Wydawca: Wydawnictwo Pauza
Data wydania: 15 lipca 2026
Liczba stron: 160
Przekład: Agata Teperek
Okładka: miękka
Cena detaliczna: 44,90 zł
Tytuł recenzji: Kobiety w ogniu
„Lato bez końca” to książka z wybitnym potencjałem, jednak marnująca go. Tak bardzo byłem rozczarowany, że musiałem na dłuższy czas odłożyć notatki i pomyśleć o tej skromnych rozmiarów powieści z dużym dystansem. Bo poczułem się oszukany. Miałem wrażenie, że ta senna narracja będzie prowadzić ku rozwiązaniom zaskakującym, nieoczywistym, że będzie to książka z jednej strony kameralna, z drugiej jednak – tak uniwersalna, że do zapamiętania na długo. A jednak zapamiętuje się tu tylko detale. Kilka mocnych scen zarysowanych wyraźną kreską. Kobietę w maseczce i okularach przeciwsłonecznych, która z determinacją prowadza wózek po miasteczku, gdzie nikt nie wychodzi z domu, bo tuż za rozlewiskiem rozgrywa się klimatyczna apokalipsa. Jej reakcje fizjologiczne na sytuację graniczną i stres, jaki odczuwa, nie mogąc ujawnić, dlaczego znalazła się w takim położeniu. Jest jeszcze coś do zapamiętania z końca, ale o zakończeniach nie powinno się pisać w recenzji. Ogólnie zatem Franziska Gänsler najpierw mocno przyciąga uwagę, potem rozczarowuje. Tezy, które proponuje, wydają się mocno odtwórcze: kryzys klimatyczny, przemocowe małżeństwo, solidarność kobiet, nazbyt wyraźne zestawienie tego, jak żywioł w przyrodzie trawi i niszczy niczym sytuacja egzystencjalna jedną z bohaterek.
Dlatego nie jestem tej powieści przychylny i uważam, że wiele kwestii potraktowała wtórnie, bardzo mało oryginalnie, a także po prostu niezbyt dobrze literacko. A jednak mam słabość do pierwszej części, tej pełnej niedomówień, licznych niewyrażonych wprost dramatów, nieufności między ludźmi i niepewności, czy wspomniane rozlewisko powstrzyma szalejące w październiku pożary, gdy słońce wciąż zabija, a w tej duchocie pojawia się coraz więcej tropów duszności emocjonalnej i egzystencjalnej. Tak, na początku „Lato bez końca” chwyta za gardło i enigmatyczność tej opowieści jest jej największą zaletą. Problem polega na tym, w jakim kierunku niemiecka autorka podąża, jak bardzo – może zupełnie nieświadomie – trywializuje zarysowane problemy albo proponuje dla nich jak najbardziej oczekiwane, w związku z tym zaś mało atrakcyjne i naprawdę nudne rozwiązania. Do tego cała masa dotyczącego feminizmu i ekologii dydaktyzmu, z którym można byłoby zrobić coś innego, dać tym zagadnieniom otwarte furtki interpretacyjne, nie opowiadać w sposób, w jaki zrobili to inni; po prostu nie zachowywać się niczym któryś z rzędu uczeń pytany przy tablicy o to samo.
Ale Franziska Gänsler jest debiutantką – być może nieświadomą tego, że jest wtórna i że kilka zasadniczych wątków jej utworu to kalki mnóstwa opowieści, które powstają głównie w krajach skandynawskich. Ta śmiała obyczajówka jest świetnie skonstruowana na początku i fatalnie poprowadzona dalej. Mogę nawet wskazać moment, w którym – moim zdaniem – wszystko się sypie i rozpada. Ta chwila, gdy bohaterki decydują się opuścić ponurą miejscowość, kiedyś kipiącą turystyczną energią, i ruszyć przed siebie, zabierając ze sobą dziecko, które znosi tę podróż co najmniej źle. Tu już zwyczajnie przestało mi się chcieć czytać dalej. Ale doczytałem, bo wierzyłem w siłę niedopowiedzenia i swobodę narracyjną pisarki. Kiedy zaczęło być konkretniej, wbrew temu, co opisano w książce, ogień przestał trawić moją wyobraźnię, a pogorzelisko okazało się smutne, bo najwidoczniej za wiele sobie obiecywałem.
Początek jest znakomity. Ciąg dalszy jest równie znakomity – aż do momentu, kiedy pojawią się deklaracje wyrażane wprost oraz pewne oczywiste działania, których nawet nie trzeba specjalnie antycypować. Iris żyje samotnie po rozstaniu z kobietą i prowadzi coś w rodzaju hotelu. Miejsce jednak od dawna nieszczególnie zasługuje na to miano. Aktualnie pożary trawią okolice, ale już wcześniej wczasowicze uznali Bad Heim za miejsce, które z konkretnych powodów trzeba omijać. Właśnie ta przestrzeń jest tu tak sugestywna i przykuwająca uwagę. A także bohaterka ze swoją przeszłością i skomplikowanym stosunkiem do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Jakby nazwa hotelu miała być zaproszeniem do tego, by pożegnać wewnętrzną samotność. Bo Iris przynależy do tego miejsca z wielu różnych powodów związanych z historią rodziny. Tu na pierwszym planie pojawia się matka, najciekawszy i najbardziej potem zaniedbany przez Franziskę Gänsler wątek opowiadający o tym, kim była kobieta, która miała być dla Iris najbliższą osobą, a stała się wspomnieniem o traumie. Tamten zatrzymany czas wciąż męczy i odbija się w teraźniejszości. Iris wspomina krótkotrwale, lecz intensywnie. Ku tym wspomnieniom kieruje ją tajemnicza lokatorka z dzieckiem. W środku szalejącego nieopodal pożaru, którego śladem na posesji Iris długi czas jest tylko wszechobecny jak bolesne wspomnienia popiół, pojawia się uciekinierka. Postać mająca zostać na chwilę, ale potem zagnieżdżająca się w mentalności i emocjach Iris jak we własnym domu. Dopiero później okazuje się, z jakiego domu ucieka. I pojawia się dylemat, komu wierzyć: dwie strony opowiadają o skomplikowanej relacji małżeńskiej, a pomiędzy nimi znajduje się łagodząca napięcia Iris. I nie mamy żadnej zasadniczej wskazówki, komu zaufać i co naprawdę przydarzyło się kobiecie i jej córce, które Iris z czasem jest gotowa przygarnąć na stałe nie tylko do swojego domu, lecz również do serca.
Nie przybyszka jest tu najciekawsza, lecz ta, która przyjmuje ją w swoim hotelu. Kobieta zdecydowana na to, by wieść samotnicze życie, i gotowa przysiąc, że zawsze będzie jej dobrze w świecie, który sobie sama urządziła. Miejsce przez nią zamieszkiwane i wspomnienia, w których też cały czas mieszka, sugerują z jednej strony, że to kobieta silna i bezwarunkowo poddana pewnym instynktom życia poza ludzkim stadem, z drugiej jednak – że to osoba rozpaczliwie poszukującą bliskości; i wtedy, kiedy była dzieckiem, i gdy dorastała, i gdy wierzyła w szczęśliwy związek z partnerką, i teraz, tuż obok szalejącego pożaru, który przecież jej nie dotyczy. To nie są jej sprawy. Jacyś aktywiści, debaty o tym, skąd to wszystko się wzięło i jaki ma związek z klimatem, który rujnujemy. Zrujnowane staje się natomiast to, co niemiecka debiutantka buduje już na wstępie, pokazując Iris po części zaciekawioną, po części zirytowaną nową lokatorką. Niejednoznaczne relacje między tymi kobietami ma nam tu jeszcze komplikować stosunek jednej i drugiej do dziewczynki, samotnej i „osobnej”, żyjącej jakby do wewnątrz. To ona narzuca dalszej fabule mało atrakcyjne dla mnie rozwiązania.
A mogło być tak pięknie: Iris, przybyszka, niedopowiedzenia i zapach spalenizny docierający zza rozlewiska, który doskonale symbolizowałby to, że w tej relacji coś jest od początku popsute albo że jest ona budowana tak, że płonie, nie zastyga. Tutaj płonie dosłownie wszystko. Od pewnego momentu faktyczny pożar zamienia się w pożar narracyjny. Jakby Gänsler chciała zdążyć pozamykać otwarte kwestie i nie rozmyć tej narracji tymi wspaniałymi pęczniejącymi niedopowiedzeniami budującymi tutaj świetną psychodramę. Do czasu. „Lato bez końca” to nie jest dla czytelnika zmarnowany czas. Bardziej lektura, która jakby wie, w którym momencie ma rozczarować, i jakby wiedziała o tym sama autorka. Jeśli ma miejsce to drugie, w zasadzie nie miałbym żadnych zastrzeżeń do tej powieści. Jednak jestem przekonany, że tak nie jest. Że to wszystko, tak pięknie i sugestywnie pisane, nagle wymknęło się spod kontroli, stając się boleśnie konkretne i rozwiązywalne w zasadzie w każdym wymiarze. To nie jest dla mnie duże rozczarowanie czytelnicze. Może raczej towarzyszy mi efekt zgorzknienia. Jakbym nawdychał się w tym świecie przedstawionym za dużo dymu i niewygodne stało się dla mnie przebywanie tam do końca.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz