Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-03-18

"Znaki szczególne" Paulina Wilk

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 20 marca 2014

Liczba stron: 300

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: My, po transformacji

Paulina Wilk jest ode mnie dwa lata młodsza. Pewnie w dzieciństwie nie pobawiłbym się z nią w piaskownicy, bo nie wypadało z "małolatą". Teraz, kiedy z naszych piaskownic wyszliśmy, a do nowych dzieci już nie wchodzą, bo ekscytuje je co innego niż zamki z piasku, kolorowe foremki, dokopywanie się do wody w rogach piaskowego raju i przede wszystkim wspólna, zgodna zabawa, chętnie Paulinę Wilk czytam z uwagą. Cieszę się, że mamy taką książkę jak "Znaki szczególne". Cieszę się, że wreszcie ktoś napisał o tym, jak dorastaliśmy my - trzydziestolatkowie - na których nie zwraca się już uwagi, bo wszelkie przeżycia pokoleniowe już za nami, bo jesteśmy (lub nie) częścią zastanej rzeczywistości, bo wpisaliśmy się jakoś w system, bo jesteśmy już w średnim wieku i nikogo nie interesuje, co mamy do powiedzenia. Czyżby? "Znaki szczególne" są książką, do której będzie się podchodzić emocjonalnie i z którą będzie się dyskutować. Jeśli ma się dzisiaj trzydzieści lat plus ileś tam. Starsi odnajdą w niej cząstkę siebie, dla młodszych może to być literatura science fiction. Pisanie Pauliny Wilk to ciekawe połączenie osobistych wspomnień oraz wyraźnych, inteligentnych diagnoz z kategorycznym "my" w narracji. Z tym zaimkiem, przy użyciu którego zacząłem już o tej książce pisać, bo bez względu na to, czy myślę podobnie, czy też w tym myśleniu się od autorki różnię, jest to także moja książka. Wyrazista, błyskotliwa, gorzka i przyjemnie ożywiająca czas, kiedy powszechny brak był normą, ale stosunki międzyludzkie wyglądały inaczej, bo były intensywne, prawdziwe i szczere.

Pozostanę przy tym ważnym "my" w niniejszym omówieniu, bo nie widzę powodu, aby tego nie robić. Paulina Wilk rozpoczyna od naszego dzieciństwa. Trwa zabawa aluminiową złotówką na torach, po których mknie pociąg relacji Berlin-Moskwa. Dzieciaki licytują się o zasięg zniszczenia niewiele wartej monety przez żelazne koła mknące na odcinku, gdzie trochę symbolicznie zostaniemy później zamknięci w takim transformacyjnym korytarzu, w którym trzeba wybrać tylko jedną słuszną drogę. Nie spodziewamy się, iż to powolny koniec leniwego czasu, koniec jego naturalnego odmierzania, koniec epoki i systemu, którego przecież dobrze nie poznaliśmy,  a który zmuszeni będziemy błyskawicznie żegnać.

Dzieciństwo i wczesna młodość to jeszcze dla nas czasy, jakie można pojąć, nawet będąc dzieckiem. Nieskomplikowane, choć przecież bardzo trudne. Co nas wtedy łączy? "Świadomość braku, poczucie, że nie wszystko i nie zawsze można mieć - to było wspólne, naturalne". Cieszyliśmy się drobiazgami. Wylizywanym z torebki vibovitem. Kwiatowymi widoczkami, zwanymi przez innych ołtarzykami, które zakrywaliśmy szkiełkiem i zakopywaliśmy jak skarb. Drobniakami zbieranymi do skarbonek i książeczkami SKO - jakich Wilk nie wspomina -  co uczyły samodzielności i gospodarności. Cieszyliśmy się przede wszystkim wolnym czasem na podwórku, zabawami przy trzepaku, rozbitymi kolanami i poczuciem, że razem dobrze jest się bawić. Nasi rodzice dbali o to, byśmy za dużo się nie domyślali, nie analizowali smutnego i trudnego systemu, w wiecznym braku znajdowali przyjemność radości z drobiazgów. Byliśmy razem, byliśmy równi, wszyscy oglądaliśmy tę samą wieczorynkę, uczyliśmy się z tych samych podręczników, kolorowaliśmy te same szare szkolne skoroszyty i nie spodziewaliśmy się, iż w naszym świecie nagle i gwałtownie wszystko będzie podlegać wymianie. Wtedy byliśmy chyba jeszcze pokoleniem. Dużo nas było. Wyż demograficzny. Nie martwiło nas to, bo dopiero potem dostaliśmy po uszach, gdy dowiedzieliśmy się, iż jest nas w nadmiarze na nowy ustrój i nową Polskę i że będzie wielu niewchłoniętych, którym się nie powiedzie.

Po 1989 nasz kraj zmienił swe oblicze, "a my nagle staliśmy się tym, co mogli nam kupić rodzice". Nasza tożsamość kształtowała się w niepokojącym chaosie, w którym nagle zamknięte dotychczas za żelazną kurtyną państwo zaczęło gonić szaleńczo otwierający się na nas kapitalistyczny świat. Przestaliśmy być tacy sami, zaczęliśmy się różnić. Status majątkowy to nie wszystko. Musieliśmy wchłaniać w siebie dużo więcej niż nasi rodzice, gdy dorastali. "Uczyliśmy się za dwa pokolenia. Nasza edukacja miała zasypać półwieczną wyrwę, nasze powodzenie - stanowić rekompensatę za perspektywy odebrane rodzicom". Pojawiało się wciąż nowe, wciąż coś do oswojenia, wciąż do akceptacji. Byliśmy postawieni w sytuacji krańcowej - należało wszystko wokół przyjmować, rozumieć, dbać o to i cieszyć się z tego. Zalała nas wielość. Pojawiła się zazdrość. Potem rywalizacja. I skupienie na karierach, bo nowa rzeczywistość obiecała nam bardzo wiele, a potem dała do zrozumienia, iż jesteśmy mimo wszystko ostatni - ze wszystkim, co stare i ze światem, który musimy pamiętać, a mierzyć mamy się z nowym, dzikim i szalonym.

Zachód wkroczył w nasze życia błyskawicznie. Właściwie niczego nie mieliśmy szans spokojnie przeanalizować, bo działo się za dużo i za szybko. Naszymi nowymi zabawkami stały się telefony komórkowe, aparaty cyfrowe, kawałki plastiku zastępujące pieniądze. Mieliśmy być w wiecznej gotowości do rywalizacji. Przejęliśmy nerwowość świata i wymieniliśmy rodziców na postęp i nowość. Kiedy wreszcie mogliśmy zwolnić, nie było już nas. Staliśmy się atomami, skupieni na wolności wewnętrznej, w sieci kredytów, zobowiązań i poluzowani w pędzie do kariery, która dana została tylko nielicznym. My, dzieci wyżu demograficznego, zostaliśmy oszukani przez obietnice i staliśmy się żywymi dowodami na to, że polska transformacja była chaotyczna, przypadkowa i bolesna. Dzisiaj jako zakredytowani single, z dala od państwa, któremu już nie ufamy i z dala od samych siebie, czytamy "Znaki szczególne" wierząc, że coś nas w tej książce połączy. Jej czytanie może być jak wspólna niegdyś zabawa w piaskownicy i przy trzepaku. Ożywi wspomnienia i uświadomi, że się rozsypaliśmy gdzieś po tym świecie. Nie powie, czy jesteśmy szczęśliwi. Powie o wspólnych doświadczeniach i przykrej rzeczywistości teraz, kiedy wspólnie pozostanie nam niewiele więcej niż czytanie tej książki...

Paulina Wilk przeplata perspektywę jednostkowych wspomnień z opowieściami o ludziach przeżywających coś wspólnie. Kreśli obraz polskiej transformacji widziany jak najbardziej subiektywnie. Pisze o sprawach, o których w taki sposób i z jej perspektywy niewielu do tej pory napisało. Pisze o ludziach, których dzisiaj być może już nic nie łączy, ale którzy wspólnie widzieli ten świat, o jakim opowiadają "Znaki szczególne". Myślę, że to lektura obowiązkowa dla wszystkich, bez względu na wiek. To gorzkie świadectwo tego, co mają do powiedzenia o wolnej Polsce ci, którym przyszło dorastać za szybko, wybierać zbyt często, gonić i ścigać się wzajemnie oraz ci, którzy dopiero po latach mają czas, by o tym niespokojnym okresie spokojnie pomyśleć.

5 komentarzy:

Franca pisze...

Paulinę Wilk cenię za rewelacyjne ,,Lalki w ogniu". Liczę na to, że jej najnowsza książka jest równie dobra jak nie lepsza.

pietia pisze...

Musze koniecznie to przeczytac! Czytajac Twe omowienie, przypominam sobie Jacka Kaczmarskiego i jego "Nasza klase". Mysle, ze to dobry podklad muzyczny do tej ksiazki.

Mariangela pisze...

Czekałam na tę książkę przez długi czas. Świetny blog. Będę tu często zaglądać.

Zapraszam na mojego bloga:

http://olga-wojciechowska.blogspot.com/

Dziewanna pisze...

Książka ciekawa, zgadzam się z opinią, właśnie czytam ją pochłaniam z dużym zainteresowaniem. Z jednym jednak muszę się nie zgodzić - co pojawia się zarówno w pierwszej myśli na blogu, jak i w książce, czyli wiarą w to, że nasze dzieciństwo było w jakimś sensie "lepsze", co przejawia się choćby wspomnianą tu piaskownicą, w której niby współczesne dzieci już sie nie bawią. Otóż bawią! Dokładnie tak samo! Jest w dzieciach wciąż ta miłość do techniki, zanim pojawi się technologia ( o tym pisze Wilk), nikt i nic nie usunie z dziecka instynktu bawienia się pod kocem i podróży tapczanem, choćby miało najlepsze aplikacje na iPada dla przedszkolaka. Tym bardziej, jeśli rodzic tak się bawił i do tych zabaw powróci. Nie znam jeszcze końca książki, może nie pojawia się w nim dziecko dziecka urodzonego w latach 80... A jeśli nie, na pewno jest to temat na drugą część.

TheQualietta pisze...

Przeczytałam jednym tchem. Książka rewelacyjna!
Zgadzam się, że jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, a już z pewnością dla mojego pokolenia, o którym ta książka traktuje.