
„Performerka” może uśpić czujność, albowiem zaczyna się dość czytelnie i jasno. Lauren Hartke je śniadanie ze swym mężem Reyem i rozmawia z nim. Ta introdukcja buduje jednak duże napięcie, albowiem trudno jest określić wzajemne relacje Lauren i Reya oraz to, do czego zmierza ta scena. Zaraz po niej dowiadujemy się, iż Rey Robles popełnił samobójstwo, a Lauren przybywa do pewnego domu, w którym próbuje zrozumieć zarówno motywy śmierci męża, jak i swoje własne przeżycia, które ta śmierć wywołała. DeLillo szybko wskazuje, że odejście Reya było między innymi przejawem jego autodestrukcji. Wydaje się, iż jest ona bliska także samej Lauren, ale bohaterka niszczy siebie, aby budować; przekracza własne granice pojmowania rzeczywistości, by wiernie ją odwzorować. Robi to wszystko nie tylko dlatego, że śmierć Reya uruchomiła pewne niepokojące mechanizmy w niej samej. Sytuując się gdzieś poza upływem czasu i poza sferą własnych przeżyć, próbuje je zakwestionować. Jej zachowania są formą ucieczki. Jednocześnie Lauren odgrywa niepokojący spektakl, w którym odnajdziemy ludzi, myśli i uczucia, z jakimi kobieta musi się zmierzyć.
Bardzo ciekawa jest także sprawa kwestionowania języka, który ma wyrazić to, co minęło i to, co w związku z utratą się przeżywa. Autor wprowadza do opowieści symboliczną postać Pana Tuttle. Mężczyzna wypowiada się pozornie niezrozumiale; jego słowa nie poddają się ani regułom składni, ani stylistyki. Pan Tuttle wyraża pragnienia, ale trudno jednoznacznie orzec, czy są to pragnienia Reya, którego cieniem wydaje się mężczyzna. Ta postać doskonale odzwierciedla niepokoje Lauren i jest kimś, wobec kogo bohaterka ma ambiwalentne uczucia. Chce się nim zaopiekować, a z drugiej uważa za dziwaka, którego miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym. Ostatecznie Pan Tuttle odgrywa tak samo niejednoznaczną rolę w tej powieści jak Lauren i jej przeżywanie samej siebie.
„Performerka” budzi niepokój i wyzwala wiele dość sprzecznych uczuć podczas lektury. Ta opowieść ma w sobie siłę, albowiem nie pozwala ogarnąć się w całości. Tak jak nie ogarniamy czasu oraz naszych najgłębszych pragnień, tak samo nie pojmiemy, co tak naprawdę dzieje się w życiu oraz w duszy Lauren i czy samobójcza śmierć męża nie jest przypadkiem pretekstem do ukazania lęku przed nieodwracalnym. Jest bowiem książka DeLillo świadectwem tego, iż nie można odwrócić biegu zdarzeń. Tak jak nie da się wyrazić słowami własnych lęków i niepewności.
Spektakl, jaki odgrywa przed nami DeLillo, jest nie tylko specyficzną formą wyrażania niepokoju. To siła oddziaływania Lauren, ale przede wszystkim sztuka pisania. Takiego, które stwarza niepowtarzalne przedstawienie. Performance.
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2009
5 komentarzy:
brzmi intrygująco
Niepokój, intryga, zaskoczenie - to jest to "co tygryski lubią najbardziej". Zwłaszcza te czytelnicze.
Dopisuję do już pokaźnej listy kolejkowej :)
Pozdrawiam serdecznie.
Polecam, jeśli jeszcze nie czytałeś, inną powieść DeLillo a mianowicie "Spadając". Garść moich refleksji tutaj:
http://strona105.blogspot.com/2008/11/spadajc-don-delillo.html
W "Spadając" budowanie poprzez burzenie też się pojawia, tak samo jak i kwestia języka, mającego określać otaczająca nas rzeczywistość.
Na półce mam jeszcze "Podziemia" i "Psa łańcuchowego". Pewnie zacznę od tego drugiego, bo... cieńszy ;)
Miałem zacząć czytanie DeLillo od "Spadając", ale wyszło inaczej. Widzę, że performance w różnych formach to cecha tego autora.
Przeczytałam tę książkę dzięki Twojej recenzji. Jest ciekawa, przypomina mi wiek żelaza Coetzeego, zwłaszcza ten motyw współlokatora. Zaskakująca w tym sensie jest performancem... pierwsze strony zapowiadają zupełnie inną książkę, a potem dzieje się coś, śmierc, spotkania, wiadomości, wszystko obok, performance życia. Ciekawa książka.
Prześlij komentarz