2020-06-08

„Dorośli” Marie Aubert


Wydawca: Pauza

Data wydania: 10 czerwca 2020

Liczba stron: 144

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ta gorsza

Propozycje wydawnicze Pauzy w postaci minipowieści skłoniły mnie do rozmyślań nad tym, czy do krótkich narracji można się przywiązać i czy rzeczywiście to sztuka zdobyć czytelnika na niewielu stronach. Dwa skrajne doświadczenia czytelnicze nie pozwalają mi wypracować jednoznacznego zdania. „Naszego chłopaka” Daniela Magariela pamiętam do dziś ze szczegółami, bo to wyjątkowo zawłaszczająca minipowieść. Z kolei „Linia” Elise Karlsson to była rzecz, po której tylko prześlizgnąłem się wzrokiem. Obawiam się, że podobne rozczarowanie wywołuje krótka narracja Marie Aubert. Nie spodziewałem się kolejnej rodzinnej psychodramy po norwesku na miarę „Spadku” Vigdis Hjorth, ale nie sądziłem też, że od Aubert otrzymam minimalizm naznaczony trochę jałowym przebiegiem akcji i nakreślaniem problemów głównej bohaterki.

„Dorośli” to trochę taka historia egocentryczki, która ma za złe światu, że wymodelował się inaczej, niż żyje ona sama. Nie wiem, do kogo i o co ma pretensje Ida, ale wyraża je z jednej strony z uczciwie nakreśloną bezpretensjonalnością, z drugiej jednak – te rozważania jakby na siłę zostały wtłoczone w sytuację rodzinnego spotkania, gdzie będą mocniej rezonować i czytelniej się prezentować, ale ostatecznie nie ma żadnych zaskoczeń i nie ma też do czego się przywiązywać. Odnoszę wrażenie, że bohaterka jest doskonale zamknięta w świecie swoich przeżyć, emocji, opinii o innych i poczuciu krzywdy. Nic się właściwie z nią nie dzieje, choć śledzenie jej interakcji z matką, siostrą czy jej mężem pozwala przyjrzeć się opisywanym dramatom inaczej. Niektóre uczynić bardzo trywialnymi, inne skomplikować. Wszystko w uroczym domku nad fiordem, czyli bardzo po norwesku, choć zdarzają się wybuchy emocji i ma się nadzieję na to, że Aubert zrezygnuje ze skandynawskiego dystansu ich obrazowania.

To naprawdę solidnie skrojona historia, która oczywiście mogłaby być materiałem na bardziej obszerną powieść. Tymczasem jest punktowaniem tego, co najważniejsze w życiu Idy. Bohaterka kończy czterdzieści lat, jest singielką, boleśnie przeżywa brak dziecka w swoim życiu, a ból się nasila, kiedy dowiaduje się o tym, że jej młodsza siostra Marthe śmiało ją wyprzedzi – jakby macierzyństwo miało być jakąś sztafetą. Tu oczywiście jest wskazany pewien element rywalizacyjny i na szczęście rozpisany na inne sfery życia. Ida zawsze chciała być dobra, uporządkowana i racjonalna w swych działaniach, ale to ona była tą gorszą córką. Za taką też się uważa po latach, gdy rodzina spotyka się, by świętować sześćdziesiąte piąte urodziny jej matki.

„Wciąż może się jeszcze coś stać” – te słowa Idy to nie tylko wyraz nadziei na jakąkolwiek zmianę, ale w gruncie rzeczy zdanie definiujące jej tożsamość. Bohaterka Aubert jest wewnętrznie i dosadnie samym czekaniem. Tkwi w trudnym do zniesienia przedpokoju – zdobyła już doświadczenia umożliwiające trafną antycypację, ale ma w sobie nadal coś z dziecięcej naiwności, dzięki której pojawia się wciąż nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja, o której trudno pamiętać, kiedy obserwuje się szczęśliwe życie wokół. I w członkach swojej rodziny poszukuje się tego krzywego zwierciadła, które wciąż na nowo będzie pokazywać, że wcale nie będzie już inaczej, a to, co było, to głównie czas opresji.

Aubert stara się zindywidualizować Idę, ale to w moim odczuciu bohaterka wzbudzająca przede wszystkim irytację. Usiłuje wywrzeć wpływ na poszczególnych członków rodziny, zmienia fronty, stara się ich zdefiniować i przewidzieć ich działania zgodnie z tym, co sobie pomyślała. Ida jest architektką i na co dzień nie idzie jej tak sprawnie projektowanie własnej przestrzeni życiowej, jak wychodzi zawodowe projektowanie przestrzeni. Ta przestrzeń, w której się znalazła, jest już zaprojektowana przez relacje rodzinne, wchłonięta wręcz przez nie i brutalnie w dosłownym sensie odebrana. Ale ostatecznie dramaty Idy wynikają trochę z tego, że zwyczajnie nie dorosła do podejmowania decyzji i liczenia się z ich konsekwencjami. A w tym znaczeniu ciekawie prezentuje się tytuł powieści, lecz poza oczywistymi wnioskami, do jakich można dojść w trakcie lektury, ani sama Ida, ani sposób jej kontaktowania się z najbliższymi nie wzbudza tutaj większego zainteresowania. Wszystko jest ułożone w jakiejś paradoksalnej harmonii chaosu relacji ludzi, którzy od dawna są oddaleni od głównej bohaterki, ale trudno ich winić za jakiekolwiek oddalenie, skoro Ida sama w sobie stwarza dystans i lubi go przełamywać tylko na własnych warunkach.

„Dorośli” to powieść obrazująca to, z jak wielkim trudem bierzemy w życiu odpowiedzialność za siebie. Także o tym, że obserwacje świata i wyciągane z tych obserwacji wnioski pozwalają czasem zrzucić część tej odpowiedzialności na innych albo po prostu na niekorzystne okoliczności. Nie wiemy, ku czemu zmierza Ida, dowiadujemy się jedynie bardzo dosadnie, czego jej brakuje i jak funkcjonuje pośród tych deficytów. Dorosłość Idy przyszła do niej bardzo szybko, jednak wraz z nią nie pojawiła się oczekiwana dojrzałość. A może Aubert chce zwrócić uwagę, że bardzo często zachowujemy się jak rozczarowane rzeczywistością dzieci, które w prosty sposób racjonalizują sobie swoje rozczarowania i potem niosą je przez życie aż do tej faktycznej dorosłości. Do czasu, w którym dojdzie do konfrontacji z tym, kim się jest, i tym, kim chciałoby się być.

Wszystkie opisane rozterki i dylematy są chłodne niczym woda w norweskim fiordzie. Mam wrażenie, że Marie Aubert zabrakło trochę odwagi, by zdemonizować Idę albo zdeformować rzeczywistość wokół niej i pozostawić nas nie tyle w zawieszeniu, ile w sytuacji dość mocnego zaskoczenia. Tu wszystko rozpisane jest w taki sposób, że ta powieść nie jest zimna w zamierzeniu. Ona jest po prostu mało sugestywna i nie zapada w pamięć. Ida próbująca rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę rodziny również nie przekonuje, choć są dwie sceny, przy których ma się nadzieję, że ta psychodrama nabierze rumieńców, stanie się bardziej drapieżna.

„Dorośli” to powieść o tym, jak niedojrzale traktujemy się w relacjach i jak często potrafimy się ranić, choć przecież nie o to nam chodzi. Aubert chce też w ciekawy sposób opowiedzieć o tym, co frustruje jej bohaterkę, ale obrazuje to bardziej jak tupanie buntowniczej dziewczynki, która nie zrobi tego, co do niej należy. Notabene postać małej dziewczynki będzie tu z różnych powodów ważna. Całość tej krótkiej historii każe spojrzeć na wszystko bardzo racjonalnie. Pokazać złość i niespełnienie, ale równie wyraźnie niedojrzałość, za którą kryją się nieustannie karmione kompleksy i rozczarowania. Podoba mi się surowość stylu norweskiej pisarki, jednak tej surowości jest tu za dużo. Wychodzi interesująco napisana powieść o dylematach, które w pewnym momencie nie są już interesujące. Zwłaszcza gdy dotrze się do wręcz dydaktycznego zakończenia. Problemem nie jest tu samo życie, lecz to, jak dalej żyć. Jak dla mnie za dużo hamletyzowania, za mało nakreślania kontekstów egocentryzmu, którego obraz widzimy tu bardzo wyraźnie. Książka, która na pewno nie pozwala się do siebie przywiązać. Mogłaby odważniej opowiadać o odwadze i boleśniej o bólu odtrącenia. Staje się tylko letnią historią pewnych oczywistych – bo tak nakreślonych – rozterek emocjonalnych. I niewiele więcej można z niej wydobyć.

Brak komentarzy: