2026-07-13

„Nie płyń na morze” Elin Anna Labba

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 15 lipca 2026

Liczba stron: 440

Przekład: Agata Teperek

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 64,90

Tytuł recenzji: Woda, pamięć, utrata

„Nie płyń na morze” Elin Anny Labby warto czytać w zestawieniu z „Kradzieżą” Ann-Helén Laestadius, choć są to książki różnie napisane, a Labba unika raczej dosadności Laestadius. Przejmujący debiut powieściowy tej pierwszej jest zdecydowanie delikatniejszy, pełen subtelności i odnosi się do innych rejonów kultury saamskiej, choć w obu narracjach mamy do czynienia z bohaterkami rozwojowymi: dziewczynami stającymi się kobietami muszącymi wtopić się w tło i zatopić (to nawiązanie do Labby) swą tożsamość, by wejść do gry o tak zwane normalne życie w tak zwanym normalnym państwie. Na przykład w Szwecji, która bardzo długo nazywała takie jak one Laponkami. Myślę, że te opowieści się uzupełniają właśnie dzięki temu, że są różne w stylu i formie, jednak obie mówią o tym samym. O wspólnocie wykluczonych, którzy w różny sposób radzą lub nie radzą sobie z tym, że imperatywem otaczającego świata jest dostosowanie się do niego, a bycie saamską gromadą to stygmatyzacja mająca wiele oblicz. Elin Anna Labba opowiada o jednym z nich, wieloaspektowym, ale pokazanym w dość jednolity sposób, za pomocą przemyślanej spokojnej narracji z metaforą wody jako punktem wyjścia do rozważań o tym, jak bolesna bywa odmienność Saamów i co właściwie ją definiowało przez dziesięciolecia.

Teraz jest już nieco inaczej. Dziś każdy mieszkaniec Skandynawii wie, że określenie Lapończyk jest pejoratywne, a proces asymilacji północnoeuropejskiego narodu bez państwa przebiega coraz lepiej, choć niepokojące jest to, że saamski folklor coraz częściej pojawia się w świecie komercyjnych przedsięwzięć. Można odnieść wrażenie, że obecnie sytuacja wygląda podobnie do przedstawionej w powieści Elin Anny Labby wizyty reportera lokalnej gazety, który wykoślawia obraz rzeczywistości i prezentuje go, narzucając określoną tezę. Wszystko i wszyscy traktowani są jak eksponaty z muzeum dzikiej natury. Dzisiaj joik, tak istotny w tej powieści, staje się elementem muzyki popularnej, a dzięki kulturze saamskiej można tworzyć intratne biznesy.

Nie płyń na morze” wydaje się przenosić nas daleko w przeszłość, chociaż mówi o wielu dekadach ubiegłego stulecia – czas i przestrzeń łączą się zupełnie inaczej, rytm życia narzuca naturalna powtarzalność, a tożsamość budowana jest na tym, co zmienne, tymczasowe. Jak goathi, w których mieszkają bohaterki powieści. Labba po reportażu „Panowie nas tu przesiedlili” postanowiła wejść w nieco łagodniejszy rejestr opowiadania o nieposiadaniu swojego miejsca na ziemi, a właściwie o rozpaczliwej i kompulsywnej walce o jego posiadanie. Ta walka to czasem skrajności w wyborze drogi życiowej. Można walczyć wewnątrz siebie, a w końcu wraz ze swym egzystencjalnym smutkiem, którego nie da się już wyrazić, wypłynąć martwym z jeziora. Można walczyć też – z determinacją i do końca – o dom, samostanowienie, bycie niezależnym w świecie odbierającym tę niezależność. W Szwecji, w której dobrze byłoby zmienić tożsamość kulturową, by dopasować się do społeczeństwa, w tej książce egzemplifikowanego tylko przez pojedyncze osoby przybywające z zewnątrz i zainteresowane wyłącznie kwestiami formalnymi związanymi z doraźnym bytowaniem i planami dotyczącymi przebywania na określonym terenie.

Ten teren to okolice jeziora. Miejsca, które z jednej strony jest życiodajnym przyjacielem i punktem odniesienia dla wszystkich, którzy nie zamierzają stawać się Szwedami. Z drugiej jednak – przynoszącego zagrożenie, wzmagającego lęk. Przyglądając się temu, jak ważnym punktem odniesienia w historii życia dzielnych saamskich kobiet jest jezioro, nie sposób nie dostrzec także symboliki wody jako czegoś zmiennego, niemożliwego do zmierzenia, umykającego jakimkolwiek kategoriom porządkującym, dającego ostatecznie poczucie bezpieczeństwa, które paradoksalnie wynika z opisywanych zagrożeń ze strony wzbierającej wody. Ann-Helén Laestadius we wspomnianej na wstępie powieści koncentrowała się na silnym związku Saamów ze zwierzętami będącymi niczym członkowie rodziny. Elin Anna Labba kładzie nacisk na relacje międzyludzkie, ale i u niej pojawiają się przejmujące sceny z udziałem zwierząt, gdy bliskość z nimi zamienia się w akty przemocy czy mordu. Wszystko w cichym, bardzo cichym otoczeniu nad coraz większą wodą, w której słychać coraz mniej. Jednak milczenie nie oznacza tu bierności.

Autorka portretuje członkinie rodziny, z których jedna – najsłabsze ogniwo – walkę o samostanowienie przegrywa między innymi dlatego, że dla wszystkich jej krewniaczek żyć to przede wszystkim mierzyć się z przeciwnościami i niepewnością losu. W tej tymczasowości łatwo popaść w melancholię. Szwecja minionego stulecia nie zajmowała się terapią depresji czy zaburzeń osobowości w środowisku „tych obcych”, osiadłych tuż obok tak zwanej cywilizacji i niechętnych do asymilacji. Tylko czy mamy tu do czynienia z próbami asymilacji, czy pełnymi różnego rodzaju agresji aktami destrukcji gromady na rzecz dostosowania jej do ludzi rzekomo wiedzących, ku czemu zmierzają, a przede wszystkim gotowi są bronić lokalnej stabilizacji przed nomadyzmem, który wygląda tam bardzo źle?

Zostają zatem matka i córka w intrygującej i bardzo różnorodnie prezentowanej przez autorkę relacji. Najpierw poznajemy dziewczynkę, której los odebrał ojca i obarczył ją życiowym smutkiem, a wraz z nim – alienacją, której Ingá nie ma zamiaru się poddać. Podobnie jak jej matka, Rávdná, tułająca się podczas ciąży, zawsze gotowa na walkę z kolejną przeciwnością losu, zawsze silnie związana ze swoją społecznością. Córka dorasta i zbliża się do świata, w którym Szwedzi zbudowali sobie stabilną codzienność – tak sztampową i powtarzalną, jakby jej składowe zapożyczyli z duńskich klocków Lego. Matka pozostaje w miejscu, które nazywa domem, choć przecież fizycznie jej siedzibą jest tylko tymczasowa chata nad jeziorem. Jednak dla niej dom to także to, co nienamacalne: zwyczaje i obyczaje, siła joiku i pamięci o tym, że najważniejsza jest tożsamość społeczności. Z czasem drogi tych dwóch kobiet pozornie się rozchodzą, jednak Elin Anna Labba wcale nie pokazuje tutaj wiwisekcji oddalania się od siebie. Wręcz przeciwnie – na przestrzeni lat pokazuje, że to, co silnie związane z pobliską wodą, wciąż pozostaje trwałe. Że nie ma żadnego podziału ani rozdzielania się, choć warunki życia matki i córki zaczynają się różnić. Siła łącząca obie kobiety jest tu niezwykle istotna, natomiast jej opis za pomocą bardzo różnych środków wyrazu to jeden z wielu atutów „Nie płyń na morze”.

Warto zwrócić uwagę na to, co bohaterki traktują jako stałe, a co jako rzeczywiście tymczasowe. To istoty żywe, ale i rzeczy. Coś, co można porzucić, i coś, czego pozostawić nie sposób. Najboleśniej jednak prezentuje się tu symbolika palenia: w płomieniach staje to, czego często nie można już nieść, a przede wszystkim unieść. To historia o bezkompromisowej próbie zachowania swojego miejsca na ziemi i o tym, że o tym zachowaniu decydują determinanty niezależne od nas. Woda z jeziora może być jedną z nich. Jezioro może być czułą matką i śmiertelnym wrogiem. W społeczności silnie związanej z wodą nie ma skrajnych podziałów. Labba nie zarysowuje konfliktów wewnętrznych w społeczności saamskiej, choć i one mają miejsce, co jest dyskretnie zaznaczane. Ta książka jest pełną melancholii opowieścią o sile przetrwania mimo ciągłych utrat. Mimo braków, których nic nie zrekompensuje, ale na które jest się gotowym, by dzięki tej gotowości trwać. Takim, jakim się jest. W takiej, a nie innej strukturze społecznej, z charakterystyczną wrażliwością i czułością dla pewnych detali, bo warto zwrócić uwagę na to, że w fabule istotne są pewne szczegóły budujące kształt świata przedstawionego. Powieść o tym, że być nomadą w północnej Europie to jednocześnie przekleństwo i szczęście wyzwolenia. Tylko czy wolność społeczności ukazanej w tej powieści nie jest najbardziej surową formą niewoli?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: