Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-10-17

"Proszę mnie nie budzić" Wojciech Kuczok

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 14 września 2016

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Sennie

Nowa książka Wojciecha Kuczoka to taki produkt uboczny zapełniający pustkę po wydaniu poprzedniej narracji, która to pustka nieznośnie się przedłuża i koniecznie trzeba dać znać wszem wobec, że nadal jest się sprawnym pisarzem. Kuczok jest nim w istocie, ale „Proszę mnie nie budzić” sprawia wrażenie publikacji wymuszonej. Właściwie można za nią winić żonę autora, Agatę Passent. To ona namówiła go do tego, żeby spisywał sny, więc robił to sumiennie przez kilkanaście miesięcy, pokazując nam, że jest to sztuka. Surrealizm i groteska nabierają literackich kształtów, śniące się obrazy są bardzo czytelne. Jest w tym wszystkim jako taki sens i ciekawy przebieg akcji. Przy niektórych opisach można się pośmiać, niektóre mogą lekko żenować. Całość przypomina produkt grupy znajomych, albowiem kwieciste rekomendacje napisali na okładce ci, których Kuczok śni – Janusz Rudnicki i Hanna Bakuła. Znanych postaci ze świata literackiego i okołoliterackiego jest w tych narracjach wiele. Kuczok zgrabnie bawi się sennymi konceptami, proponując nam opowieść o swoich lękach, nieprzepracowanych traumach, o radosnych doświadczeniach i o prozie życie zamienionej tutaj na oniryczną rzeczywistość, w której skryte są przemyślenia dotyczące tego, jak wygląda otaczający autora świat oraz jak widzi on w nim swoje miejsce.

„Proszę mnie nie budzić” nie jest książką potrzebną. Nie jest czymś, co można nazwać wydarzeniem literackim, i zdecydowanie odstaje od twórczości Wojciecha Kuczoka pisanej serio oraz z odpowiednim zaangażowaniem. I proszę mnie nie posądzać o brak poczucia humoru, bo lubię książki zabawne, ale celowe. Autor „Gnoju” dzieli swoje opisy na dwie kategorie. Dużo zabawniejsze są narracje z grupy tragedii niż te osadzone w etykiecie komediowej. Czyta się to wszystko bardzo szybko, równie szybko zapomina. Nagromadzenie absurdów czyni z tych zapisów rzeczy wręcz nieznośne, które nie znajdują miejsca w świadomości czytelniczej i mogą być zapominane już w momencie przeczytania ostatniego zdania. To chyba tak jak z rzeczywistymi snami. Przy tej książce można, niestety, usnąć. Można też zastanawiać się nad tym, co jest tak boleśnie polskiego, co uwiera Wojciecha Kuczoka, co stanowi o jego śląskiej tożsamości, oraz rozmyślać nad tym, czy słuchanie się żony zawsze popłaca.

Czytać to można zdecydowanie na leżąco. Mała drzemka podczas lektury także może mieć miejsce. Wędrujemy przez światy, w których ironicznie i w krzywym zwierciadle odbija się rzeczywistość. Między innymi stygmaty katolickiego wychowania w opowieści o psie, który zżera hostię, i pobycie w Watykanie. Wyraźnie opresyjna wydaje się przestrzeń kościoła tak w ogóle. Inne sny koncentrują się na tym, co buduje pasje i zainteresowania pisarza. Będzie trochę o górach, między innymi o targach książki organizowanych w Tatrach. Będzie o jaskiniach. O palącym problemie biegunki, który pojawia się w ciasnej przestrzeni groty skalnej. Będzie o meczach piłkarskich, które zamieniają się w coś zupełnie szalonego. I będzie także o samym Śląsku obecnym w tych snach w kilku możliwych wymiarach. Także lingwistycznym, albowiem opowiadanie o alkoholu można snuć jedynie w gwarze.

Poza wspomnianymi już osobami, które uraczyły autora dobrym słowem na okładce, mamy w sennych opowieściach również Agnieszkę Drotkiewicz w szpitalu psychiatrycznym czy Dariusza Nowackiego krytykującego pisarskie lansiarstwo. Czy „Proszę mnie nie budzić” nie jest przypadkiem świadomym aktem lansu? Podejrzewam, że autor i jego żona dobrze się bawili, gdy powstawały kolejne narracje do niej, ale czy gwarantuje to także dobrą zabawę czytelnika? Możliwe, choć niekonieczne. Poetyka senna ma to do siebie, że zwykle bawi albo przeraża. Nawet to, co Kuczoka przeraziło w jego snach, podane jest nam w dowcipnej, slapstickowej konwencji. To nie tylko dowód poczucia humoru i dystansu do samego siebie. To także, niestety, dowód na to, że sprawny warsztat pisarski pozwala na napisanie jakiekolwiek książki, o czymkolwiek, bez zasadniczego kontekstu i bez większego namysłu nad celowością projektu. Nie wiem dlaczego, ale przypomina mi to dokonanie wspomnieniowe Huberta Klimki-Dobrzanieckiego „Zostawić Islandię”, które – jak nowa rzecz Kuczoka – sprawia wrażenie napisania czegoś na kolanie, na zamówienie.

W sennych paranojach odbiją się echa rzeczywistych relacji z ludźmi. Wojciech Kuczok widzi konteksty, w jakich te relacje się nawiązują, i pokazuje ich trwałość – choć opowieści o znajomych nie są niczym trwałym, oni się pojawiają często w różnych epizodach. Zawsze – tak myślę – w jakiejś funkcji. Będą w tych zapiskach obecni Jacek Dehnel, Marek Bieńczyk czy Astrid Lindgren. Pojawią się też ludzie z wydawniczej konkurencji – Paweł Szwed czy Monika Sznajderman. Wspólnie z Kuczokiem rozsadzają świat norm, linearności, porządku i celowości. Sny obrazują specyficzne zależności od ludzi, z którymi autor z różnych powodów jest blisko albo też w związku jakiejś konkretnej zależności. Sporo w tych rojeniach opowieści o samej żonie Kuczoka. Wydaje się konkretną muzą, czynnikiem sprawczym dynamizmu tej książki. To nic, że w jednym ze snów umiera, a mąż wyrzuca jej pomnik do śmietnika. Można też uśmiercić ojca, pograć z funkcją krytyka filmowego, zarzucić sobie jako pisarzowi dyletanctwo, ale przede wszystkim opisać świat w taki sposób, by każda kolejna opowieść wynikała z życia. Bo sen to tylko ucieczka od całego skomplikowanego mechanizmu rzeczywistości. W nim można rozprawić się z powstaniem warszawskim, z politykami w różnych rolach – od pornograficznej po szefa boiska. Można opowiedzieć o niekompetencji różnych osób i instytucji, rozpędzić się i walcem przejechać przez wszystko to, czego unika się na jawie oraz czemu nie chce się przyglądać, bo straszy.

Mimo specyficznego uroku i pewnej oryginalności nowa książka Wojciecha Kuczoka jest czymś, co naprawdę przypomina sen. Nierówna, chropowata, czasami balansująca na granicy dobrego smaku, osadzona w chaosie, nieprzewidywalna. Można poczytać o tym, jak autor zwiedza Turcję na własnych zasadach, jak walczy z domowym atakiem samurajów, jak startuje do wyborów jako prawicowy kandydat. Można, ale właściwie po co? „Proszę mnie nie budzić” to książka dla zagorzałych zwolenników Kuczoka i pewnie też dla licznej grupy jego krewnych i znajomych. Wydaje mi się, że przede wszystkim dla nich.

1 komentarz:

Alannada pisze...

Łee, to raczej nie dla mnie