Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-12-19

„Kolonia Marusia” Sylwia Zientek

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 23 listopada 2016

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Mroczne dziedzictwo

Bardzo odważna jest najnowsza książka Sylwii Zientek. Siła rażenia osobistego tonu może przytłoczyć. Tym niemniej to taki rodzaj literatury, który powstaje, by dać autorowi coś na kształt wewnętrznego katharsis, a przy okazji innych na pewne kwestie uwrażliwić, do czegoś przekonać i przed czymś przestrzec. Czy jest to książka o Wołyniu? Niekoniecznie. Zientek nie opowiada niczego, czego nie wiedzielibyśmy o tragicznych wydarzeniach z lat czterdziestych minionego stulecia. Opisy tego, co się działo, są dokładne, naturalistyczne, bezkompromisowe i trudne do przyjęcia. Myślę, że Wołyń funkcjonuje w tej powieści wyznaniu przede wszystkim jako pokoleniowa skaza, a i tak po lekturze odnieść można wrażenie, że tą skazą jest co innego. „Kolonia Marusia” to przede wszystkim rzecz o pamięci. O gotowości na mentalne pożegnanie ze zmarłą przed dziesięciu laty matką, która z różnych powodów osadziła się w świadomości na tyle silnie, że córka przejmuje po niej nawet objawy psychosomatyczne. O tym, że upływ czasu potrafi uporządkować pewne sprawy w pamięci, i o imperatywie wracania do przeszłości, by w pełni zrozumieć siebie dzisiejszego, ale przede wszystkim szereg uwarunkowań kształtujących nas już w poprzednich pokoleniach tak, a nie inaczej. Trzy pokolenia kobiet naznaczone są tu samotnością, tragiczną osobnością, skrywaniem emocji w sobie i niemożnością wyzwolenia się z traum, których początek datowany jest właśnie na Wołyniu, w czasie rzezi i ujawniania tego, co w człowieku najgorsze. Sylwia Zientek opowie jednak o innych znamionach tej gorszości. O niedostosowaniu i nieumiejętności rozmawiania o własnych przeżyciach. Mimo że matka zarzuca bohaterkę, narratorkę historiami z Wołynia i potem z Polski, tej w powojennych granicach i powojennym systemie politycznym, nigdy nie rozmawia z córką o tym, co jest najważniejsze. O bliskości i czułości, których kobiety w trzech pokoleniach szczędziły sobie i nie pozwalały na wyjście z mrocznego kręgu doświadczeń wyobcowania. Czy rzeczywiście wszystkie utknęły w rolach matki Polki cierpiętnicy, kobiety przegranej i rozpaczającej nad swym niespełnieniem?

Zanim wołyńska rzeź naznaczyła Konstancję na zawsze, kobieta ułożyła sobie życie tak, jak tego oczekiwano. Jako porządna gospodyni, pani na włościach, sumienna żona, a potem matka. Jej mąż budził w niej odrazę, ale zdrowy rozsądek nakazywał podjęcie się obowiązków kobiety życia u boku bogatego gospodarza. Tego człowieka, dla którego wygnanie z Wołynia było w 1945 roku największą traumą. Pozostawiał na pastwę losu oraz ognia szalonych Ukraińców nie tylko domostwo i bogactwo. Także pamięć o tym, że miał możliwości i umiał się dorobić. Status bogatego mieszkańca kolonii obejmującej raptem kilkanaście gospodarstw zamienił na status wygnańca. Wiecznego wygnańca. Konstancja tymczasem żegna się ze wspomnieniami pierwszej i jedynej namiętności, by podążać za mężem i ratować się przed opresją. Opuszczony Wołyń to będzie najbardziej traumatyczne wspomnienie. Do niego dojdzie tragizm osamotnienia w warunkach życia, gdzie wieczne nieporozumienia i niesnaski uniemożliwiały prawdziwy kontakt, prawdziwe wsparcie w trudnych realiach życia tam, gdzie nie przelewa się ludzka krew, ale wciąż są żywe ludzkie tragedie w każdym możliwym wymiarze.

Córka Konstancji, Halina, to właśnie postać centralna, wokół której ogniskować się będą wszystkie przemyślenia autorki. Zaczyna się od wyznania o wstydzie. Takiej matki jak Halina Zientek mogła się tylko wstydzić. Za jej marazm, ekscentryczność, jej ustawiczną potrzebę karmienia wszystkich mięsem, za jej bezradność i utyskiwania na los, który rzekomo odebrał wszelkie możliwości i nie dał żadnych szans na zmianę. Sylwia Zientek dźwiga wyjątkowo duży ciężar pamięci matki. Halina ze swym wiecznym niezadowoleniem, stałą gotowością na jakąś apokalipsę, z wiecznym strachem, lekomanią i nieczułością wobec dzieci to dla niej antywzór, a jednocześnie jedyny punkt odniesienia. Bo w rodzinie autorki azymut określały przede wszystkim krzywdy kobiet. Halina nie odeszła tak po prostu. Dopiero dziesięć lat po jej śmierci późna córka, która właściwie była dzieckiem niechcianym, próbuje rozliczyć się z tymi bolesnymi śladami, od jakich nie będzie mogła się uwolnić właściwie nigdy. Matka weszła jej pod skórę i tam pozostała. Możliwe jest teraz tylko częściowe rozliczenie. Po to, by wybaczyć, pożegnać wstyd i tę wiecznie skrywaną trwogę, że przy matce zawsze było zimno, ponuro, bez uczuć i bez porozumienia. Sylwia Zientek opowiada o sobie także z perspektywy bycia na tym świecie przypadkiem. Przypadkiem Konstancja z mężem uszli widłom i siekierom sąsiadów mordujących się na wołyńskiej ziemi. Przypadkiem jest na świecie ze wszystkimi swoimi odziedziczonymi traumami. Ze wszystkim matczynym, czego nadal się wstydzi, ale czego przede wszystkim jest już świadoma. W tym znaczeniu Wołyń to początek i koniec tej historii. Prawdziwym jednak początkiem i końcem jest pełna burzliwych rozczarowań i bólu relacja z matką.

„Kolonia Marusia” to bardzo poruszająca spowiedź osoby, która wreszcie jest gotowa przełamać lęk i uprzedzenia. Wreszcie samostanowić o sobie i walczyć o wewnętrzną wolność. Widmo rozgoryczonej życiem Haliny to nie tylko stygmat emocjonalny, taka bolesna niezasklepiająca się rana. To przede wszystkim coś, od czego nigdy już nie można się uwolnić. Ta relacja była rujnująca, ale w swej toksyczności niezwykle silna. Tak jest z każdym rodzajem uzależnienia oraz niechęci względem najbliższej osoby. Sylwia Zientek próbuje opowiedzieć także o trudnej miłości i jej potrzebie. O tym, że pożegnanie z tą częścią matki, która jest wiecznym cieniem, możliwe jest dopiero po latach. Halina wciąż istnieje w świadomości córki. Wciąż przypomina jej o tym, kim się stała, skąd się wydobyła, co naznaczyło ją na zawsze i jak bezradna była wobec wspomnień i traumatycznych przeżyć. Zientek nie chce i nie może być bezradna. Pisze o tym z wyjątkową wrażliwością na krzywdy matki i babki, ale jednocześnie z pewnością siebie. Tą, którą zdobyła, mierząc się ze swym wewnętrznym Wołyniem i odwiedzając miejsce, w którym cała krzywda zaczęła się naprawdę i niekoniecznie miała związek z dzikimi grabieżami i morderstwami.

To książka o uległości i sile. O tym, jak bardzo możemy się zapaść w sobie i przegrać własne życie. O tym, że nie tylko przemoc i krew naznaczają na zawsze, nie one nawet stają się największym źródłem opresji. Myślę, że to bardzo ważna powieść o tym, jak pożegnać te ślady po przodkach, z którymi nie możemy iść naprzód, jeśli nie zrozumiemy ich i nie damy im być przede wszystkim częścią uporządkowanej we wspomnieniach przeszłości. Co dziedziczą po sobie kobiety w trzech opisanych tu pokoleniach? Obcość i poczucie krzywdy? Przedwczesną dojrzałość i w tej dojrzałości wieczną bezradność? Brak czułości wobec córek? A może przede wszystkim strach – o siebie, o potomków, każdy kolejny dzień i każde działanie? Ten strach zaszczepił Wołyń i on stamtąd się wydobył. Przeszedł jednak transformację i Sylwia Zientek pokazuje wszystkie jego ponure formy, które nie mają już związku z rzezią wołyńską, ale przede wszystkim z pustką i bezradnością, jakich nie sposób zapełnić. Przepełniona emocjami, ale także rozsądnym dystansem do pewnych spraw powieść o wyzwoleniu. Pamięci, którą można uporządkować, i emocjach dających poczucie spełnienia. Subtelne, a jednocześnie przepełnione grozą i przemocą epitafium. Dla tej, której nie dane było zrozumieć, lecz ciągle się bać. Sylwia Zientek już się nie boi. To między innymi dlatego ta książka – jak wspomniałem na wstępie – jest dowodem wielkiej odwagi. Umiejętności literackiego opowiadania o sobie bez obsesyjnego trzymania się siebie. Dlatego ta powieść może wyzwolić – autorkę oraz jej czytelników.

4 komentarze:

Kocham Cię moje życie blog pisze...

Mam mieszane uczucia co do tej książki, z jednej strony chciałabym, a z drugiej chwilowo czuję przesyt ciężkiej literatury...

Jarosław Czechowicz pisze...

Na pewno nie jest to powieść dla każdego. Niemniej jednak ważna i warta poznania.

Kamil Bajdorz pisze...

Motyw relacji rodzic-dziecko, zawsze wydaje sie fascynujacy, zwlaszcza w trudnych czasach. Książka jest pełna trudności i takiego "brudu" społecznego. Zawsze zastanawiam się, w jaki sposób relacje ludzi wyglądałyby, gdyby tak tragiczne wydarzenie było blisko nas dziś.

To prawda - książka jest świadectwem ponurym, jednak wartym poznania. Czas na lekture nie był straconym. Tak samo jak przemyślenia, które potem miałem. Choć nie były zawsze optymistyczne...

Jarosław Czechowicz pisze...

Myślę, że takie toksyczne relacje mogą się wytworzyć niekoniecznie w wyniku tak spektakularnej traumy. Dlatego dla mnie to nie jest książka o Wołyniu, a na pewno nie przede wszystkim o nim.