Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-02-23

"W syberyjskich lasach" Sylvain Tesson

Któż z nas nie zna albo choć nie słyszał o tym tytule – „Walden, czyli życie w lesie”. Francuski podróżnik, poszukiwacz przygód i człowiek, dla którego życie to odczuwanie, a nie bycie, postanowił spędzić czas w syberyjskiej głuszy. Czas od lutego do lipca 2010 roku miał być okresem, w którym Sylvain Tesson zamierzał sprawdzić… czy ma życie wewnętrzne. Inspirowany nie tylko Henry Davidem Thoreau, zdecydował się świadomie odciąć od cywilizacji wraz z jej wątpliwymi zdobyczami i przeżyć kilka miesięcy w miejscu, które charakteryzuje już na wstępie książki w sposób następujący: „Najbliższa wioska o sto dwadzieścia kilometrów, żadnych sąsiadów, żadnej drogi, czasem czyjaś wizyta. Zimą temperatura minus trzydzieści stopni, latem niedźwiedzie na brzegu. Krótko mówiąc, raj”. Czy aby na pewno? Czy czas poznawania siebie i rozumienia otaczającego świata natury był tylko czasem idylli i zapomnienia?

W gruncie rzeczy to przecież trudna książka o doświadczaniu siebie i rozumieniu takich pojęć jak wolność, natura, las, czas z jego upływem, a przede wszystkim o definiowaniu na nowo tego, co można nazwać spokojem wewnętrznym. Sięgnięcie po tę pozycję wywołał u mnie impuls. Jakiś głos gdzieś w środku upomniał się o taką lekturę. Bo przecież czasami mamy tak, że po ciężkim tygodniu czy miesiącu nasz organizm zmusza nas do długiego, całodniowego niekiedy snu i choć wstajemy niezadowoleni, bo wiele tam nam uciekło (przede wszystkim czas na „arcyważne” sprawy), to przecież coś, nad czym nie panujemy, upomniało się właśnie o swoje. Tesson upomniał się o własne człowieczeństwo; zdefiniowane na nowo i skontrastowane z miejscem, w którym przestaje się być niewolnikiem czasu, a zaczyna żyć rytmem dyktowanym przez tajgę – tyleż ciekawą, co zupełnie obojętną względem tych starań. Upływ czasu odciska się jednak na autorze. Pisze on bowiem pamiętnik i zapisuje własne przeżycia. Notuje daty dzienne. To jednak ma znaczenie. Nie tylko fakt, iż siarczysty mróz w końcu mija i pozwala spojrzeć na piękne otoczenie Jeziora Bajkał z jeszcze innej perspektywy; tam widać wtedy barwy nieznane, można poczuć zapachy dotąd niezrozumiałe dla narządu powonienia. W końcu bez reszty oddać się nudzie; nie w znaczeniu pejoratywnym. Oddać się kontemplacji czegoś, do czego być może nigdy by nie dotarł w zgiełku paryskiej codzienności i cywilizacji pędu, z której postanowił się wyrwać.

Powody tak szalonego dla niektórych kroku? Jest wiele, ale przytoczony chyba najwyraźniej definiuje cel. Tesson w irkuckim sklepie, jeszcze przed rozpoczęciem swego izolacyjnego życia, do którego trzeba się przecież przygotować, stwierdza z niedowierzaniem, patrząc na jedną z półek: „Piętnaście rodzajów keczupu. Właśnie z tego powodu zapragnąłem uciec od świata”. Myślę, że przesadził, bo świat w takiej czy innej formie jest wszędzie, ale na pewno zależało mu, by zrozumieć człowieka, który czuje się niczym bajkalska woda uwięziona pod lodem, zablokowana w swych działaniach, okiełznana w swej sile. Krok ryzykowny tym bardziej, że Tesson nie podejmuje się niczego nowego; zna już doświadczenia innych eremitów na życzenie i zdaje sobie sprawę – to bardzo ważne – iż czas jego moralnej i duchowej odnowy wśród natury jest ściśle policzony.

Co dzieje się w jego życiu między lutym a lipcem? Wszystko i nic właściwie. Przede wszystkim poznaje prawdziwe oblicze Rosji. Nie znał jej takiej, a może dotychczas nie chciał poznać. Imponujące są jego plastyczne wizje tego, w jaki sposób rosyjskość jawi mu się przed oczami i w świadomości. Chodzi o gesty, twarze, krajobrazy, słowa, rzeczy, budowle, miejsca… i los. Bo jego los zacznie być inny, zacznie się rządzić nowymi prawami i w tym losie trzeba znaleźć siebie, nauczyć się pokory i przyjąć rzeczywistość, która jedynie gości go u siebie i nie zawsze ma ochotę być gościnna.

Tesson czuje się panem lasu. Las nabiera inne wymiaru. Można go wyrazić za pomocą metafor, opisów, rzadko nazywając coś wprost. To przestrzeń duchowej ekspiacji. Miejsce, w którym można nauczyć się prawdziwego skupienia. „W mieście każda czynność odbywa się kosztem tysiąca innych. Las skupia to, co miasto rozprasza”. Las jest magiczny i duchowo oczyszcza. To nie tylko świeże powietrze i cisza. To środowisko, w jakim trzeba umieć być za pan brat z samym sobą. A to niezmiernie trudne, bo wielu z nas ze sobą po prostu źle się czuje. Tesson uczy się, że on sam jest naprawdę kruchą trzciną, lecz stara się być trzciną jak najbardziej myślącą. Stymulować i inspirować mają go lektury, a zabiera ze sobą około sześćdziesięciu książek.

Ich lista jest tyleż imponująca, co zaskakująca. Jest Szekspir, Nietzsche, Kundera, Rousseau, ale i francuskie kryminały. Jest siła, którą można czerpać… z Kierkegaarda. Dzięki książkom nie tylko porządkuje czas, co przede wszystkim stara się w widzianych i słyszanych rzeczach odkryć ich wzajemne zależności. Tesson nie jest zatem tylko obserwatorem, lecz analitykiem. Poszukiwaczem wrażeń nazwać go nie można, bo to i trywialne, i obrażające autora. Poszukuje siebie. Poszukuje łączności swej nędznej egzystencji z czymś, co trwałe, wieczne, bezwzględnie silne i dominujące nad nim. Taka jest tajga. Taka jest dzicz, w jakiej zamieszkał.

Relacje z poznanymi ludźmi są dla autora uzupełnieniem jego samowiedzy. Nie zawsze jest to towarzystwo, które można tolerować dłużej. Istotą jest przecież zmierzenie się z samotnością i próba odpowiedzi na pytanie, czy współczesny człowiek potrafi tak naprawdę być sam ze sobą. To sztuka równie wielka, co przeżycie w siarczystym mrozie, gdzie największymi przyjaciółmi stają się nóż, czajnik i lampa. Egzystencjalna samotność Tessona to przede wszystkim stan, w którym znika pojęcie nudy. W naturze nudzić się nie można. Można pokochać ją samą i korzyści, jakie daje. Wtedy każdy dzień jest wyzwaniem i przygodą. Nawet wówczas, gdy trzeba wylać łzy w sierść żywych dowodów przywiązania – Ajki i Beka – kiedy otrzymuje się druzgocącą wiadomość ze świata, od którego uciekło się na jakiś czas.

To szczera i bezpretensjonalna książka. Coś na kształt filozoficznego traktatu w zamknięciu. Zamknięciu na własne życzenie, więc to nie zapiski z więzienia. Sylvain Tesson urzeka prostotą i tym, że w pewnych oczywistych wnioskach zawiera prawdy, o jakich może śniło się wielu filozofom, ale na które my – zabiegani w cywilizacyjnym tyglu – zupełnie nie zwracamy uwagi. „W syberyjskich lasach” to książka dla czytelników uważnych i takich, którzy pragną lektury spokojnej. Jest bardzo statyczna, choć przecież sporo w niej emocji. Opowiada tak naprawdę o sytuacji skrajnej, którą podróżnik francuski serwuje sobie na własne życzenie. I tak jak nie każdy przeżyłby to, co on, nie każdy też jest w stanie przeczytać te zapiski do końca. To nie jest wydawniczy hit. To nie jest narracja do czytania z wypiekami na twarzy. To mądra książka o tym, jak mało wiemy o własnym wnętrzu i jak trudno jest nam uświadomić sobie, że mimo wszystko natura nadal panuje nad nami, a nie my nad nią.

tłum. Anna Michalska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2013

7 komentarzy:

Ola_83 pisze...

Jestem w trakcie lektury. Dobrze napisałeś - filozoficzny traktat w zamknięciu. Ile bym dała za możliwość takiego poznania samej siebie w takim miejscu...
pozdrawiam!

Zbyszek Woźnica pisze...

W syberyjskich lasach
Ekstremum natury
Można osiągnąć
Rzecz niełatwą
W wygodnych czasach
Z tajną ruszyć misją

Nad stawem Walden
U źródła poznania
Zanurzyć się
W transcendentalny nurt
Obalić konsumpcji mur
Syberiada polska
Tajga żaden wróg

Zapiekanka kulturalna pisze...

Autorowi książki zazdroszczę odwagi. Myślę, że większość z nas boi się być sam na sam ze sobą. Wykorzystujemy zdobycze cywilizacji, żeby zagłuszać życie wewnętrzne, niepokojące myśli. Nie wiem, czy bym umiała przestać zagłuszać. To musi być szok.

Unknown pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
k.januszewska pisze...

Unknown pisze...
Czytam tę książkę z podziwem, bardziej jednak z zazdrosią. Zastanawiam się jak wyglądałby jego pobyt w domku nad Bajkałem gdyby nie książki, które przywiózł ze sobą. Czy głównym powodem ucieczki od świata nie był właśnie głód czytania, nie tylko ze względu na czas, raczej na brak w głowie wolnego miejsca na skupienie i ich analizę. Bez książek ten pobyt byłby chyba koszmarem.

Michał Gustowski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Michał Gustowski pisze...

Przymierzam się do lektury, brzmi naprawdę zachęcająco. Czy dobrze jednak rozumiem, że "odnajdywanie siebie" odbywa się tutaj przez połączenie tego pierwiastka natury i kultury? Czy stoi za tym jakaś wizja człowieczeństwa?