Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-12-16

"Dygot" Jakub Małecki

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 312

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Drżenia

Kiedy Jakub Małecki pozamykał swoich bohaterów w ciasnych przestrzeniach, gdzie dusili się w swym fatalizmie i mrocznym myśleniu, wyszła mu powieść niezbyt udana, czyli "Odwrotniak". W "Dygocie" wszyscy zostali umieszczeni w pewnej przestrzeni, której przemierzanie jest istotne, podobnie jak przywiązanie - bądź jego brak - do ziemi, miejscowości, swego miejsca o określonych kształtach i w określonej metrażem powierzchni. Nowa powieść Małeckiego to dowód na to, że uważnie czyta on swoich kolegów po piórze, biorąc od nich to, co najlepsze i na dobrych wzorach budując świetną fabułę. Koło czy Piołunów z "Dygotu" to takie tajemnicze Rykusmyku, które naznacza na zawsze, każąc konfrontować się z prywatnymi demonami. Przestrzeń przypominająca tę ze "Szczęśliwej ziemi" Łukasza Orbitowskiego to także ziemia, z którą związani są bohaterowie. Senior rodu Łabendowiczów kładzie się na niej wraz ze swą wybranką, a potem rozpaczliwie do niej lgnie, gdy przychodzi mu wyzionąć ducha. Jeden z synów czuje odpowiedzialność za ziemię, z którą się zrasta, a wnuk po latach powraca do niej, intuicyjnie jakby, za podszeptem ducha zmarłych. "Dygot" tak jak "Drach" Szczepana Twardocha jest powieścią o intymnym związku z miejscem swego pochodzenia i tak jak powieść Twardocha traktuje o strachu. Czyta się zatem nowego Małeckiego ze świadomością, że gdzieś w pamięci grają jakieś wcześniejsze podobne książki, ale to tylko dodatkowy walor, bo "Dygot" jest przejmującą i hipnotyzującą powieścią o ułomności ludzkiego życia naznaczonego przez wieczne tytułowe telepanie się w lęku.

Jeśli tytuł jest synonimem egzystencji, widzimy ją w wielu przygnębiających wymiarach. Życie to nieustanne wahanie i ogarniający całe ciało strach. To biologiczny aspekt odbierania rzeczywistości, atawizm sugerujący trudność dostosowania się. I niepewność, bo w niej zanurzeni są wszyscy bohaterowie Małeckiego. Dygot jest zresztą wszechobecny. Dygocze zabijana na początku powieści świnia. Dygocze Janek Łabendowicz, który porzuca pewną Niemkę tuż przed granicą i tuż po zakończeniu wojny. Także ojciec Janka, który wraca do domu po przesiedleniu. Jego syn w hipnotycznym tańcu. Potem córka, po raz pierwszy rozbierana przez mężczyznę i ukazująca mu swe poparzone ciało. Dygot towarzyszy wnukowi Łabendowicza, gdy dostrzega bezsens i kruchość swego życia. Także jego samotnej matce, której pozostały jedynie wspomnienia męża i syn zupełnie go nie przypominający. Może to słowo nie jest zatem szeroko rozumianym symbolem, lecz po prostu synonimem życia? Małecki pokazuje tę bojaźń, z której często nie zdajemy sobie sprawy, a z którą jesteśmy połączeni na zawsze, do śmierci. Tańczymy mroczny danse macabre, bojąc się swego cienia, konsekwencji własnych działań, bojąc się samotności i samego strachu przed dalszym istnieniem.

A ludzkie istnienie doświadcza nadmiaru okrucieństwa i bezwzględności losu. Zdarzenia rozpoczynają się tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, a kończą w 2004 roku. Zaczyna się od porzucenia przez Janka Łabendowicza frau Eberl, którą miał bezpiecznie dowieźć do granicy, gdy po wojnie Armia Czerwona kazała takim jak ona się wynosić. Kończy się na poszerzeniu świadomości wnuka Łabendowicza, który odkrywa mroczne tajemnice swego ojca, Wiktora i jednocześnie uświadamia, że pochodzi z konkretnego czasu, miejsca i kontekstu, co daje pewną ulgę po tym, jak wrósł w pewną życiową bierność i zachowawczość. Wydarzenia historyczne nie odgrywają większej roli, Małecki tylko dyskretnie je sygnalizuje. Może bardziej jest w nich osadzona rodzina Geldów, z której pochodzi Emilia, wybranka Wiktora. Dwie rodziny połączy związek odmieńców, ludzi stygmatyzowanych i bezwzględnie skazanych na potępienie przez polską prowincję. Ich życie naznaczone zostanie także mrocznymi klątwami i przepowiedniami. Małecki nie pozbawia bowiem tej realistycznej prozy metafizyki. Co więcej - umie ją umieścić na stałe i w bardzo subtelny sposób.

Autor ukazuje losy Łabendowiczów i Geldów jako ciąg konsekwencji własnych czynów czy wypowiedzianych słów. Emilia i Wiktor to szczególnie naznaczona przez społeczność para. Takich chciałoby się nie mieć w gromadzie. Tacy są rysą na jej obliczu. Inność jest u Małeckiego nie tylko źródłem frustracji, ale budzi także gniew, również nienawiść. Emilia i Wiktor żyją naznaczeni mrocznymi przepowiedniami i starają się o namiastkę normalności w świecie, który ich samych uważa za nienormalnych. Cierpią wewnętrznie, nie mają możliwości dzielenia się swoim cierpieniem. Ich rodzice przeżywają dramaty drugiego planu, równie wyraziste jednak i tak samo przejmujące. Dopiero ten ostatni, jedyny syn, Sebastian, przejmie odium i je porzuci. Tylko na niego wpłynie wyraźnie to, co wokół. O ile jego przodkowie żyli wbrew światu i jego kształtowi, o tyle Sebastian dopasuje się do tego kształtu - krwiożerczy kapitalizm odciśnie piętno na jego myśleniu oraz decyzjach.

"Dygot" to powieść wyrastająca z ludowego mitu, a kończąca się  w chwili, w której przyszłość przypomina o sobie Sebastianowi, odbierając mu wrodzony cynizm czy buntowniczość. Małecki wprowadza do narracji niepokojące stwory i nazywa ludzkie byty tak, jakby tkwiły w centrum mrocznej ballady. Są także sygnalizowane związki ze zwierzętami mające charakter nieco metafizyczny. Najtrudniej jest autorowi oddać grozę i niedopowiedzenie w budowaniu postaci wiejskiej wariatki. Dojka tylko przez chwilę staje się w naszych oczach wiedźmą. Potem widzimy, że jest jedynie głęboko nieszczęśliwą i samotną istotą ludzką. Taką jak Wiktor - albinos z czerwonymi oczami, dla którego nie może znaleźć się nawet odrobina szczęścia i spełnienia. Życie Wiktora naznaczają trzy śmierci. Ta ostatnia będzie ostateczna. Jej zagadkę rozwikła Sebastian, stając niemo przed tajemnicą i przed własnym spojrzeniem na życie. Bo przecież Małecki pisze przede wszystkim o tym, czym ludzkie życie jest w sensie symbolicznym i bardzo jednoznacznym. Proza życia to bolesne doświadczenia, bunt, namiętności i wyrządzane sobie nawzajem krzywdy. Nagromadzenie życiowych traum jest w powieści chwilami nieznośne i nie czyni jej przez to bardziej wiarygodną, ale czyta się to z wielką uwagą. Z wielkim smutkiem i przekonaniem, że na niewiele spraw mamy wpływ. Że nasza wolna wola może nie istnieć. Że nie istnieje żadna alternatywa dla kompulsywnego dygotania do momentu wydania ostatniego tchu...

Problem "Dygotu", a może jego wielkość, polega na tym, że trudno jednoznacznie określić, o czym jest ta powieść. Jej sens opiera się na licznych symbolach. Małecki pisze w taki sposób, że nasza uwaga nie koncentruje się na nikim szczególnie. Podążamy z bohaterami przez życie, w którym czeka ich wiele rozczarowania, pustki i gdzie liczne śmierci boleśnie naznaczają wszystkich tych, którzy jeszcze żyją. Jedni mają do dyspozycji dramatyczne dwadzieścia osiem lat. Inni z rozpaczą i nostalgią przełykają kolejne wiosny, dożywając ich aż dziewięćdziesięciu pięciu. Jakub Małecki dyskretnie sugeruje, że ten korowód umierania przepełniony boleścią i pretensjami do świata to najwyraźniej zaakcentowany przejaw życia w tej powieści. "Dygot" jest książką wielu interpretacji i sprytnie unika jednoznacznej klasyfikacji. Mroczna proza, która pożera własnych bohaterów. Stworzona na dobrych wzorach książka niepozwalająca na wytchnienie. Taka rzecz pozostaje w pamięci na bardzo długo.

Brak komentarzy: