Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-06-22

„Berlińska depresja. Dziennik” Anda Rottenberg


Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 27 kwietnia 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sztuka i życie

Ta książka jest swoistym bilansem własnych kroków, decyzji i działań Andy Rottenberg. Zestawione są one jednocześnie z tymi wszystkimi przejawami życia, które wciąż stanowią dla niej wyzwanie. Dlatego to dziennik intensywności w kilku znaczeniach. Nie chodzi tylko o to, że zapiski są gęste, a ich struktura zdaje się znosić wszelkie uporządkowania. Nie chodzi o to, jak nowe życiowe doświadczenia Rottenberg odbiera przez pryzmat tego, co już przeżyła. To też nie jest dziennik z Berlina – powstał w ramach pobytu stypendialnego, ale w przeciwieństwie do tego typu publikacji dynamicznie obrazuje ruch autorki. Ustawiczne przemieszczanie się, najczęściej między Berlinem a Warszawą. Ale otrzymujemy także refleksje z zagranicznych podróży. Między innymi z Izraela, który tak bardzo szanuje sztukę i oddaje jej należne znaczenie. Berlińska depresja” to przecież opowieść kogoś, kto ze sztuką związał całe swoje życie. Rottenberg będzie zatem poruszać kwestie estetyki czy etyki w stałym powiązaniu ze swoimi zainteresowaniami twórczymi. Da nam jednak obraz różnorodności, która składa się na specyficzny rytm jej funkcjonowania. Stale aktywnego, choć przecież sama pisze, że jej życie toczy się już „po łuku w dół”, że to powinien być czas raczej podsumowań niż nowych odkryć. Okazuje się jednak, że autorka dynamizuje nie tylko swoje zapiski. Jest w wiecznym ruchu, towarzyszy jej swoista niespokojność także w obserwacji otaczającej przyrody. Jest wyrazicielką siebie w wielu znaczeniach. W tej narracji znajdziemy otwartość, dociekliwość, wieczną ciekawość świata, ale przede wszystkim coś, co ma służyć samej Rottenberg. „Berlińska depresja” to bowiem książka o tym, jak udaje się znaleźć potrzebny dystans, by nie być cynicznym. Także o patrzeniu na funkcjonowanie Polski, Europy i świata w historycznych kontekstach, w przypominaniu sobie o Historii wielu nieznanej albo przez nich wypartej.

To książka o tożsamości kobiety, artystki, historyczki sztuki, uważnej krytyczki, oddanej przyjaciółki i osoby wciąż na nowo przyglądającej się sobie z różnych perspektyw. Sporo tutaj autotematycznych rozważań o języku. Także języku artysty, muszącym mieć przecież określony kształt i służyć konkretnym funkcjom. Rottenberg proponuje nam tutaj coś, co Mircea Cărtărescu nazwał „notacją wolnej myśli”. Bo będzie to przecież książka o wewnętrznej wolności, o umiejętności zatrzymania jej w sobie, o silnym kręgosłupie moralnym i zachłanności wolnego życia w każdym jego przejawie. Rozważania poważniejsze, bardziej przygnębiające czy wręcz rzeczywiście depresyjne idą tutaj w parze z czułością i empatią w portretowaniu ludzi bliskich Andzie Rottenberg. Tych, na których może liczyć, odwiedzać ich i spędzać z nimi czas, ale także tych, którzy odeszli. Ten dziennik nie będzie sumą utrat, lecz bilansem zysków – w każdej relacji, każdej podróży, ale także w momentach, w których należało wypowiadać się o istocie sztuki w niewygodnych kontekstach czy sytuacjach.

Mam wrażenie, że zasygnalizowana w tytule depresyjność jest pewną zwodniczą grą z czytelnikiem, albowiem mnogość działań i przemyśleń wyraźnie podkreśla, że autorka jest wciąż w głównym nurcie, wciąż zadziwiana i zaskakiwana, modyfikująca poglądy oraz przemyślenia. To żywa tkanka wchłaniająca w siebie coraz więcej, a może wyjątkowo kompulsywnie dużo ze świadomością jesieni życia. Rottenberg jest więc pozornie pełna witalizmu. Depresyjność ujawnia się wówczas, gdy pisze o aktualnej sytuacji Polski oraz o tym, co zmieniło się w świecie sztuki, co zahamowało jego rozwój i co wyznaczyło jakieś nowe, niezrozumiałe dla autorki tendencje. W tym znaczeniu moc przygnębienia rzeczywiście może stopować swoiste życiowe ADHD Rottenberg.

Dowiemy się, dlaczego woli być anonimowa w Berlinie niż rozpoznawalna w Warszawie, a także poznamy specyfikę w odbiorze obu miast. Inne przestrzenie i inne refleksje – tak można strywializować to, co odczytamy w tych zapiskach pełnych zdumienia, zaskoczenia, wątpliwości i oczywistych pytań o kształt naszej przyszłości. Polskiej, europejskiej, ale nie tylko. Anda Rottenberg daje się zaskoczyć stereotypom, gdy diagnozuje na przykład elektorat rządzącej partii. Jest jednak dużo bardziej twórcza i tym samym groźna, kiedy obsesyjnie wręcz wraca do historycznych uwarunkowań relacji władzy i społeczeństwa, pokazując zagrożenia, jakie czyhają na nas w kraju, w którym ponoć jako jedynym kelnerzy potrafią publicznie wyrazić swoje uprzedzenie do klienta. Jednak nie tylko o uprzedzenia chodzi. Autorka portretuje coraz bardziej widoczną polaryzację społeczeństwa, ale dostrzega także zagrożenia atomizacji. Jest mroczna w swoich przewidywaniach tego, co nas czeka. A jednocześnie świadoma wszelkich mechanizmów, dlatego europejska i polska rewolucja jawią się nadzwyczaj groźnie. Rottenberg przestrzega i punktuje. Jednak unika dydaktycznego tonu, kiedy portretuje, co niosą w sobie nowe demokracje i co może stać za podziałami wyzwalającymi ksenofobię i agresję.

Póki może, jeździ po Europie bez granic. Węgry, Francja, Szwajcaria. Punkty podróży i zapiski dotyczące sposobów odbierania rzeczywistości przez pryzmat tego, co dla danych krajów tak charakterystyczne. W umyśle Rottenberg, który jest wyjątkowo otwarty nie dlatego, że widzi tak wiele różnorodności, ale przede wszystkim z racji doświadczeń. Autorka nie dowierza, że może być świadkiem tego, co już miało miejsce, już zostało zdefiniowane, oznaczone jako minione i gotowe do uznania za niepowtarzalne. Jesteśmy powtarzalni w swej bezradności i głupocie zupełnie tak samo jak przyroda, której rozkwitom i snom Rottenberg przygląda się w zapiskach z lat 2015-2016. Radykalizacja ludzkiego świata powoduje, że przez chwilę można pomyśleć, iż żywot słyszanego o poranku słowika jest bardziej sensowny niż życie ludzkie.

To też książka, w której autorka wraca do Holokaustu, duma nad znaczeniem religii, wspomina o aktualności Brechta i utyskuje na trudność nauki języka niemieckiego. Nie ma tu głębszych diagnoz, ale są bardzo intensywne przeżycia. Także przemyślenia – wciąż z perspektywy człowieka w służbie sztuki. Ale Rottenberg daje się poznać także jako kobieta z dużym poczuciem humoru oraz dystansem do najmroczniejszej nawet rzeczy, która potrafi spędzić jej sen z powiek. „Berlińska depresja” to kalejdoskop zdarzeń, lecz tylko pozornie książka wielości tematów oraz przemyśleń. Pojawiają się w niej troska oraz lęk. Poczucie pewnej przegranej i chęć uczenia się wciąż na nowo. Zrozumienie dla błędów świata i człowieka, ale też uważność w ich punktowaniu. Miejsca i ciekawe asocjacje. Czyta się z wytężoną uwagą i daje to poczucie bycia gdzieś blisko. Jest intymnie, kameralnie, także z wyraźnie zaznaczonym dystansem. Wartościowa rzecz. Ważna w dzisiejszych czasach, które inteligentnie komentuje.

Brak komentarzy: