Nawet wtedy, gdy są to tylko złudzenia - dyskomfort i złość narastają. A męskość, ta wpajana Lwowi, polega także na tym, by rozumnie dać upust złości. Stąd też ojciec i syn z sobie znanych powodów dają swym pięściom prawo do tego, by w pewnych sytuacjach dać komuś obcemu w ryj.

"Siedem dobrych lat" iskrzy od energii. Niebywałe, skąd można ją czerpać. To zbiór zupełnie inny od dotychczasowej twórczości izraelskiego pisarza, ale przecież najbardziej osobisty, choć w wielu tekstach nie wątki autobiograficzne są przecież najważniejsze. Te teksty to wyraźne próby przełamywania lęków poczuciem humoru. Historie o braku asertywności i o jej niezwykłym przypływie. Keret analizuje własne sny oraz bacznie obserwuje świat wokół. Kryje swoje lęki, bo trzeba być dzielnym przed synem. To czas, w którym zmiana w człowieku jest równie nieodwracalna co moment, gdy w ramionach trzyma się nowe życie, jakie trzeba chronić. To naprawdę niemały wysiłek uwierzyć w potęgę życia tam, gdzie jest ono w stanie wiecznego zagrożenia. Keret jako ojciec to być może inny, lepszy pisarz. A prawdopodobnie jest tak, że pisze dojrzale, bo wie o czym i teraz, w przeciwieństwie do czasu napisania w wojsku pierwszego opowiadania, wie także do kogo. Siedmiolatek to odbiorca domyślny i przyszłościowy. Status ojca to powinność dokonania pewnych zmian we własnym warsztacie pisarskim. Inspirujące mimo niepokoju!

Brak komentarzy: