2017-11-28

„Exodus” Łukasz Orbitowski

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 446

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Monotonia zła

Rzadko który polski współczesny prozaik stawia sobie tak wysoko poprzeczkę, jak Łukasz Orbitowski ustawił ją swą „Inną duszą”. „Exodus” to zupełnie inna książka, ale z drugiej strony stale ta sama. Autora wciąż na nowo frapuje temat zła w bardzo wielu kontekstach. Najbardziej w zbliżeniu z człowiekiem, który zła dokonuje i musi za nie pokutować. To trochę jak z pisaniem Jakuba Małeckiego starającego się za każdym razem inaczej oddać egzystencjalne cierpienie. Ponownie zło jest tematem nośnym u Orbitowskiego, ale wydaje mi się, że tym razem ta nośność zamienia się w monotonię i nudę, w pisanie o niczym i gloryfikowanie różnych form bylejakości życia. Prywatna martyrologia głównego bohatera zdaje się nie mieć końca. Dowiadujemy się wciąż nowych, coraz bardziej koszmarnych rzeczy. Włóczymy się z nim po Berlinie, Słowenii i Grecji, a jedyne wytchnienie w tej opowieści o mrocznym wagabundzie dają retrospekcje, czyli narracja opowiadająca o tym, dlaczego mężczyzna imieniem Janek rozpoczyna na bogato swój europejski trip, podejmując dużą kwotę pieniędzy i wykupując cały przedział w pociągu do niemieckiej stolicy. Opowieść o czasie minionym przykuwa uwagę i wybudza z czytelniczego letargu, w jaki wpada się, śledząc teraźniejsze poczynania samotnego uciekiniera. Przyznam szczerze, że gdyby nie ta historia, nad „Exodusem” mógłbym po prostu zasnąć. Nie widzę ani celowości, ani atrakcyjności w opowieściach o tym, jak uciekając w głąb samego siebie, wchodzi się w jakieś przypadkowe, nic nieznaczące relacje z ludźmi – bohaterami mogącymi mieć tysiące imion i mającymi przypadkowe adresy. Orbitowski jest monotonny i wtórny – zarówno w portretowaniu eskapizmu, jak i w kreślonych nonszalancko opisach zdarzeń, których wir czyni z „Exodusu” pewną wypadkową dobrej frazy autora i bylejakości konceptu na kolejne zazębiające się opornie historie.

Tak, ta książka rozczarowuje i mam wrażenie, że autor stracił czujność, bo doskonale wie, że dobrze pisze, tym niemniej nawet niezłymi zdaniami może doprowadzić do czytelniczej katalepsji. Napięcie jest wszechobecne, ale nic nie jest w stanie go zniwelować. Brniemy przez kolejne koszmarne miejsca, przyglądamy się podobnym do Janka życiowym rozbitkom i umieszcza się nas w takiej specyficznej tymczasowości, która nie ma ani początku, ani końca. Nie służy to dobrej powieści, bo przez to „Exodus” traci i soczystość, i wyraźność. Czytany jako opowieść o niespełnionym ojcu i dramacie rodzinnym, od jakiego nigdzie nie da się uciec, gra mocno na emocjach czytelnika i jest dość stronniczy. Odbierany jako powieść drogi raczej odstrasza – ani nie ma tam wyraźnie zarysowanego wędrowania, ani też wiele nie wynika z doświadczeń, które bohater zbiera na swojej drodze.
Jakoś najbardziej odstręczająco wygląda przedstawienie relacji z kobietami. Zwróciłem uwagę na to przede wszystkim dlatego, że powieść jest dedykowana kobiecie. Janek za czasów stabilnego życia rodzinnego marzy o rzeczach prostych – takich jak zrobienie laski przez małżonkę. W swej podróży bez celu i bez sensu spotyka dziewczyny, do których można się przytulić i wyrwać z nich jakąś namiastkę bliskości, ale nieistotne są zarówno ich imiona, jak i życiorysy. Kobieta jest przedmiotem, nie podmiotem – refleksji, odniesień, zasadności trwania obok. Przykre jest to, że po raz kolejny można przyglądać się kobiecym bohaterkom drugiego planu albo marnych epizodów, gdy służą przede wszystkim uwzniośleniu egocentryzmu głównego bohatera. Tak, Janek jest w dużej mierze egocentrykiem. Wygodniej mu mierzyć się z życiowymi traumami w pojedynkę, bo to wygląda na zacne i potrzebne. Rozsypały się kartki jego notesu marzeń. Tymczasem zło, które go wewnętrznie niszczy, nie podlega żadnej formie oczyszczenia. Orbitowski stara się jak może, by pokazać Janka w brudzie, upokorzeniu, z rękami wręcz zbrodniarza, z piętnem niezmazywalnych win. W tym znaczeniu ów bohater w żaden sposób się nie zmienia. Nie ma w zasadzie do opowiedzenia żadnej frapującej historii – i tu trzeba zaznaczyć, że „Exodus” z całym pokładem smutku i melancholii nie mówi nam niczego nowego ani ważnego o kondycji człowieka złamanego przez wydarzenia, nad którymi nie miał pełnej kontroli, ale musi za nie wziąć odpowiedzialność.

Interesujące byłoby pokazanie w takiej fabule tego, jak bardzo potrafimy być dla siebie tymczasowi, ale Orbitowski wrzuca nas jedynie do ulicznego gabinetu cieni – nikogo tak naprawdę nie portretuje, nikt w żaden sposób nie jest w fabule ważny. Poza Jankiem, ważnym przede wszystkim i nade wszystko dla siebie. Megalomania tuszuje smutek, który mógłby wzruszać, i zaciera ten rys dwuznaczności, gdy autor „Exodusu” opowiada o tym, że zawsze i bez względu na okoliczności wszędzie jesteśmy na chwilę. Ta chwila może być jednak bardzo opresyjna, jeśli ulegniemy tendencjom ucieczkowym. Tak jest czasem najłatwiej i najtrudniej jednocześnie. To akurat sportretowane jest wyjątkowo sugestywnie. Reszta już niekoniecznie. Nawet wówczas, gdy należałoby się pochylić nad bohaterem i zapłakać z nim nad bezkompromisowością życia.

Tak, sporo w tej powieści bezkompromisowości. Nie ma drugich szans, nie ma łzawych możliwości przebaczenia. Jest bardzo szorstko, po męsku, z dużą dozą testosteronu i przekonaniem, że mimo wszystko świat jest mój, choć się go wyrzekam. „Exodus” nie przekonuje jako całość. Są fragmenty, gdy ta historia o pamięci i zapominaniu nabiera pewnego uniwersalnego przesłania. Wszystkiego jest jednak za dużo. Nie chodzi o proporcjonalność i o to, że dobrze byłoby choć na chwilę złapać oddech w tym oceanie marazmu i okrucieństwa. Chodzi o zaproponowanie jakiejś oryginalnej historii, nie o operowanie kalkami, które są dobrze znane i tutaj w żaden sposób nie przykuwają uwagi. Najbardziej irytuje sam Janek w tym, że za wszelką cenę dąży do samotności, wciąż znajdując się wokół ludzi, jakby kontakt z własnym wnętrzem był dla niego całkowicie niemożliwy. Łukasz Orbitowski chciał oddać wyjątkowo przygnębiający nastrój opowieści o kimś, dla kogo nie będzie właściwej kary za przewinienia. Ukarany zostaje jednak przede wszystkim czytelnik. Najpierw długo nie mamy dostępu do świata przeżyć wewnętrznych bohatera, a potem z lekką konsternacją możemy stwierdzić, że jest on nie tyle ograniczony, ile przede wszystkim mało sugestywny. To taka książka niewyraźna, która nie zostawi śladu. Może pewną pamięć o sobie, gdyż czyta się ją wyjątkowo długo i z przygnębieniem, którego nie dzieli się z bohaterem. Z jego karykaturalnie złamanym sercem i nadzwyczajnie podkreślanym poczuciem, że przeżywa coś, co ma być w jakiś sposób wyjątkowe i z tego powodu szalenie smutne.

Brak komentarzy: