Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-01-16

"Australijczyk" Marek Niedźwiecki

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 4 listopada 2015

Liczba stron: 296

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Fascynacje

To miała być pierwsza książka autora "Radioty". O jego zauroczeniu Australią wie każdy, komu przyszło zarażać się fascynacjami muzycznymi Niedźwieckiego. Kontynent niezwykłych barw, kształtów i przestrzeni jest w tej książce tłem niezwykle prywatnych podróży. Takich przede wszystkim w głąb siebie, bo Marek Niedźwiecki pisze bardzo oszczędnie, waży słowa, nakreśla jedynie emocje i przeżycia. Ten żołnierski styl krótkich sprawozdań uzupełniają przede wszystkim zdjęcia. Tak, to książka głównie do oglądania, bo polski podróżnik zachowuje tę najintymniejszą część Australii tylko dla siebie. My poznamy w zasadzie przypisy do zdjęć i relacje dotyczące logistyki oraz aury. Czy można doszukać się czegoś więcej między zdaniami? Nie do końca bowiem jest tak, że ta publikacja ma przemawiać obrazami. To przede wszystkim słowny i wizualny dowód niezwykłego przywiązania do miejsca, z którym można związać się na zawsze i w tym związku oszukać trochę naturę samotnika.

Zwiedzamy Australię wzdłuż i wszerz. Jesteśmy przy Ayers Rock, ale też na tasmańskich polach lawendy czy w samym centrum Sydney. Niedźwiecki oprowadza ze stoickim spokojem, a zdjęcia oddają wszystko to, co niedopowiedziane. Oblicza australijskiego piękna mają w sobie tę niezwykłość, że każdy barwny kadr opowiada w zasadzie inną historię. Każdy prowokuje i uwodzi. Synestetyczna wrażliwość Marka Niedźwieckiego każe zapamiętywać smaki i zapachy. Obok zdjęć i oszczędnych relacji tworzą się dodatkowe historie. Te prawdziwe i wyobrażone. Magia Australii to jej wielka niejednoznaczność i różnorodność jednocześnie. Setki kilometrów prostych dróg, a jednocześnie wiele krętych, którymi autor podąża tam, gdzie sam ze sobą konfrontuje się nieco inaczej. Zapiski z podróży pięknie ukazują, w jaki sposób miłość do muzyki przełamywana jest miłością do miejsca. Bo Niedźwiecki podróżuje i nabywa przy okazji kolejne płyty. Jest w kraju, który kocha swoich muzyków, i w miejscu, gdzie być może dźwięki brzmią nieco inaczej.

Ciekawa jest perspektywa opisu, bo to przecież nie jest książka tylko o przybyciach i powrotach, choć są one zaznaczane, by nie rozbić chronologii niektórych zapisów. W "Australijczyku" mamy do czynienia z podróżnikiem i przewodnikiem jednocześnie. Z takim pełnym wtapianiem się w ten świat wokół, który nie potrzebuje porównań czy zestawień z czymś, co widziało się lub przeżywało gdzie indziej. Australia to piękno nieskończone, a jednocześnie zachowane z dala od wpływów reszty świata. Marek Niedźwiecki pokazuje, jak osiąga się harmonię i poczucie bycia w raju tam, skąd nigdy niczego nie wydziera, wszystko otrzymując i zachowując, bo Australia umie się dzielić - nie lubi tylko narzucania sobie tego co inne, obce.

Czasami jest komicznie, gdy w opowieściach klasyczny mieszczuch konfrontuje się z tą wielką dzikością wokół. Czasami sentymentalnie, kiedy fragment opisu wręcz poetycko łączy się z konkretną fotografią. Niedźwiecki ma w sobie dużo ciekawości, ale i pokory jednocześnie. Zachwycają go drobiazgi nieistotne dla innych turystów. Przyciągają choćby drzewa pozujące piękniej niż ludzie, fotogeniczne baobaby, czarna kora wiekowych drzew trawiastych. Na zdjęciach uchwyceni są ludzie, ale ich obecność nie ma dla autora znaczenia. Pewni są tylko australijscy przewodnicy, którym ufa i po których spodziewa się niecodziennej formy podróżowania. To w znacznej mierze podróżowanie do wewnątrz. Niespotykane i różnorodne piękno Marek Niedźwiecki chce zatrzymać głęboko w sobie. Rzadko pozwala sobie na bardziej intymne refleksje. Australia, oddalona od innych kontynentów, sama w sobie ma coś samotniczego i tę swą radosną samotność zaznacza - w kształtach różnego rodzaju, niezwykłych barwach, w niecodziennej faunie i florze. Być może spotyka się szczęśliwy i osobny kontynent z równie uszczęśliwionym i równie osobnym człowiekiem. Takim, który ucieka na antypody, by cieszyć się anonimowością. By oddać pasji prawdziwego fotografowania w tej krainie dziwności, różnorodności form i miejscu wielu zaskoczeń. Kulinarnych na przykład.

Podoba mi się porządek i minimalizm zapisów w tej książce. W gruncie rzeczy przyciągają jak magnes. Ilustrowane odpowiednimi zdjęciami nabierają znamion drogowskazów dla tych wszystkich, którzy chcieliby poznawać Australię po swojemu. Niezwykłość tego miejsca to także zaskakujące kontrasty oraz sposób, w jaki egzystują obok siebie skrajności. Palący ogień pustyni, krwawiące eukaliptusy, dzikie konie, różnorodność na ulicach Melbourne, setki parków narodowych czy potęga bezkresu - to wciąż jedno i to samo miejsce. Wiele oblicz, niesamowicie dużo zagadek. Oddziaływanie, czasem bardzo intensywne, na wszystkie zmysły. W tym wszystkim pewien porządek i stoicyzm samego Niedźwieckiego. Być może są one potrzebne, by z tej wielości wziąć dla siebie jak najwięcej i nie zatracić się w chaosie przeżywania oraz odczuwania wszystkiego naraz.

"Australijczyk" to pewnie dużo ważniejsza książka niż dwie poprzednie ze zwierzeniami skoncentrowanymi na życiu radiowym. Marek Niedźwiecki sygnalizuje jedynie wielkość swej miłości i przywiązanie do miejsca, skąd przywozi za każdym razem potrzebny mu spokój ducha i harmonię. Tam wszystko zdaje się na właściwym miejscu i każdy element rzeczywistości pasuje do tego kolejnego. Bo przecież Australii nie można po prostu zwiedzać. Niedźwiecki chłonie i bardzo czytelnie sygnalizuje, że o prawdziwej bliskości z opisywanym krajem świadczą jego częste odwiedziny. To piękna, kolorowa książka. Także historia fascynacji dającej dodatkową moc. Książka o odkryciu swojego skrawka ziemi i opowieść o pielęgnowaniu tego skrawka - w pamięci i wspomnieniach.  Świadectwo niepowtarzalnej relacji między człowiekiem a miejscem. O konsekwencjach tej relacji i ludzkiej potrzebie odnajdywania własnego raju na ziemi. Dla wszystkich, którzy takowy posiadają, i dla tych wciąż go poszukujących...

1 komentarz:

prosperiusz pisze...

Widzę, że książkę warto przeczytać. Idealny kontynent dla samotników.