Wydawca: Wydawnictwo Pauza
Data wydania: 29 kwietnia 2026
Liczba stron: 240
Przekład: Karolina Drozdowska
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 49,90 zł
Tytuł recenzji: Bycie w rolach
Czy zdarzyło wam się w bezsilności kupić dziecku zabawkę, z powodu braku której wrzeszczało ono na pół sklepu? Czy zrobiliście to dla świętego spokoju, by nie zwracać na siebie uwagi? Czy przez co najmniej kilkanaście lat mówiliście swojemu dziecku, co ma robić, a czasem myśleć, nawet przez chwilę nie pomyślawszy o tym, że miałoby ono dla was jakąś informację zwrotną dotyczącą tego nakazu? Czy w pewnym momencie wasze dziecko przestało utrzymywać z wami kontakt, bynajmniej nie z powodu tego, że samo się z kimś związało albo w związku z tym pojawili się jego potomkowie? Czy w ogóle kiedykolwiek naprawdę zastanawialiście się, gdzie przebiega granica między tym, co dziecku jest nakazywane, a tym, w jaki sposób ono ten nakaz wewnętrznie kontestuje? Bo Nina Lykke wzięła się właśnie za rozpatrywanie tych zagadnień w swej najnowszej powieści „Gdzie są dorośli?”, która opowiada nie tylko o wspomnianej granicy, lecz również jej zacieraniu lub przesuwaniu. Niedostrzegalnym, lecz sukcesywnym. To powieść o tym, jak bywa to niebezpieczne i co się dzieje w relacji rodzica z dzieckiem, kiedy najpierw pierwsze nie chce się wsłuchać w drugie, a potem drugie stosuje tendencje ucieczkowe, by nie wysłuchiwać pretensji albo zapytań.
Rewelacyjna „Nie jesteśmy tu dla przyjemności”, jedna z poprzednich książek autorki, dawała mi nadzieję na nietuzinkowe poczucie humoru i całkowity relaks podczas lektury. W tamtej książce autorzy, skonfliktowani ze sobą w świecie wydawniczym, byli właśnie jak dzieci w jednej piaskownicy, które kłóciły się o wiaderka czy grabki. A takie kłótnie bywają pokłosiem tego, że nie można się pokłócić z rodzicem. Ba! Nie można wyrazić własnego zdania, bo może to zostać uznane za niepisaną niesubordynację, gdyż relacja rodzica z dzieckiem ma w sobie coś z wojskowego drylu, w którym wyraźnie zarysowana jest rola zarządzającego i tego, którym się zarządza. Mającego wykonywać rozkazy albo polecenia bez dyskusji, bez słowa sprzeciwu. Tyle że ten sprzeciw narasta. Przeradza się w złość, w bunt. Dojrzewa. I im bardziej jesteśmy dorośli, tym więcej może być w nas rozgoryczenia, które wynosimy z dzieciństwa. Dlatego ta powieść nie bawi tak znakomicie jak wspomniana wyżej. To raczej przygnębiający i wielowymiarowy obraz relacji z najbliższą osobą, gdzie wcześniej czy później może pojawić się przemoc. Nawet jeśli ofierze tej przemocy serwuje się wspaniałe i dostatnie życie, w którym wolno jej wszystko. A ta swoboda przeradza się potem w mentalną niewolę. Taką mentalną niewolnicą na kilku frontach jest tutaj Ida, główna bohaterka „Gdzie są dorośli?”.
Poznajemy ją podczas zimnego marca, kiedy zmierza na grób swojej matki, by zapalić świecę, której by nie zapaliła bez czyjejś pomocy. Właściwie nie jest to zmierzanie w konkretne miejsce mentalnego spotkania, bo matka jest z Idą przez cały czas. Szepcze jej do ucha, przygniata do ziemi, każe pamiętać zdarzenia nieprzyjemne i szorstkie, jest też swoistym alter ego Idy. Symboliczne jest to, że bohaterka nie kupuje nowych ubrań, bo nosi te po matce. Tkwią w niej również matczyne stygmaty. Palące ślady, od których nie można się uwolnić. I poczucie winy, jakby to Ida była odpowiedzialna za pogarszający się stan zdrowia swojej rodzicielki i jej śmierć.
Teraz sama jest matką i mierzy się ze specyficznym rodzajem śmierci. Jej dzieci żyją i mają się całkiem dobrze, ale Ida nie ma z nimi kontaktu. Wymieniane przez telefon uprzejmości i półsłówka nie są właściwą formą kontaktu. I mamy tu pewien kontrast: symboliczne zawłaszczenie dziecka przez zmarłą już matkę, która usiłowała kształtować córkę na swoje podobieństwo, oraz dzieci tej córki zdecydowane na odsunięcie się od matki, by nie powtarzać schematu zawłaszczania i deformacji osobowości. Bo rodzic nie powinien niczego narzucać swojemu dziecku, gdyż wyjdzie na tym bardzo źle. Tutaj źle ma się nie tylko Ida, choć reszta ludzi z jej otoczenia zdaje się trzymać gardę i udawać, że wszystko jest w porządku. Poza synem, który przez lata unikał matki, a teraz nagle odzywa się z prośbą o kontakt.
Nina Lykke opowiada o Norwegii, kraju równowagi, w którym wciąż na nowo pojawiają się nierówności mentalne i emocjonalne, a rodzice stają się przemocowi nawet wtedy, gdy kochają swoje dzieci ponad życie. „Czemu wszyscy mieszkamy sami?” – krzyczy Ida, z płaczem porządkując rzeczy po swojej matce. No właśnie, co się przydarzyło jej rodzinie? A może co zdarzyło się wewnątrz niej? Ida jest już w takim wieku, że wolno jej na wszystko narzekać, a zwłaszcza na rozwydrzone dzieci. Ale jej dzieci nigdy takie miały nie być, gdy tymczasem nieobecność boli bardziej niż najbardziej dzikie i szalone formy bycia obok, które czasem potrafią doprowadzić do furii. To, co nazywane jest rodziną, w powieści Lykke jakby się rozpłynęło. Główna bohaterka po dwóch rozwodach nie myśli już o kolejnym związku. Nie stawia na zaspokajanie swoich potrzeb, chce to robić w stosunku do dorosłych już dzieci. I robi, tylko że po raz kolejny przemocowo, niekiedy powielając schematy stosowane przez tę, która nigdy nie odeszła, bo wiecznie tkwi w jej głowie.
Emocjonalny klincz, gorycz i poczucie zbędności – to wszystko Lykke pokazuje tutaj śmiertelnie poważnie, ale jej powieść nie jest pozbawiona humoru. Nie mam na myśli takich scen jak ta z lekarzem Irakijczykiem czy tłumaczeniem matce, że fachowcy naprawiają nie jej kominek. Myślę o lekkości pióra autorki, która największe dramaty potrafi przekształcić w komediodramat. Jednocześnie jest tu bardzo skupiona na niezwykle poważnej tematyce: układzie ról między dorosłymi i dziećmi, a także na tym, kto ma emocjonalne prawo do wyrażania tego, co myśli, i czy wolno mu wdzierać się w myśli drugiej osoby tylko dlatego, że to własne dziecko. „Coś tu jest nie tak” – szepcze Ida mężowi, gdy ten nim jeszcze jest. Owszem. Ale zagadka uwikłania się w trudne relacje należy do czytelnika, Lykke je tylko prezentuje, punktując jedynie, że każdy z przedstawionych dramatów rozgrywa się etap po etapie. Paradoksy i złożoności ludzkich relacji dostrzeżemy także w relacjach z sesji terapeutycznych, bo Ida – o ironio! – jest psychoterapeutką. Największym wyzwaniem będzie dla niej dotarcie do własnego syna i oczyszczająca rozmowa z nim. A może są już kwestie, o których nie można lub nie warto mówić? Sprawy związane z tym, że jako rodzic nie spełniliśmy się tak wspaniale, jak o sobie myślimy? I co w ogóle myślimy, wychowując swoje dziecko, pokazując i objaśniając mu świat? Nie jesteśmy przy tym czasem zaborczymi złodziejami dziecięcej wrażliwości i chęci spojrzenia na przedstawiany świat inaczej?
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz