Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-06-30

„Na północ jedzie się, by umrzeć” Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 18 maja 2017

Liczba stron: 196

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki, poszukiwania

Trzecia wydana w Polsce książka Idy Linde jest bardzo filmową opowieścią. Nie tylko dlatego, że rozpoczyna ją spektakularna narracja o dwójce ludzi, którzy pozostawiają po sobie trupy, kontynuując szaleńczą podróż, podczas której chcą wyrwać z siebie tę intensywność istnienia, jakiej odmawiali sobie wcześniej z różnych powodów. Linde pokazuje, że każde życiowe zdarzenie zazębia się w biografiach wszystkich ludzi, którzy w nim uczestniczą. Stąd też panoramiczna perspektywa, późniejsze opowiadanie o losach wszystkich pośrednio lub bezpośrednio związanych z wydarzeniami otwierającymi książkę. Zdaje się, że tym razem będzie to coś innego, ale autorka konsekwentnie wraca do znanej nam poetyckiej stylistyki. Opowiada o ludziach, których łączy niecierpliwe oczekiwanie na zmianę. Takich, którzy boją się tych spodziewanych zmian, lecz wiedzą, że są one konieczne. Doświadczonych śmiercią. Linde obnaża swoich bohaterów, ich słabości, troski oraz tęsknoty. Pisze w sposób sugestywny o roli pamięci i zapominania. Stawia pytania o to, czym są i jak kształtują tożsamość. Prowadzi nas przez świat, w którym więcej chciałoby się usunąć z pamięci niż jej przywrócić. Czule, pięknie, ze zdaniami osiadającymi gdzieś w umyśle na zawsze. Jak to, gdy bliskość portretowana jest frazą „zlizuje z jej skóry niepokój całego świata”.

Tak, to w dużej mierze opowieść o ludzkim niepokoju. O tym, że nigdy nie jesteśmy gotowi na śmierć bliskich ludzi, a jednocześnie zdarza się, że bardzo jej pragniemy. Przeszłość odgrywa tutaj zasadniczą rolę, ale wydobywane są z niej tylko punktowe zdarzenia. Te naznaczające potem na zawsze i uniemożliwiające wydobycie się z lęków. Bohaterowie książki boją się i nie mogą nic zrobić ze źródłem swego strachu. Są w swoistym stanie oczekiwania. Może być jeszcze gorzej? Chwiejące się fundamenty świata mogą zatrząść się bardziej? Niewątpliwie Sara i Benjamin, których historia otwiera „Na północ jedzie się, by umrzeć”, stają wspólnie wobec takiej sytuacji granicznej. On ze swym nieokiełznanym buntem i złością na świat. Ona pragnąca po raz pierwszy w życiu poczuć, że należy sama do siebie. Ruszają w krótką, acz intensywną podróż. Benjamin strzela do ludzi. Sara obserwuje. Dzika namiętność idzie w parze z wyostrzonymi zmysłami, które nie pozwalają na analizę tego, co się dzieje. Ben nie chce być cieniem, którym był zawsze. Sara chce pożegnać w sobie ten dom rodzinny, w którym wszystko zawsze było obce, do wszystkiego trzeba było się dostosować. Oboje mają swoje tajemnice. Wystarczą im fizyczna bliskość, doświadczanie adrenaliny i podróż. Ale to nie jest powieść drogi. Ida Linde chce uruchomić pewien mechanizm przypominania sobie. Bena i Sary, ale także ludzi, z którymi powiąże ich mordercza wycieczka.

Dlatego różnorodne perspektywy to zasadnicza zaleta tej książki. To nic, że może ich być zbyt wiele. Że przy niektórych historiach autorka nie ma zasadniczo nic do powiedzenia, ale potrafi mimo to zaczarować słowem. „Na północ jedzie się, by umrzeć” to niekoniecznie najlepsza z narracji Linde, ale taka, w konfrontacji z którą widzimy, czym może stać się człowiek w zderzeniu z odejściem, tym ostatecznym końcem. To opowieść pełna pytań stawianych dyskretnie i jakby obok fabuły. Nasycone emocjami bohaterów historie pochłaniają, chwilami każąc zapomnieć o tym, co je łączy. A to, co przydarzyło się Benjaminowi i Sarze, to dopiero początek. Śledząc losy jego siostry, poznamy bliżej motywacje Bena. Zamknięta w więzieniu towarzyszka niedoli Sary będzie próbowała analizować motywy jej postępowania. W gruncie rzeczy nie chodzi o to, dlaczego stało się to, co się stało, ale o fakt ujrzenia danego zdarzenia w perspektywie, na którą nas nie stać, bo jesteśmy tylko skoncentrowanymi na sobie egocentrykami. Niezdolnymi do wyjścia poza sferę własnych przeżyć, ale jednocześnie bardzo w tym sfrustrowanymi samotnikami. Każdy jest samotny, choć stara się za wszelką cenę odnaleźć drugą duszę, drugie ciało obok siebie.

Autorka „Poleciały w kosmos” po raz kolejny analizuje pęknięcia i niedomówienia w relacjach między rodzicami a ich dziećmi. Sara w swą hedonistyczną podróż z Benem zabiera wspomnienia o ojcu, który był dla niej wiecznym punktem odniesienia do wszystkiego. Wiecznym bólem i źródłem opresji. Ben wspomina swą matkę, która żyła w wiecznym przekonaniu, że każda katastrofa jest możliwa. Możliwe jest wszystko to, czego sobie nie powiemy w relacjach z naszymi rodzicami. Ida Linde portretuje, w jaki sposób budujemy mury i jak trudno je potem zburzyć. Jak bardzo dziecko chciałoby być osobną i integralną jednostką, a jak wiele bierze na swoje barki i musi nieść przez życie jako balast po rodzicach. Zależności, które w bardzo delikatny sposób portretuje szwedzka pisarka, wikłają bohaterów w nietrafione wybory albo sytuacje, w których muszą z różnych powodów milczeć, a cierpienie przeżyć gdzieś wewnątrz siebie. Bohaterowie tej książki nie zostali okaleczeni przez życie, lecz przez żywych ludzi, tych prawdopodobnie najbliższych. Przybywają do nich po jakimś czasie, po tym koniecznym czasie oddalenia. Wciąż są sobie obcy, bo nie potrafią pojąć, co wydarzyło się w przeszłości. Jak ukształtowane zostały te smutne relacje, w których nie mogą się odnaleźć.

Ida Linde pisze o niegotowości na umieranie i o śmierci jako najbardziej granicznym ludzkim doświadczeniu. Także o czułości, z której może zrodzić się miłość. O deficytach miłości, które potem toną w milczeniu. Te wszystkie historie tworzące zaskakująco spójną całość mogłyby stanowić – jak wspomniałem – materiał do świetnego scenariusza filmowego. Do filmu wielu twarzy i sytuacji, ale jednego poczucia niepewności, w którym czai się albo strach, albo też rozpaczliwy hedonizm. Ktoś szuka własnej śmierci i nagle ją odnajduje w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Ktoś od śmierci chce uciec, ale odejście kogoś z otoczenia uświadamia mu, że to niemożliwe. Ktoś komuś chciał powiedzieć coś ważnego, ale nie zdobył się na odwagę. Ktoś wykonał znaczący gest, jednak został on błędnie odczytany.

„Na północ jedzie się, by umrzeć” to historia z bardzo szwedzkim adresem. Przemierzanie przestrzeni ma wymiar symboliczny nie tylko w tym znaczeniu, że konkretne miejsca i zdarzenia osadziły się w pamięci i powodują bezradność. Że trzeba gdzieś uciekać, dokądś jechać, przemierzać te urokliwe szwedzkie pejzaże i chronić się w jakiejś malowniczej prowincji. Linde z czułością ukazuje piękno Szwecji skontrastowane z wyobcowaniem jej Szwedów związanych z danym regionem i określoną tradycją, ale wydobywających się gdzieś poza nie… by ocalić siebie. Także przed śmiercią w znaczeniu dosłownym. Benjamin zabija bez skrupułów. Towarzysząca mu Sara będąca policjantką przestaje służyć prawu, zezwala sobie na dzikość. Ta pełna ekspresji para uruchamia pewien mechanizm przypominania. Wszystko ma być formą sprzeciwu wobec chaosu końca ostatecznego. Wobec śmierci, która stygmatyzuje, czasem uwalnia, zawsze jednak zaznacza, że nie będzie innego czasu ani miejsca, by uporządkować swoje sprawy. Wewnątrz siebie.

Brak komentarzy: