Patronat medialny "Krytycznym okiem", premiera 22 lutego

2011-12-20

"Monidło" Halszka Opfer

Ponieważ moje omówienie pierwszej książki Halszki Opfer pt. „Kato-tata” niezmiennie znajduje się w czołówce najpopularniejszych postów, postanowiłem napisać także o drugiej publikacji tej autorki, która jest kolejnym schodzeniem ku piekłu na ziemi, jakie nieszczęśliwej i biernej kobiecie są w stanie zgotować rzekomo najbliżsi jej ludzie. W komentarzach do „Kato-taty” pojawiają się głosy tak samo krzywdzonych i tych, którym nie starcza w życiu odwagi, by o tym opowiedzieć. Chociaż zdrowemu i właściwie wychowanemu przez rodzinę człowiekowi nie mieści się w głowie, o czym Opfer pisze, nie znaczy to, iż jej opowieści są fikcją. Bynajmniej. Tak niestety wygląda życie niejednego młodego człowieka. Takie też widmo nieszczęść towarzyszy mu w dorosłym życiu.

„Monidło” jest chyba jeszcze bardziej porażające w swej wymowie. To kontynuacja opisów nieszczęść, których nie sposób pojąć i wobec których pozostaje się w niemym proteście. Faktem jest, iż pisząc o „Kato-tacie” nadużyłem słowa „spowiedź”. Czuję, że przygana Ewy Jarosz z przedmowy do „Monidła” i z okładki książki kierowana jest do mnie personalnie. Zwierzenia Halszki Opfer to faktycznie żadna spowiedź, lecz przerażające świadectwo życia w upodleniu. Obie publikacje autorki noszą znamiona książek konfesyjnych, stąd też moje niefortunne porównanie. Ale faktycznie – to nie są spowiedzi. Opfer z niczego nie musi się spowiadać. Choć wciąż czuje się winna, nigdy nią nie była. Wpadła w koszmarny tygiel uzależnień, od którego nie sposób uciec.


O czym opowiada „Monidło”? Zacznijmy od słów samej Opfer: „Od dziecka chciałam jak najszybciej dorosnąć. Stało się to moją obsesją. Uważałam, że kiedy będę duża, nikt mnie nie skrzywdzi”. Naiwna wiara w to, że koszmar zniszczonego przez rodzinę dzieciństwa można zaliczyć już do lat minionych… Niestety, nic bardziej mylnego. Po latach upokorzeń w domu rodzinnym, wyszydzania w szkole przez rówieśników i nauczycieli, po latach ludzkiej nieczułości oraz niespełnionych pragnień o prawdziwej miłości i zrozumieniu, na Opfer czeka kolejny opresyjny okres – właśnie dorosłość, której tak bardzo pragnęła.


Swego męża Adama łapie „na ciążę”. Wchodzi w jego środowisko rodzinne, które jest jej tak samo nieprzyjazne jak własna matka, ojciec-erotoman i pedofil (porażające jest to, że w Opfer wciąż nazywa go „tatusiem”…) i rodzeństwo. Staje się obiektem drwin i szyderstwa. Jest przez męża wręcz tresowana po to, by być posłuszna. Opfer opisuje, jak bezradna jest wobec kolejnej fali okrucieństw, która czeka ją u boku męża. Uległy wobec matki-dewotki, Adam postanawia „wychować” żonę, traktując ją obcesowo, szydząc z niej, wielokrotnie uderzając, ośmieszając przy innych. Mąż jest takim samym tyranem jak kiedyś ojciec. Autorka nie jest w stanie nic z tym zrobić. Kiedy po latach dojrzeje do decyzji o rozwodzie, wpadnie w ramiona kolejnego poniewierającego nią mężczyzny, przy którym znowu będzie wiedzieć tylko jedno – że nic nie znaczy, a wszystkie okropieństwa musi przyjąć z pokorą, bo tak naprawdę ma to, na co zasłużyła.


„Ofiara jest zawsze ta sama, tylko kaci się zmieniają”. W dorosłym życiu Halszki Opfer nawet jej własne dzieci potrafią być dla niej okrutne. Pojawiają się także nowe postacie, w których skumulowane jest zło. To np. ciotka Gienia, siostra ojca, żyjąca w poczuciu wiecznego prześladowania, także molestowana seksualnie przez brata. To siostra Aneta, która dokucza Halszce za młodu i podobnie zachowuje się względem niej po latach. To przede wszystkim kostyczna teściowa, matka Adama, sterująca synem i jego emocjami, nienawidząca jego żony choćby dlatego, że jest słaba i daje sobą pomiatać.


Tymczasem Halszka nie potrafi inaczej. Krytykowana, ośmieszana, bita i gwałcona nie jest w stanie uświadomić sobie, iż jej życie ma jakąkolwiek wartość; że jest wartościową osobą, że zasługuje na coś więcej niż nieustanne przekleństwa, krzyki i ataki. Wciąż czuje bliski związek z domem rodzinnym, choć przecież ten dom oferował jej tylko ból. O rodzicach jako dorosła osoba pisze następująco: „Im bardziej mnie krzywdzili, tym mocniej do nich lgnęłam. Zmuszało mnie do tego coś, czego nie umiałam nazwać”. Wydaje mi się, że w „Monidle” próbuje to coś nazwać, ale jest to tylko próba, nieśmiała i nieskuteczna. Trudno bowiem zrozumieć skomplikowane mechanizmy psychiczne, które pozwalają jej nadal trwać w cierpieniu i biernie to cierpienie przyjmować.


„Monidło” obfituje w wiele drastycznych opowieści. O tym, jak dziadek próbuje molestować wnuczkę, córkę Opfer. O agresji, szantażach i złośliwościach ze strony męża, który się jej brzydził. O matce, która nadal trzyma stronę ojca, nie wierzy w zło, jakie czynił i do ostatnich chwil jego życia pozostaje mu wierna, bo nikomu innemu zawierzyć nie potrafi. Ojciec-tyran umiera spokojnie, bo otrzymuje – a jakże! – od swej skrzywdzonej córki wybaczenie. Tymczasem Halszka Opfer każdego dnia zmagać się musi z własną biernością, z chęcią wycofywania się i przyjmowania kolejnych cierpień. Bohaterka na swój heroiczny sposób próbuje się chwilami buntować, kiedy nasycenie zła i niesprawiedliwości jest zbyt ogromne. To jednak tylko nieśmiałe próby. Uważam natomiast, iż pisanie o tym wszystkim, co przeszła, jest najbardziej heroiczną formą walki z samą sobą. Choć można autorkę posądzać o co najmniej dziwny ekshibicjonizm, nie sposób tego, o czym pisze, traktować obojętnie. Tym bardziej, że brzemię krzywdzonych nosi bardzo wielu, dla których publikacje Halszki Opfer są wskazówkami do tego, by powiedzieć wreszcie „dość”…


Wydawnictwo Czarna Owca, 2011

4 komentarze:

She pisze...

Nie bardzo wiem, co można powiedzieć po przeczytaniu tej recenzji, a co dopiero książki. Lepiej będzie jak zwyczajnie zamilknę i sięgnę po nią w ciszy. Ale po świętach. Teraz będę się oszukiwać, że świat jest dobry.
Pozdrawiam

Sol i Alien - Włóczykijów Dwóch pisze...

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
dużo szczęścia i słodyczy
każdy z Dwóch Włóczykijów
Ci dzisiaj szczerze życzy! :)


A co do książki - bardzo nas zainteresowała... Trudna, ale na pewno warta przeczytania.

Jarosław Czechowicz pisze...

She, wydaje mi się, że o tego typu sprawach właśnie nie powinno się milczeć. By robić to publicznie - sprawa dyskusyjna. Ale jak słyszę powiedzenie "prać brudy w swojej rodzinie" to mnie telepie... Sol i Alien, serdeczności świąteczne! :) She, dla Ciebie również.

She pisze...

Wiesz, nie zwykłam siedzieć z zamkniętymi ustami w jakimkolwiek temacie. I mnie, jako terapeutkę też telepie na myśl o tym, ile dzieje się za drzwiami niektórych domów. Tylko, że tutaj raczej nie poczułam się powołana do filozoficznych dywagacji odnośnie życia Pani Opfer. Bo kim ja jestem by to osądzać i to publicznie. Ani moja złość, ani moje współczucie niewiele Jej dadzą.
Ja rozumiem dlaczego i dla kogo ta książka powstała. Jestem pod wielkim wrażeniem faktu, że ta kobieta przetrwała ten koszmar, o którym piszesz i jeszcze miała siłę to wszystko spisać. Trochę jako przestrogę, trochę jako głos wołający za tysiące tych, co nie mają siły krzyczeć. I przeczytam te książkę z całą pewnością. I wezmę ją sobie do serca. Ale nic więcej dodać nie sposób. Bo wszystko zabrzmi kwadratowo i płytko.
Nagłaśnianie takich spraw nie zawsze jest dobre. Prawda jest taka, że jeśli coś nas bezpośrednio nie dotyczy, to tego mimo szczerych chęci nie zrozumiemy. Trochę się posmucimy, po-współczujemy i za chwilę znów nas rozbawi Kevin sam w domu. I to nie znaczy, że jesteśmy źli. Od ciągłego mówienia o eutanazji nic się nie zmieniło. Tylko ludzie się tematem znudzili i zobojętnieli na niego. A ja zamiast tych wszystkich kampanii wolałabym żeby przeczytali "Proszę o prawo do śmierci" Humberta... bo dociera w człowieku głębiej. Wierze... Nie, nie wierze, ja wiem, chociażby na przykładzie Twojej recenzji, że "Monidło" czytane w ciszy odbija się głośnym i donośnym echem... oby echem zmian.
Najlepsze świąteczne i dla Ciebie :)