Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-12-08

Rozmowa z Jarosławem Kamińskim

fot. Anna Kaczmarczyk
Zacznijmy od początku. Twojego literackiego początku, a była nim „Rozwiązła”.

O nie! Moment. Wcześniej były sztuki teatralne, poezja, a nawet… kazania!

No tak, Wielebny Kamiński! Byłeś księdzem albo zakonnikiem?

To tajemnica. Wiążą mnie śluby… Nic więcej nie mogę zdradzić.

Rozumiem. Powiedz przynajmniej coś o samych kazaniach.

Nie wygłaszałem ich na mszach. Pochodziły z magazynu muzycznego „Brum”. Teksty miały formę kazań, bo tak zwykle oceniają wymądrzanie się dorosłych młodzi ludzie. A pisałem je właśnie dla nich. O dziwo, dobrze na nie reagowali. Przynajmniej z tego, co pamiętam. Wyszły później jako książka „Jak nie dać się ogłupić”. Swoją drogą to była pierwsza e-książka sprzedawana w polskim internecie.

Wróćmy do literatury dla dorosłych. „Rozwiązłą” przeczytałem zaraz po premierze i już w styczniu uznałem za literackie wydarzenie 2012. Potem nastąpiła cisza. Niewiele oznak recepcji. Cisza po wydaniu to chyba najgorsze, co może przydarzyć się książce, nowości wydawniczej. Jak się z tym wtedy czułeś?

Pierwsza powieść to często efekt wielu lat pracy, wyrzeczeń, ale i najbardziej twórczych poszukiwań. Nic dziwnego, że każdy autor ma w związku z debiutem wielkie oczekiwania. Że książka zostanie zauważona, właściwie odczytana, doceniona.

Co oznacza…

Wiele rzeczy: nagrody, sukces komercyjny albo zainteresowanie środowiska. Byle nie ciszę! Tak samo było w moim przypadku. „Rozwiązłą” pisałem osiem lat, wyrzuciłem ponad trzysta stron tekstu, dodałem kolejne. Błądziłem, szukałem swojego stylu, swojego tematu. Ogromna robota. A gdy jeszcze robi się ją „po godzinach”, to właściwie nie ma się życia prywatnego. I naiwnie oczekuje się – w tak zwaną nagrodę – poważnego potraktowania przez czytelników i krytykę. A wcale tak nie musi się stać.


Tym bardziej byłem i nadal jestem rozczarowany tym, jak bardzo ją pominięto. A przecież ta książka była wybitna!

Niewiele powieści z tamtego okresu dotykało tajemnic rodzinnych, dogrzebywania się prawdy o nich. A jeśli nawet były takie, to skupiały się na obyczajowych historiach. „Rozwiązła”, jak mi się wydawało, wnosiła więc coś nowego, świeżego do tego typu opowieści. Być może na przeszkodzie stała też forma: długie zdania, dialogi wplecione we fragmenty opisowe… To utrudniało lekturę. Taki dziwny język wydawał mi się jednak właściwy, aby opisać doświadczenie wejścia głównej bohaterki w „rzekę historii”.

Kompozycyjnie i strukturalnie była do uniesienia. Problemem jest to, że nie uniosły jej media. Nie sądzisz, że są bardzo wybiórcze w tym, jakie książki prezentują odbiorcom? Przecież bywa tak, że o jednym tytule huczą wszyscy, a np. „Rozwiązła” nie doczekuje się omówień.

Nasze życie literackie ma charakter towarzyski. Idee się nie liczą. W gruncie rzeczy literatura też nie jest najważniejsza. Wszystko się sprowadza do ludzi. Mało kto zaryzykuje pozytywną opinię o powieści, jeśli nie zna autora albo nic nie wie o jego osadzeniu w środowisku literackim. Mówię o tradycyjnej krytyce. W blogosferze dzieje się trochę inaczej, co, przyznaję, bywa bolesne dla autorów.

Jesteś tak zwanym późnym debiutantem. Czy wiek ma znaczenie dla debiutu literackiego?

Z pewnością, napotyka się na większy opór odbiorców. Młody pisarz z natury rzeczy budzi zainteresowanie, daje nadzieję na ciekawą twórczość. Już teraz albo wkrótce. Trudniej uwierzyć, że stary pryk może mieć coś ciekawego i oryginalnego do powiedzenia. Wbrew pozorom w kulturze hula ejdżyzm. Może młodym jest ciężko w przemyśle, polityce, administracji albo medycynie, ale nie w kulturze. Po 40 – jeśli wcześniej nie zaistniałeś – istnieje duże ryzyko, że zostaniesz pominięty. A późny debiut w Polsce to nie wynik lenistwa, ale, niestety, skutek uboczny transformacji. Dla wielu z nas była jak tsunami. Czasem tsunami nieszczęść, wykluczenia i biedy, ale częściej chyba wprost przeciwnie – wygodnego życia „jak na Zachodzie”.

Trzeba było siły, aby nie dać się przytopić tej „fali szczęścia”.

I czasu, żeby się z niej wynurzyć. Właśnie dlatego tak mało jest dobrej prozy 40-50-latków. Głos tego pokolenia, po części na własne życzenie, zagubił się między reklamowym kopyrajtingiem a dziennikarską publicystyką.

Czy aby nie użalasz się nad sobą i swoim pokoleniem?

Broń Boże! Nie chodzi mi o biadolenie, ale obserwacje z „pola walki”. Dla mnie taka sytuacja była testem, czy naprawdę chcę pisać, czy pomimo tych wszystkich niedogodności, bagatelizowania, obojętności znowu usiądę do komputera i dzień w dzień będę wyciskać z siebie zdania do nowej powieści. Ten stan sprowokował mnie do zadania sobie podstawowych pytań o sens pisania, których inaczej być może w ogóle bym nie postawił.
fot. Anna Kaczmarczyk
Z tym, o czym mówisz, kojarzy mi się jeszcze jeden trend w literaturze współczesnej – młodych ludzi kreujących się na doświadczonych i dojrzałych. Tacy starzy maleńcy dopiero co po wydobyciu się ze szkoły, świeżo po studiach. Nie uważasz, że niektóre historie wymagają odpowiedniego wieku, by o nich opowiedzieć? Są takie tematy, których – z różnych powodów – nie powinni poruszać młodzi?

Nie wiem, czy mówimy o tym samym, ale… Na ogół dobrze jest zachowywać się w literaturze niczym słoń w składzie porcelany, zrzucić na podłogę parę precjozów, zahaczyć autorytety, ogólnie – zrobić dym. Z tym że każdy ryzykuje na swoje własne życzenie i konto. Jeśli nie ma się do powiedzenia czegoś formalnie nowatorskiego, mądrzej jest odczekać trochę, sprawdzić w życiu siebie i swoje wyobrażenie o świecie. Ale jestem ostatnim, który chciałby komukolwiek zakazywać tykania jakichś tematów.

Chciałbym zadać pytanie fundamentalne i może trochę podchwytliwe. „Rozwiązła” to powieść historyczna, obyczajowa czy polityczna?

Moim zamiarem było połączenie wszystkich tych elementów w jednej historii. Współczesna powieść, żeby wciąż oddziaływać na emocje czytelnika, często przełamuje schematy gatunkowe czy stylistyczne. Powstają więc opowieści hybrydowe. Łączą gatunki, tematy i elementy, zdawałoby się, niepasujące do siebie albo wręcz gryzące się ze sobą. To wytrąca czytelnika z przyzwyczajeń. Zaburza jego oczekiwania.
Drugi powód tego pomieszania związany jest z tym, że „Rozwiązła” to powieść o wejściu w Historię. Bohaterka przechodzi drogę od życia powierzchownego, naskórkowego, skupionego na sobie hedonizmu do odkrycia, że pod stopami ma groźny i fascynujący zarazem żywioł. Żeby zrealizować tę ideę, nie mogłem uciec ani od wątków obyczajowych, ani historycznych, ani tych typowych dla powieści politycznej. To wszystko przecież składa się na rozumienie, czym jest historia. Z punktu widzenia warsztatu pisarskiego ważne było, aby nie zatracić proporcji składników. Doprowadziłoby to do chaosu.

Zofia boi się prawdy, a musi sięgnąć w przeszłość i ją poznać, by uznać życie za pełnoprawne. Mamy moralny obowiązek znać historie naszych rodziców czy dziadków?

Dla moich bohaterek, bo rzecz dotyczy również „Tylko Loli” (a do pewnego stopnia i „Wiwarium”), to nie kwestia obowiązku, tylko konieczności. Kobiety są zaskakiwane przez prawdę o przeszłości rodzinnej. Nikt nie pyta ich o zgodę na zajęcie się tym tematem. Prawda o przeszłości jest ich wrogiem, atakuje bezlitośnie, chce zrujnować ich dotychczasowe życie i święty spokój, które się z tym wiążą.

Zatem muszą dążyć do prawdy, żeby rozpoznać przeciwnika, który chce im zaszkodzić?

Tak. Ale w przypadku Zofii dochodzi jeszcze inny element, bardzo, jak sądzę, współczesny. Całkowitego zanurzenia w tu i teraz. Praca zawodowa, romanse, kosmopolityczny styl życia – ma się wrażenie, że rzeczywistość wyczerpuje się w takiej naskórkowej egzystencji. Jeśli jednak chce się w pełni zrozumieć siebie, trzeba poznać swoje miejsce w historii rodzinnej.

Twoja druga książka, „Wiwiarium”dotyka złożonego problemu odbioru przez społeczeństwo tragedii smoleńskiej. Jaką masz fantazję na temat tego, jak widziany będzie ten dramat przez kolejne pokolenie Polaków, skoro teraz wyrasta z niego niezdrowy fetyszyzm, ale też mitotwórczość? To też obecnie wygodne narzędzie podziałów.

Przypadek „Wiwarium” to dla mnie dowód na to, że niełatwo w Polsce być outsiderem. Nikt nie potrzebuje spojrzenia na współczesność z dystansu. Literatura ma stać jak żołnierze karnie w szeregu i służyć walce politycznej. Trzeba jasno zadeklarować, kogo uważa się za oszołoma, zdrajcę, a kogo za zbawiciela kraju. Dla mnie takie oceny nie należą do zadań pisarza. W literaturze chodzi o test egzystencjalny naszego życia. I „Wiwarium” taką rolę spełnia. Opowiada historię człowieka, którego dotyka osobiście Smoleńsk. Bohater obserwuje konsekwencje tragedii – rozbicie wspólnoty, zagubienie ludzi i narastanie między nimi nienawiści. To wszystko wymusza na nim przewartościowanie całego życia. W wizyjnych scenach doświadczy jakiejś nowej formy współistnienia z innymi – ponad podziałami politycznymi. Obawiam się, że Smoleńsk pozostanie w przyszłości tym, czym jest i dzisiaj. Mitem założycielskim dla polskiej prawicy, a dla lewicy dowodem na umysłową aberrację części społeczeństwa. Jeśliby tak miało być, oznaczałoby to, że nie zrozumieliśmy w pełni, co ujawnia ta tragedia: poczucia absurdu Historii, przypadkowości i bezsensu dziejów, niemożności dotarcia do ich ostatecznego i absolutnego znaczenia.

„Wiwarium” to powieść o tożsamości złamanej przez traumę i przez przypadek. Co bardziej może zniszczyć człowieka – długotrwałe i kontekstowe trudne przeżycie czy dramat chwili, której nie da się cofnąć?

Wolałbym nie stopniować tragedii. Jeden i drugi rodzaj dewastuje. Przypadek wprowadza na scenę życia absurd, nie tylko w skali jednostkowej, ale i społecznej. Dla mnie to esencja sprawy. Dzikiej bestii historii nie da się oswoić.

W rozmowie z Katarzyną Nowak powiedziałeś, że wartość literatury polega na tym, iż wykorzystuje twórczo rzeczywistość. A jednak konteksty historyczne trzeba znać, by zrozumieć twoje powieści. Nie boisz się, że młodszy czytelnik trochę się tego przestraszy i ci umknie?

Takie ryzyko zawsze istnieje, chociaż wydaje mi się, że gdzie indziej jest pies pogrzebany. To bardziej kwestia tego, czy czytelnik się nie przestraszy literatury trudniejszej w odbiorze. Znaczna część mojej pracy polega na tym, aby opowiadać historię przez emocje bohaterek. Szczegółowa wiedza o wydarzeniach politycznych, w których dzieje się powieść – czyli ten rodzaj podejścia do historii, jaki mamy w szkole – przestaje być niezbędna.

Niuansujesz problemy czasów, które nie były jednoznaczne. Chyba nie znosisz tej prostej opozycji dobra i zła, przyzwoitości i bycia kanalią, odwagi i tchórzostwa?

Zgadza się. Nie oceniam bohaterów powieści, pozostawiam to czytelnikom. Moje zadanie polega na tworzeniu wielowymiarowych postaci, bo tylko wtedy da się je w pełni uobecnić w świadomości czytelnika. Ale chodzi też o coś innego. Dominującą cechą naszych czasów jest niepewność. Używając określenia Zygmunta Baumana, żyjemy w „płynnej nowoczesności”. Trudno o jednoznaczne odczytanie świata, pełne zrozumienie człowieka. Nie chcemy tego, buntujemy się przeciw wieloznaczności, ale to część duchowej rzeczywistości, z którą musimy nauczyć się żyć. Literatura oswaja nas z tą prawdą.

Edycie Niewińskiej opowiadałeś o tym, jak problematyczna była w tworzeniu powieści „Tylko Lola” narracja Lidii. Przemodelowałeś trochę książkę dla niej. Walka Lidii ukazuje się w warstwie językowej, budowanie zdań sprawia jej większy problem niż wyrażanie emocji ekspansywnej Ninie. Dla mnie język Lidii niesie tę powieść i przede wszystkim on czyni ją tak wybitną. Co ty na to?

Marzyłem, aby o głównych bohaterkach dało się powiedzieć niemal wszystko, wyłącznie wsłuchując się w ich język. Nina za maską kosmopolitki ukrywa lęki przed ponownym zanurzeniem się w historii, która tak bardzo ją zraniła.

Żyje w Ameryce, czyli nigdzie…

To miejsce, którego przeszłość jej nie dotyka. W miarę szybko dotarło do mnie, jak powinien brzmieć jej język. W przypadku opowieści Lidii długo błądziłem. Eksperymentowałem, szedłem na kompromisy ze swoimi oczekiwaniami… i wracałem do eksperymentowania. Po wielu próbach doszedłem w końcu do stanu, gdy z gładkich zdań bohaterki pozostał rozbity język. Instynkt podpowiadał, że to jest to, o co chodzi. Tyle że…

…instynkt to jedno, a rozsądek drugie?
Rozmówcy razem. Kraków, 28 listopada 2017
Właśnie. Rozsądek sugerował, że tym zabijam swoją powieść, czynię ją nieczytelną. Zamiast jednak łagodzić szaleństwa mowy Lidii, zdecydowałem się jeszcze bardziej wsłuchiwać w jej ton, zrozumieć, co mówi o niej samej, o jej przeszłości, jej świecie. Wierzyłem, że w ten sposób uda się lepiej oddać życie tej kobiety.

Wbrew pozorom nie jest to jakiś przypadkowy zapis bełkotu.

Na ogół nie… Są jednak spore fragmenty, które można czytać dla samej melodii, dzikiego rytmu. Pewnie żadnej treści nie dałoby się wypreparować z tej miazgi. Ale właśnie te fragmenty dają lepsze pojęcie o tym, co siedzi w Lidii, niż wygładzony język.

Warto zauważyć, że jej język się rozwija.

Lidii coraz łatwiej przychodzi mówienie, niejako uczy się wypowiadać siebie, swoje doświadczenie. Skończyła cztery klasy, była poddawana rozmaitym presjom – historycznym, politycznym, ideologicznym. A w końcu zdruzgotana ląduje w zakładzie psychiatrycznym. Jest w tej walce o wypowiedzenie siebie jakaś wielkość.

Pytają cię w wywiadach o bohaterki, a ja chciałem zapytać o ojca Niny. To taka bardzo wyraźna postać drugiego planu, która zdaje się rozumieć więcej niż obie portretowane kobiety. Ojciec jest bierny, zbędny, tragiczny, ale niesamowicie wyrazisty w milczeniu. Czego jest świadom, a co wypiera, co mu umyka? Co dopowiedziałbyś za niego jako autor poza światem przedstawionym?

Milczenie to często najlepsza postawa wobec igraszek pamięci. Zdarza się, że najpierw musimy wymyślić przeszłość, aby później mieć co wspominać. Nie tylko jako jednostki. Narody robią podobnie, wymyślają swoją przeszłość, bohaterską, pełną poświęceń dla ludzkości, z licznymi kontaktami z Panem Bogiem. Lubię postaci milczące.

Milczkami byli dziadek Adama z „Rozwiązłej” i Paulina, babka głównego bohatera „Wiwarium”.

Ich milczenie było wynikiem niepewności co do swojej przeszłości albo szoku, jaki spowodowały tragiczne przeżycia. Nie potrafili się z niego otrząsnąć. Myśląc o Michale, stawiałem sobie pytanie o cenę bycia Polakiem. Ale nie w znaczeniu cierpień, jakich się doznawało od różnych gnębicieli znanych z naszej historii. Nie. Myślałem o wyborze egzystencjalnym, który oznaczał wyparcie się swojej przeszłości, swoich korzeni. Wielu zasymilowanych Żydów musiało podjąć taką decyzję. Odcinali się od rodziny albo rodzina odcinała się od nich. Problem dotyczył również Ukraińców, Ślązaków, Mazurów czy Niemców, którzy często ukrywali swoje pochodzenie. Michał jest postacią tragiczną. Wybrał polskość, z której powodu wiele wycierpiał od samych Polaków. Nie ma jednak do nikogo pretensji; wie, że wobec Historii żal i łzy niczego nie załatwiają. Historia to bóstwo bezlitosne, niezdolne się wzruszać ludzkimi nieszczęściami. Michał nie chce dać nikomu satysfakcji, że się użala nad sobą! I nad skutkami swoich suwerennych przecież wyborów.

Czy to pójście w zaparte nie jest jednak na pograniczu szaleństwa?

Polska odpłacała mu nieustanną podejrzliwością, czy aby na pewno jest „prawdziwym Polakiem”, czy myśli jak „prawdziwy Polak” i wierzy w to, w co wierzy „prawdziwy Polak”. A on i tak trzymał się swojego niczym obłąkany. Dzięki temu szaleństwu jest najbardziej „prawdziwy” ze wszystkich możliwych wersji „prawdziwych Polaków”.

Nie masz wrażenia, że dzisiaj lepiej milczeć, kiedy ktoś domaga się od nas coraz bardziej precyzyjnych opisów „prawdziwych Polaków” i deklaracji „polskości”?

Każdy, kto odważy się powiedzieć coś krytycznego o własnym kraju albo społeczeństwie, natychmiast musi dodać, że kocha Polskę, jego dziadek był w konspiracji, ciotka sanitariuszką w którymś z powstań, a cała rodzina miała prawilne poglądy. Co oznacza, że chcąc nie chcąc, myślimy i mówimy w paradygmacie wyznaczonym przez ultrapatriotyczny, wręcz nacjonalistyczny nurt polskiego życia. Nie widzę powodu, żeby uczestniczyć w tej licytacji na bohaterskie osiągnięcia przodków. Ani łagodzić swoich opinii o kraju deklaracjami miłości do ojczyzny. Zresztą silne duchowo narody znoszą krytykę z godnością, a nie reagują fochem na każdą kontrowersyjną opinię na swój temat.


Lidia ulega odbitej fascynacji, bo Nina przypomina jej Lolę. A jednak donosi na nią i widzę w tym jakąś tragiczna ambiwalencję jej uczuć. Dlaczego Lidia to robi?

Skoro historia jest paradoksalna albo wręcz naznaczona jakiegoś rodzaju szaleństwem, tacy też okazują się tworzący ją ludzie. Oni też są naznaczeni obłędem. Coś takiego zdarzyło się Lidii. Próbuje zatrzymać cień swojej przeszłości, Ninę. Za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby wyrządzić jej w ten sposób krzywdę. Przypomina kochanka, który unieruchamia swoją ukochaną na fotelu inwalidzkim, byle nie pozwolić jej odejść.

Co niesie w sobie więcej zagrożeń – anarchizm czy jakakolwiek forma totalitaryzmu?

Lidia i Lola, która wchodzą w życie w latach trzydziestych, odnajdują wolność i sprawiedliwość w anarchizmie. Choć różni je pochodzenie i wykształcenie, ich wybór jest świadomy, uwarunkowany doświadczeniem społecznym. Polska przedwojenna nie była sprawiedliwa. Można ją tłumaczyć, idealizować, ale nie da się wymazać antysemityzmu, antyukrainizmu, powszechnej nędzy, dyktatorskich zapędów ówczesnej władzy.

Anarchizm, nawet pojmowany naiwnie, bez szans na realizację, dawał poczucie uczestnictwa w wielkiej przemianie świata?

Tak, i to oczywiście po stronie dobra. Tym bardziej że dziewczyny dystansują się do Moskwy i stalinowskiego komunizmu. Dlatego zresztą ta ich anarchistyczna komórka szybko się wykrusza. Nikt poza nimi nie chce uczestniczyć w przegranej sprawie. Bo wygrana, jak wielu uważało wtedy na lewicy, to oczywiście Związek Radziecki i Stalin.

Lola i Lidia jadą walczyć za Republikę Hiszpańską w wojnie domowej…

…i szybko przekonują się, że rewolucja to nie jest zajęcie dla niewinnych nastolatek. Muszą postawić sobie pytania, czy zło tu i teraz usprawiedliwia dobro na końcu procesu rewolucyjnego.

A usprawiedliwia?

Ich odpowiedź nie jest oczywista. Lidia nie chce zmiany za cenę nieszczęść innych ludzi. Lola, świadoma tragicznego wyboru, twierdzi, że bez takich jak one dwie będzie jeszcze gorzej, ich ideały zostaną w praktyce zakwestionowane. To jest tragiczna prawda o rewolucji: koszta ponoszone przez tych, co żyją w jej czasie, są większe niż potencjalne zyski. Dopiero w przyszłości… Czasami.

Koszta, zyski…

No właśnie, zaczynam mówić jak księgowy w korporacji! A przecież chodziło o życie tysięcy ludzi. Co gorsza, alternatywą dla rewolucji anarchistycznej była albo rewolucja komunistyczną, albo dyktatura faszystowska.

Co lepsze?

Nie ma dobrego wyjścia z takiego klinczu. Kiedy do człowieka dociera bezwyjściowość sytuacji, łatwo złamać jego kręgosłup moralny. To przytrafia się Lidii. W PRL pozostanie jej już tylko wspomnienie burzliwego romansu z Lolą jak pocztówka z urlopu na egzotycznych wyspach.

Dziewczyny z „Tylko Lola” chciały stworzyć prywatną republikę wolności. Chyba nie jest ona sztuczna jak wiwarium Bruna. Co tworzyłoby twoją? Dokąd mógłbyś się dla niej udać?

Celne porównanie… Wiwarium i republika wolności… Staram się nie zapomnieć o myśleniu utopijnym, na które coraz rzadziej się poważamy, uważając je albo za grubą naiwność, albo wręcz niedorzeczność. Dzieje komunizmu i faszyzmu, dwóch totalitarnych utopii, zniechęciły nas dość skutecznie do takiego myślenia. I rzeczywiście, jeśli mowa o utopii jako świecie czystości rasowej albo czystości klasowej, to dziękuję. Utopia, w którą wierzę, musi zachować całe „zbrudzenie” człowieczeństwa, jego pomieszanie z poplątaniem. Mieliśmy i w Polsce taką utopię. Było nią marzenie o Rzeczpospolitej Wielu Narodów. Nie mówię o rzeczywistości historycznej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale o micie wyrosłym z tego doświadczenia. Micie tolerancyjnego współistnienia ludzi niezależnie od ras, religii, kultury, obyczaju. Wciąż wierzę, że możliwe jest takie społeczeństwo, chociaż rzeczywistość IV RP daleka jest od tego ideału. Jak na razie realizowany jest nasz inny mit – „piastowski”, o Polsce czystej rasowo i narodowo.
Przestrzeń wolności w wymiarze prywatnym? Na pewno nie literatura, kraina wiecznej frustracji i bezlitosnej walki o uznanie. Może kiedyś spłynie na mnie jakieś objawienie i coś się wyświetli. Nie wiadomo, dokąd doprowadzi podróż w głąb siebie. Może uda się przebić na inną stronę rzeczywistości?

Jednym z wydarzeń 1968 roku były twoje narodziny. Czy to nie jest trochę powód, dla którego interesujesz się tym rokiem i ogólnie latami sześćdziesiątymi minionego wieku?

Jakiś pop-kabalista pewnie uznałby datę urodzin i dominację tematyki czystek antysemickich w moich powieściach za nieprzypadkowe. Dla mnie Marzec 1968 należy do najważniejszych dat historii Polski. Nie chodzi tylko o to, że zmuszono do emigracji kilkanaście tysięcy ludzi. To również symboliczna data zamknięcia historii żydowskiej w Polsce. Siedemset lat obok siebie i nagle koniec. Koniec tragicznego, znaczonego bólem, ale i bardzo twórczego współistnienia. Szczególnie dla kultury. Oczywiście nadal są Żydzi w Polsce, ale to już inny świat.

W recepcji literatury często zdarzają się ataki przez płeć. Ty w swojej pierwszej i trzeciej książce udowadniasz, że płeć nie ma znaczenia w barwnej opowieści egzystencjalnej, albo też inaczej – można przedrzeć się przez płeć, opowiadając o ludzkich dramatach. Czy jest trudno tak wnikliwie oddawać emocje kobiet, czy może te emocje nie mają płci i ty jako mężczyzna starasz się to doskonale udowadniać?

Muszę zaprotestować: płeć ma znaczenie. Nasze człowieczeństwo jest nam dane poprzez płeć, a nie niezależnie od niej. Co wiele mówi o samym człowieczeństwie. Decyzja wyboru kobiecych bohaterek wymusiła na mnie inny typ myślenia i odczuwania niż przy pisaniu postaci męskich. Musiałem być czujny, aby nie zakłamać sobą ich kobiecości, potem wprost przeciwnie, przestałem kontrolować siebie i pozwoliłem się ponieść kobietom z powieści, tak aby ich głos wybrzmiał swobodnie i naturalnie.
fot. Anna Kaczmarczyk
Opowiedzenie historii przez kobiety musiało być jednak ryzykowne.

No tak, bo właśnie nie chciałem sprowadzić ich osobowości do tzw. człowieczeństwa, odrzeć z płci, emocjonalności naznaczonej płcią. Przekraczanie ograniczeń jest jednak możliwe. Wystarczy, że przyhamuje się z testosteronem i zamiast pisać „pięścią i penisem”, otworzy się swoją wrażliwość na inne rejestry. Inspirowało mnie też i to, że niewiele jest w naszej literaturze postaci kobiecych zmagających się z historią. Wchodzimy na mało zbadane terytorium, a ja lubię takie przestrzenie.

Twoje książki są zawsze mocno osadzone w polskich sprawach, polskim uwarunkowaniu. Problem literatury rodzimej polega na tym, że często przez brak uniwersalności nie nadaje się do tłumaczenia, bo nie zostanie zrozumiana we właściwych kontekstach. Myślę, że z twoimi powieściami byłoby inaczej. Gdybyś mógł decydować o językach przekładu twoich książek – dokąd za granicę chciałbyś dotrzeć?

Każdy autor chciałby dotrzeć ze swoimi powieściami nawet do najmniejszej osady w najbardziej zapadłym zakątku świata. Dlatego pytanie rozumiem trochę inaczej: do której kultury literackiej mi najbliżej? W jakim języku czułbym się jak u siebie? Najbliżej mi do tradycji anglosaskiej, ceniącej warsztat literacki. Jej znakiem firmowym jest tworzenie wielowymiarowych bohaterów i ciekawej, często zaskakującej fabuły. Tyle że taki typ literatury przeradza się w końcu w swoją karykaturę z powodu formatowania nie tylko marketingowego, ale i… warsztatowego. Wracam do literatury iberoamerykańskiej, która nie gardząc zasadami sztuki realistycznej, lubi łamać jej reguły. Nie chodzi tu wyłącznie o realizm magiczny, ale ogólnie o rebelianckiego ducha tej literatury. Za który zawsze ceniłem jej twórców. Poczynając od Machada de Assisa i lektury jego „Wspomnień pośmiertnych Brasa Cubas”. Sam tytuł mówi za siebie.

A które anglosaskie powieści twoim zdaniem najtrafniej opowiadają o zmaganiach człowieka z Historią?

Trafność” chyba nie jest właściwym określeniem na „bliskie spotkania trzeciego stopnia” z Historią. Każdy autor czy autorka ma związane z tym inne doświadczenia i inne wnioski z nich wyprowadza. Fascynująca jest za to różnorodność artystycznego wyrazu. Mnie oczarowały kiedyś „Dzieci Północy” Salmana Rushdiego, „Oblężenie Krisznapuru” i „Singapurskie kleszcze” J.G. Farrella, „Rzeźnia numer pięć” Kurta Vonneguta. A ostatnio powieści Juliana Barnesa.

Gdybyś mógł zrealizować marzenie o ekranizacji jednej swojej powieści i miałbyś wybrać reżysera – która byłaby to książka i jaki reżyser?

Jako że bywam scenarzystą, wydaje się, że filmowa adaptacja którejś z moich powieści to oczywistość. Nic bardziej błędnego. Reżyserzy zmagają się ze swoimi demonami i najczęściej wolą to robić w oparciu o własne historie. Pół żartem, pół serio powiem, że reżyser pracujący obrazem filmowym tak jak Carlos Reygadas, który reżyserował m.in. film „Post tenebras lux”, byłby bardzo ciekawą opcją… gdyby tylko wiedział o istnieniu książek takich jak „Rozwiązła”, „Wiwarium” czy „Tylko Lola” i chciał się nimi zająć.

Jakie ludzkie emocje i przeżycia są wciąż takie same bez względu na to, jak obchodzi się z nami historia?

Gdy patrzę na bohaterów swoich powieści, widzę w nich nieustanną walkę zakłamania z pragnieniem znalezienia prawdy o sobie. Boją się, co też odkryją na końcu, ale poszukują prawdy mimo ryzyka z tym związanego. Mają się czego bać. Wszystko, co najgorsze w historii, może wrócić, a właściwie już wraca. Wbrew temu, co sądził Marks, wydarzenia historyczne nie dzieją się za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa. Bardzo często powtarzają się po prostu jako jeszcze większa tragedia.

Brzmi ponuro. Ale chyba na co dzień jesteś bardzo pozytywnym i radosnym człowiekiem? Opowiedz na koniec o swoich prywatnych małych szczęściach i przestrzeniach bez farsy i tragedii.

Córki… Jedna jest prawie dorosła, druga ma ledwie siedem miesięcy. Maluszek budzi się teraz codziennie o czwartej nad ranem i z uśmiechem na twarzy zaczyna się w najlepsze bawić. Pospałbym jeszcze, ale jak tu się złościć, widząc ten uśmiech? A zresztą jeszcze parę lat temu sam najlepiej się bawiłem po czwartej nad ranem.


Dzięki za rozmowę.

Brak komentarzy: