Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-11-24

"Szczęśliwa ziemia" Łukasz Orbitowski

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 382

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Życzenia i dramaty

O nowej powieści Łukasza Orbitowskiego możemy przeczytać na okładce, że jest wielka i wspaniała. Te eufemizmy Szczepana Twardocha na pewno przyciągną doń czytelników, ale wielu z nich może doznać zaskoczenia. Znający dotychczasową stylistykę, w jakiej poruszał się autor "Widm", będą utyskiwać na zbyt rozbudowaną warstwę realistyczną powieści. Ci zaś, którzy liczą na odmianę, będą zmuszeni nadal mierzyć się z poetyką horroru, jaka tutaj sygnalizowana jest dosyć dyskretnie, ale niewątpliwie odciska swe piętno nad każdym z dwunastu rozdziałów. Rozdziałów książki – moim zdaniem – nadmiernie przepełnionej fatalizmem i odrobinę przekombinowanej. Seria zabiegów łączących przeszłość z przyszłością wraz z naznaczeniem całego czasu pewną tajemniczą legendą z jednej strony nie wydaje się w swej mnogości uzasadniona, z drugiej natomiast bardzo utrudnia percepcję powieści, którą czyta się dość powoli, bo zmusza do wytężonej uwagi, ale ostatecznie to wszystko, co tę uwagę przykuwało, okazuje się nie do końca ze sobą grające.

Nic to, jestem zadowolony z lektury, choć to pewnie jedna z mroczniejszych opowieści tej jesieni i tak przygnębiającymi książkami nie powinniśmy się raczyć o tej porze roku. Podziwiam umiejętność budowania misternej konstrukcji na granicy świata realnego i fantastycznego, zmyślne operowanie tropami wciąż gubiącymi czytelnika, odniesieniami do kilku różnych od siebie tradycji literackich i klamrę kompozycyjną, dzięki której jesteśmy świadomie wprowadzeni, ale i wyprowadzeni z tego dusznego świata tajemnic, niespełnienia, gorzkich rozczarowań i samotniczego cierpienia. Bo chociaż jest to historia piątki przyjaciół z prowincjonalnego Rykusmyku, mamy w „Szczęśliwej ziemi” opowieść o doświadczaniu bólu istnienia i bólu rozczarowań życiem każdego z osobna, bez żadnej więzi, bez żadnego pokrewieństwa, bez najmniejszej nawet możliwości wsparcia w innym człowieku, kiedy życiowe dramaty czynią egzystencję co najmniej nieznośną. Jedna z kobiet w powieści, duńska imigrantka z Grecji, z całą stanowczością podkreśla, iż nie ma już recepty na stały związek, bo żyjemy w czasach, w jakich coraz mniej ludzi wędruje przez życie wspólnie. Wspólnie pięciu przyjaciół z Rykusmyku przeżyło w zamkowych ruinach pewne mroczne doświadczenie. Naznaczy ich ono na całe życie. Ale kazać będzie także mierzyć się z konsekwencjami, tego co wydarzyło się w tej ciemnej przestrzeni, samodzielnie i bez jakiegokolwiek oparcia. Bo cierpienie w żaden sposób nie uwzniośla. U Orbitowskiego cierpienie jest konsekwencją nieprzemyślanych życzeń, ale także istotą mrocznej historii o dwóch braciach, którzy ukryli w ruinach zamku sekret ujawniający się dla dorastających bohaterów „Szczęśliwej ziemi” na kilka różnych, makabrycznych sposobów.

Sedes, Trombek, Sikorka, DJ Krzywda i Blekota dorastają w miejscu, w którym toczą się tylko pozory życia. To taki życiowy margines. Miasto iluzji i miasto niespełnienia. Nie sposób żyć w nim bez marzeń. Nie sposób nie mieć życzeń, jakie los mógłby spełnić. W zakończeniu książki czytamy zdanie, które cała piątka mogłaby wyrazić już na początku. „Chcemy rzeczy, które są dla innych zwyczajne i dla nas też mogłyby być. Ale nie są”. Łukasz Orbitowski wtłoczy swoich bohaterów w sytuację krańcową – rozczarowanie, rozgoryczenie i brak perspektyw idą w parze ze zdecydowaniem, by cokolwiek zmienić. Bo tak jak żyją, żyć się nie da. Trzeba podjąć ryzyko, coś poświęcić, czemuś się sprzeniewierzyć, ale także i czemuś zaufać; w Rykusmyku czeka tylko stagnacja, prawdziwe życie jest gdzie indziej. To życie, w którym trzeba będzie na siebie wziąć brzemię wyrażonych życzeń, które spełniają się w najgorszy z możliwych sposobów.

Sedes to Szymek. On jako jedyny decyduje się na pozostanie w Rykusmyku. Podejmuje także decyzję o tym, by pojąć za żonę miejscowe dziwadło, Teklę, naznaczoną tak jak on sam, bo tak jak Szymek słyszącą groźny skrzek w głowie. Ich małżeństwo to dramatyczna walka o normalność, którą toczą niby razem, ale tak naprawdę każde na własną rękę. Kiedy Tekla wydaje się być uzdrowiona i mroczne głosy od niech odchodzą, pożegna się także z życiem, a pozostawiony sam sobie Szymek będzie mierzyć się z zagadką przeszłości jej matki i z tajemniczą książką, z której usunięto rozdział opisujący tytułową ziemię w Rykusmyku.

Dramatyczne będą losy wszystkich młodzieńców, którzy przeżyją spotkanie z przerażającym bykiem w podziemiach zamku, gdzie udali się, nieświadomi jeszcze tego, że ta wizyta zmieni ich życie. Każdy dozna odosobnienia w swym bólu. Będzie miłość niespełniona, bogactwo przeklęte, będzie też dramat rodziny skazanej na rozpad i przede wszystkim dramat życia, w którym każdy, dosłownie każdy, zostanie naznaczony cierpieniem i gorzkim rozczarowaniem, gdy zaplanowane życie odbiegnie od tego, co sobie założono. W losach przyjaciół z Rykusmyku doświadczeniem najbardziej bolesnym będzie doświadczenie obcości. Ci, co wyjechali, wydają się być dużo bardziej szczęśliwi niż Szymek, który pozostał na miejscu i biernie wpasował się w prowincjonalny klimat życia na niby, przyjmując stanowisko nocnego stróża zamczyska, jakie na zawsze naznaczyło losy wszystkich w miasteczku. Orbitowski portretuje wzajemne relacje międzyludzkie jako gorzkie doświadczanie siebie w relacjach toksycznych, trudnych, będących jednocześnie szczęściem i przekleństwem, ale nade wszystko relacjach bycia obok siebie, bez możliwości zaznania bliskości, która zrodzić może miłość i przywiązanie.

W przypadku męskich postaci dużo bardziej ciekawsze mogą się wydać te z drugiego planu. Prowincjonalny bandyta Wilczur i policjant Krończak zostają naznaczeni fatalizmem zamkowych podziemi równie silnie, co młodzi przyjaciele, dla których tam zaczyna się piekło ich dalszego istnienia. Jeden z nich wydaje się wybawiać z piekła życia, ale czy na pewno? Mężczyźni Orbitowskiego w swym cierpieniu są wyraźniejsi o tyle, że zwykle konfrontują je z labilnymi emocjonalnie kobietami. Obsesje i neurozy Greczynki Mai, przebudzonej do życia jak w transie Tekli, poszukującej szczęścia żony jednego z przyjaciół… Wzajemne relacje między rzekomo bliskimi ludźmi są w „Szczęśliwej ziemi” nie tyle opresyjne, co przede wszystkim naznaczone stygmatem nieumiejętności wyrażenia swego bólu; tego bólu, co oddala i czyni życie piekłem. Duszna atmosfera tej książki to wynik przede wszystkim opisu tych relacji; Łukasz Orbitowski z chirurgiczną wręcz precyzją bada każdą rysę, każde pęknięcie w związkach damsko-męskich i w związkach żywych z umarłymi, bo świat pośmiertny też jest przecież obecny w tej niepokojącej prozie.

„Szczęśliwa ziemia” to opowieść o życiu w drodze i o poszukiwaniach tego, czego nie można odnaleźć. Barwne panoramy miast, gdzie rozgrywają się zdarzenia, kontrastują z jednolitym mrokiem przestrzeni, w jakiej piątka przyjaciół bierze udział w danse macabre naznaczającym nie tylko ich samych nieszczęściem narodzenia się na ziemi, która kiedyś mogła być szczęśliwa, ale taką się nie stała. Byłaby to książka naprawdę bardzo dobra, gdyby nie dusiła w sobie tak okrutnie. Nagromadzenie środków wyrazu, by przedstawić grozę życia, jest nadmierne i po prostu męczy. Dlatego nadal uważam „Widma” za najlepsze dokonanie Orbitowskiego, a tę książkę polecam tym, którzy chcą się zmierzyć nie tyle z mrocznym obrazowaniem, co z ciemnymi stronami być może samych siebie i z prozą potrafiącą sprowadzić do parteru wymęczonego do cna czytelnika.

Brak komentarzy: