Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-05-08

"Rówieśniczki" Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 22 kwietnia 2014

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kobiety na rozdrożach

Ponoć dawna przyjaźń jest jak stara miłość i nie warto do niej wracać. Takie przekonanie żywi Zofia, jedna z trzech kobiet, które przed laty połączyła silna zależność, by potem odbić się im czkawką, niosąc resentymenty oraz powrót ukrytych złych emocji, tak skrzętnie ukrywanych, tak silnie kamuflowanych. Co się takiego wydarzyło, że trzy przyjaciółki z młodości, będąc już po czterdziestce, jadą szwedzką drogą w samochodzie, który ulega wypadkowi? Katarzyna Tubylewicz nie rozpoczyna swojej powieści spektakularnie. Co więcej, już od początku potrafi uśpić naszą czujność. Mamy bowiem wrażenie, iż oto rozpoczyna się fabuła, jakich wiele i opowieść, której tok można przewidzieć. "Rówieśniczki" to jednak powieść-zagadka, bo można ją odczytywać na kilka sposobów, ale przede wszystkim na wiele sposobów rozumieć. Chociaż operuje stereotypami i do stereotypowych sądów się odnosi, zabieg ten jest przede wszystkim ironiczny, a w swej hiperbolizacji nad wyraz czytelny. Bo Tubylewicz - jak Majgul Axelsson, którą autorka tłumaczyła i której świetna chłodna stylistyka pisania o emocjonalnych burzach bardzo jest w tej książce widoczna - chce pokazać liczne pęknięcia w ludzkich relacjach, każe wpatrywać się w te pęknięcia i niczego nie czyni jednoznacznym, a wszystko takim się wydające nie jest czytelnym tropem.

"W dziewczyńskiej przyjaźni trójka to nie jest dobra liczba. Trójka oznacza, że trzeba zachować czujność i bronić własnej pozycji, bo któraś zawsze wyląduje poza orbitą. Dlatego nigdy nie opuszczała ich podskórna rywalizacja. Nigdy od niej nie odpoczywały". Sabina zawsze decydowała za przyjaciółki. Dominowała, wzbudzała strach, była nieprzewidywalna i w swej nieprzewidywalności fascynująca. Teraz jest mistrzynią kamuflażu, jej emocji nikt nie jest w stanie rozszyfrować. Odrzucana przez matkę, narzucająca poglądy koleżankom, dzisiaj jest zgorzkniałą, ale i żarliwą katoliczką; jak na katoliczkę przystało sumiennie obdarowuje otoczenie jadem, zawiścią i nienawiścią. Sabina narzucała szkolnej trójce swój punkt widzenia i swoje działanie. Pozostałe były w cieniu. Zofia miała wszystko rozumieć. Pojmować niepojęte i akceptować to, do czego nie była przekonana. Jej późniejsza droga życiowa była drogą kompromisów. Zofia to taka dużo bardziej świadoma Przystupa Grażyny Plebanek. Wmawia sobie, że ma być silna i opanowana. Chce się wtopić w Szwecję ze swoim nowym życiorysem. Wykluczana przez córki obecnego partnera, buduje nową tożsamość, nie zgadzając się na stereotypowe traktowanie polskiej emigrantki zarobkowej. Stale walczy, w przeciwieństwie do Joanny, także przebywającej w Szwecji. Joanna w młodości miała się podporządkowywać. Temu, co narzucała Sabina i temu, co próbowała zrozumieć Zofia. Dzisiaj w porywie niedojrzałości romansuje z egzotycznym kochankiem, a na co dzień jako żona dyplomaty stanowi elegancki dodatek do wysokiego stanowiska męża - prostackiego karierowicza.

Dziewczyny stały się kobietami, a ich życia - pokłosiem wyborów, które nie zawsze zgodne były z ich wewnętrznym przekonaniem. Sabina nadal jest silna i dominująca. Stworzyła rodzinę, której rysy maskuje chyba sama przed sobą, uciekając w żarliwe modlitwy i ostoję pewności wiary katolickiej. Zofia wie, że wygrała sporo i że życie to bezustanny bój o lepsze jutro. Nie pojmuje, jak jej zadowolony z tego życia i szczęśliwy w prostocie szwedzki partner, może być tak naiwny w wierze, iż ludzka egzystencja jest z założenia lekka i wygodna. Joanna stała się marionetką w rękach losu. Nie oczekuje od niego już chyba żadnych zmian. Nie wierzy w szczęście, jakie mogłoby przynieść macierzyństwo. Nie może spoglądać bez odrazy na męża, który dąży jedynie do kolejnego awansu. Sabina wciąż jest wyniosła, Zofia skonfliktowana sama ze sobą, Joanna beznadziejnie bierna i równie beznadziejnie smutna sama ze sobą.

Co przynosi przyszłość? Ona modyfikuje nieco postawy życiowe dawnych przyjaciółek. Ta, która o to nie zabiegała, ma bowiem silną i niezachwianą pozycję, którą gardzi. Sabina nieoczekiwanie swą pozycję traci, ale nie traci rezonu i nadal jest w stanie niesprawiedliwość losu tłumaczyć  w swej dulszczyźnie okrutnej i teraz - wieki po Zapolskiej - mało zabawnej. Zofia wciąż walczy o jakąkolwiek pozycję - przybranej matki, kochanki, partnerki czy obywatelki Szwecji.

Tak, Szwecja to wyraźne socjologiczne tło tej skomplikowanej powieści o relacjach, które nadal spalają się w ogniu emocji, o jakich kobiety Tubylewicz chciałyby zapomnieć. Szwecja nie jest ani egalitarna, ani socjaldemokratyczna, ani krystalicznie doskonała w swej politycznej poprawności, bo nie było zamiarem autorki gloryfikowanie państwa, które dla wielu jest swoistym rajem, a który toczą wirusy międzyludzkich kalekich relacji w równym stopniu, co choćby Polskę, gdzie o negatywnych emocjach opowiada się na prawo i lewo. Dostaje się polskiej zaściankowości, ksenofobii i wszelakim ograniczeniom, ale Katarzyna Tubylewicz pokazuje także, iż jej bohaterki - oraz świetnie sportretowani bohaterowie drugiego planu! - wikłają się w sieć toksycznych zależności tam, gdzie zła, okrucieństwa i ludzkiej podłości ma być rzekomo mniej, dużo mniej.

"Rówieśniczki" operują czytelnymi kontrastami, ale świat przedstawiony nie jest przecież czarno-biały. Wikłamy się wraz z bohaterkami książki nie tyle w ich mroczną przeszłość, co w stany, do jakich doprowadziły same siebie, kierując się takimi, a nie innymi wyborami życiowymi. Żadnej z trzech kobiet Tubylewicz nie można bezwarunkowo polubić. Żadnej też nie można do końca współczuć. I chociaż doskonały rys psychologiczny Sabiny wybija się na pierwszy plan kosztem lekkiej papierowości dwóch pozostałych bohaterek, ani jedna z postaci tej książki nie pozostawia nas w obojętności. "Rówieśniczki" traktują o przerażającym rozziewie między sferą pragnień a rzeczywistością modyfikującą pragnienia. To książka o poszukiwaniu szczęścia i dramacie niespełnienia, bo niemożności zdefiniowania, czym szczęście jest naprawdę. O przesyconych gorzkimi wspomnieniami biografiach trzech okaleczonych kobiet, z których każda samodzielnie zadawała sobie rana po ranie.

Katarzyna Tubylewicz to pisarka wnosząca do literatury nowy rodzaj niepokoju. Odrobinę w stylu Margaret Atwood, choć więcej tutaj dwuznaczności Alice Munro. Nie martwimy się jedynie o to, dlaczego jej bohaterki stają przed takimi, a nie innymi problemami. Ich problemy każą zastanowić się nad tym, jak wiele przewrotności jest w ludzkim losie, jak wiele tkwi w nas niewiedzy o nas samych. To także polsko-szwedzka rozprawa ze stereotypami i gorzka pigułka dla wszystkich tych, którzy uznają tę narrację za nieznośną przede wszystkim przez jej przejaskrawienia. Takich książek - ugniatających gdzieś mocno, niespokojnych i złośliwie wieloznacznych - trzeba nam dzisiaj więcej. Bo dobrą literaturę obyczajową przeżywa się na kilka sposobów. "Rówieśniczki" dadzą szansę ich poznania.

2 komentarze:

Remigiusz Grzela pisze...

Zgadzam się z każdym zdaniem. Bardzo wnikliwa recenzja pokazując nie tyle bohaterki, co tło społeczne. To ważna książka.

BJ pisze...

Od kilku tygodni na portalach, blogach literackich (i nie tylko) z uporem maniaka pojawia się tytuł „Rówieśniczki”. O książce napisali m.in. Agnieszka Graff, Remigiusz Grzela i Jarosław Czechowicz. Aż trudno uwierzyć, że wyraziliście Państwo tak pozytywne opinie na temat tej bardzo średniej powieści. Książek pokroju „Rówieśniczek” nie brakuje na polskim rynku i - jak słusznie zauważyła Bernadetta Darska z portalu książki.onet.pl - powieści Katarzyny Tubylewicz daleko do tytułów Grażyny Plebanek, nie wspominając już o Margaret Atwood czy Joyce Carol Oates, od których dzielą ją lata świetlne (http://bernadettadarska.blog.onet.pl/2014/04/25/siostrzenstwo-przereklamowane-k-tubylewicz-rowiesniczki/). Warto przypomnieć, że w styczniu w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej ukazał się (skądinąd intrygujący) manifest, którego autorzy bronili tzw. literatury środka, w tym książek Małgorzaty Kalicińskiej. Jedną z jego autorek była Katarzyna Tubylewicz (http://wyborcza.pl/magazyn/1,135761,15249022,Alice_Munro_nie_mialaby_u_nas_szans.html). Ciekawa jestem, czy panie zdążyły się już poznać, bo choć nie są w tym samym wieku, z pewnością znalazłyby wspólny język (biorąc pod uwagę podobny sposób budowania fabuły, przewidywalność zachowań bohaterów, schematyczność oraz kiczowatą symbolikę). Autorki łączy także opanowana do perfekcji umiejętność reklamowania swojego dorobku. Może zatem - zamiast kolejnych powieści - powinny wspólnie napisać poradnik pt.: „Jak skutecznie wypromować kiepską książkę”. BJ
Barbara Janowska, literaturoznawczyni
Warszawa, 11.05.2014