Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-05-30

"Krivoklat" Jacek Dehnel

Wydawca: Znak

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 234

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Interpretacje i szaleństwo

Nowa książka Jacka Dehnela – na przemian rubaszna, ironiczna i przejmująco smutna – przesycona jest duchem Thomasa Bernharda już od samego początku, bo rozpoczynają ją wypisy z twórczości austriackiego pisarza dotyczące natury ludzkiej i jej specyficznej umiejętności dopasowania się do wszystkiego, nawet najgorszego piekła na ziemi. Bernhard obecny jest w „Krivoklacie” na wielu różnych poziomach – ideologicznie, strukturalnie, filozoficznie także. Warto jednak – co postuluje bohater książki – „wywietrzyć” głowę z kontekstów oraz narzuconych interpretacji i spojrzeć na tę historię inaczej. Bo to przecież narracja o stygmatyzowanej inności wpisująca się w szereg literackich strumieni świadomości tych, dla których określone modele zachowań społecznych to pola bitwy, walki o samostanowienie, odmienność, walki ze stygmatem wariata, cynika albo kontestatora. Odróżniająca się od już napisanych choćby przez to, że definiująca ludzką tożsamość przez pryzmat zderzeń z narzuconymi interpretacjami świata. Dehnel napisał o klatkach, w których tkwimy i z których nie chcemy się wyzwolić. O tym, że ograniczenia są wygodne, a ład świata sankcjonuje zachowawczość. O bolesnym rozdźwięku między tym, kim chcielibyśmy być, a tym, kim czynią nas świat i jego kontekstowość. To książka pełna dygresji, ale w gruncie rzeczy niesamowicie spójna. Mówiąca nam o tym, że ludzkie intencje to pokłosie narzuconych poglądów i idei. Naprawdę działamy w sposób tak niebezpiecznie przewidywalny?

Pierwowzorem postaci Krivoklata jest Hans-Joachim Bohlmann. Bohater literacki zamknięty przed światem tworzy jego własne interpretacje. Sprzeciwia się uporządkowaniu świata w imię świętego spokoju i narzucaniu innym wytycznych co do tego, jak oceniać rzeczywistość wokół. Krivoklat koncentruje się na sztuce. Na fasadowości jej definiowania, porządkowania i przede wszystkim hierarchizacji. Przedrostek „arcy” jest na szczególnym celowniku bohatera. Człowieka, który opowiada o codzienności zamknięcia. Centrum Medyczne Zamek Immendorf to przestrzeń opresji, która rzekomo ma wyzwalać. Ponownie wprowadzać na utarte życiowe koleiny, o ile w ogóle możliwy jest na nie powrót. Krivoklata – jak swego czasu Bohlmanna – opinia publiczna błyskawicznie sklasyfikowała. Miano odmieńca przylega błyskawicznie i nie wymaga głębszej refleksji od całego tabunu łajdaków i idiotów definiujących inność w niewybrednych epitetach. A Krivoklat nie czuje się inny, bo nie czuje się w żaden sposób zdefiniowany. Wzbudza emocje i uwagę, kiedy traktuje dzieła sztuki kwasem solnym. W jego działaniu niekoniecznie chodzi o niszczenie ich. O co dokładnie? To wyjaśnia się w trakcie lektury.

Czytanie „Krivoklata” wymaga skupienia i albo natychmiast wchłania się wszystko, o czym Dehnel pisze, albo jest się w sporym dystansie do tej opowieści o samostanowieniu wbrew ustalonym normom społecznym i wbrew społeczeństwu, które izoluje, pozbawiając praw, oraz deprecjonuje wszystko, co stanowi treść życia deprecjonowanego, a o czym w znakomitej większości nikt nie ma pojęcia, bo ludzie generalnie nie lubią mieć pojęcia o czymkolwiek. Dehnel proponuje nam wieloznaczny i chwilami groteskowy manifest indywidualizmu w kontekście buntu wobec kanonów sztuki. Tej sztuki, wobec której przyjmujemy stanowisko z góry nam narzucane. Albo nabożnie czcimy to, co każą nam czcić, albo też przemykamy obok rzekomych arcydzieł, nie znajdując do nich drogi. Krivoklat diagnozuje kondycję społeczeństwa posługującego się wytartymi kalkami i wierzącemu w autorytety napompowane pustosłowiem i gnuśnością. Opisuje swoje miejsce w świecie, który się go wyrzekł. Z przejmującą intymnością opowiada, co stoi za gniewnym gestem niszczenia. Co tak naprawdę wie o sztuce i co doprowadza go do kontrowersyjnych kroków.

Bohater Dehnela był kiedyś dopasowany do wszelkich wzorców regulujących tak zwane normalne życie. Żył jak syty mieszczanin, ale tak naprawdę dojrzewał do swego buntu. Jedenastoletni związek był dla niego dopełnianiem się – żona stanowiła pewien punkt odniesienia, możliwość racjonalnie formułowanej polemiki i źródło pewności poglądów. Krivoklat tkwił w matni uporządkowania, aż chaos jednego wydarzenia zmienił jego optykę, być może uwalniając go naprawdę od duszności dnia codziennego. Staje się skazą tej zdrowej tkanki społecznej, która ogląda obrazy z podziwem i szacunkiem, a nie atakuje ich kwasem siarkowym. Dehnel fantazjuje o tym, ile w sztuce jest miejsca na jakiekolwiek uporządkowanie i w jaki sposób jesteśmy w stanie obcować z nią naprawdę.

Narzucane są nie tylko poglądy tak zwanej normalnej większości. W zamkniętej przestrzeni szpitala psychiatrycznego poprzez sztukę chce się dokonać uzdrowienia niektórych chorych. Wtłacza się w nich przekonanie, iż np. malowanie będzie drogą wyrazu siebie i możliwością pożegnania traum oraz frustracji. Tymczasem dzieła wykonane przez kuracjuszy są sukcesywnie niszczone. To nie jest sztuka, choć skrywa w sobie serca i emocje. Strażnikami porządku i określania tego, co przydatne, a co będące objawem schorzenia, są oczywiście lekarze Centrum Medycznego Zamku Immendorf. Oni decydują, oni klasyfikują. Oni zawłaszczają sobie przestrzeń innych, by modelować ją wedle z góry określonego planu. A Krivoklat drwi – z tego zamkniętego świata gorączkowo próbującego odzyskać normalność w już straconych oraz ze świata zewnętrznego, tej ruiny ludzkiej moralności, poczucia taktu i piękna. Dehnel opowiada o recepcji sztuki, ale przede wszystkim o jednostkowym doświadczaniu życia. O tym, jak wiele jest w nim kategorii, i o tym, że wewnętrzny bunt przeciw nim wszystkim to być może świadectwo bycia sobą naprawdę. Tak, z butelką kwasu siarkowego w budynku muzeum, to także.
„Krivoklat” dyskretnie sugeruje, że każda subiektywność odbioru może zanikać wówczas, gdy wokół narzuca się interpretacje i gdy wstyd jest do nich się nie odnieść. Bohaterowi Jacka Dehnela nie jest wstyd. A może wstyd mu za ludzkość, wobec której dystansuje się i przed którą się broni. Może chodzi o jakąś ogólną ideę pojmowania rzeczywistości i o to, żeby nie tkwić w niej pośród platońskich cieni. A może to po prostu złośliwa, pełna humoru i przesycona autoironią opowieść o istocie tworzenia własnego wizerunku twórczego? Czymkolwiek jest „Krivoklat”, oferuje sporo specyficznej rozrywki i garść mrocznych refleksji – odczuwanych jako powtarzalne, ale wciąż na nowo aktualnych w świecie przepełnionym łajdakami i idiotami.

2016-05-27

"Skucha" Jacek Hugo-Bader

Wydawca: Agora/ Czarne

Data wydania: 28 kwietnia 2016

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Przegrani?

Książka na przemian uwodzi i irytuje. Uwodzi tym, w jaki sposób cisi bohaterowie podziemnej Solidarności pozostają nimi także potem, ze wszystkimi ułomnościami, różnego rodzaju dylematami, z frustracją i złością na te nowe czasy zmierzające donikąd. To garść naprawdę soczystych opowieści, zapisy rozmów o ludzkich bolączkach, bez zadęcia, bez ich gloryfikowania. Proste, uczciwe historie. Czy będzie to opowieść o pijakach, czy też wywiad przy kapiącej z worka chemii. Jest w tym wszystkim dużo uczciwości w opowiadaniu o tym, jak bardzo ideały rozmijają się z rzeczywistością i jak trudno po latach tworzyć wspólnotę wyrosłą z buntu. Tak, w tym znaczeniu to znakomita książka. Niemniej jest to książka Jacka Hugo-Badera i w licznych fragmentach odnosi się wrażenie, iż ma być o nim, tylko o nim. Irytuje zatem poczucie, że dajemy się wmanewrować w pewien rodzaj egocentryzmu. Że bohaterem pierwszoplanowym ma być ten, który pyta i szuka śladów. Widać to już na wstępie, ale czuje się także potem. Hugo-Bader znajdzie miejsce, by pożalić się w związku z kontrowersyjnością odbioru "Długiego filmu o miłości". Udowodni, że może wszystko, jest panem i władcą tej narracji, może sobie przez kilka stron dywagować o psich kupach. Ale najbardziej irytujący jest fakt, że część rozmów – takie mam wrażenie – została nieco wymuszona. Że te opowieści mają iść w jakimś przemyślanym przez autora kierunku i nie mogą się rozejść, stać wieloznaczne, odfrunąć od sugerowanych tez. A przecież istotą tego projektu jest pokazanie różnorodności postaw, oczekiwań, działań, marzeń i kompleksów. To ma być książka o bohaterach z krwi i kości, którzy po 1989 roku musieli walczyć z prozą życia równie silnie jak wówczas, gdy stawiali opór systemowi i gdy przez ponad siedem lat działali w imię lepszego, normalnego kraju, który pokazał im swoje nienormalne oblicze.

„Skucha” jest tekstem, który powstawał latami. Rósł i rozwijał się wraz ze swoimi bohaterami. Ta ewolucja jest bardzo widoczna i dostrzec można, jak wiele pracy, ale jednocześnie emocji autor włożył w to wszystko, w ten zbiór historii o zapomnianych ludziach, bo przecież w Polsce mity tworzą ofiary, krew i przemoc, a nikt nie chce pisać o zwycięstwach, jakkolwiek trudne by były. Jacek Hugo-Bader w wojennej nomenklaturze opowiada o okresie wyraźnie zaznaczonym datami początku (13 grudnia 1981 roku) oraz końca (4 czerwca 1989 roku). Opowiada o tym, czym jest kręgosłup moralny, i o oporze, w którym uczestniczy się każdego dnia, w każdy możliwy sposób. To była prywatna wojna toczona na wielu frontach, ale w jednej, słusznej sprawie. Odnosi się wrażenie, że zabrakło w niej broni i zdecydowanych posunięć, że może powinna się polać krew, zamiast pojawiających się siniaków po brutalnych przesłuchaniach gdzieś z dala od świata. I to jest specyficzne mitologizowanie tego okresu. Czasu, w którym broń dzierżyli nie ci, którzy powinni. Wszystko stawało się ewolucyjnie, a o duchu rewolucji niewielu już pamięta. Wielu natomiast było związanych specyficznym braterstwem. Była jedna sprawa, za którą można było się poświęcić. Gorzko wypada rozliczenie po latach i rekonstruowanie losów opozycjonistów już po 1989 roku, kiedy nastał nowy ład, ale nie był on tym, czego wcześniej oczekiwano. Nie w takiej formie, nie w takim kształcie. Prywatna wojna zakończyła się dla wielu kapitulacją. Biedą, upokorzeniem, izolacją społeczną. Ale mimo tego, że to gorzka książka, jest w niej silne przekonanie o słuszności własnych działań. O tym, czego dziś Polakom w wielu miejscach i sytuacjach zwyczajnie brakuje. Hugo-Bader ukazuje różne oblicza ludzkiej zachowawczości, ale też oblicza nieokrzesania, siły życiowej, bycia do końca buntownikiem. Rozliczenie dotyczące czasu po 1989 roku wypada jednak przygnębiająco.

Niektórzy rozmówcy autora żałują tego, co wypracowali niegdyś swoim oporem. Konsekwencje ich działań są daleko bardziej groźne, niż mogliby przewidywać. Ten zamknięty czas miniony wciąż tkwi w ich głowach jako żywy i wciąż stamtąd próbują nakreślać azymut, by trzymać się jakoś w pionie i nie poddać frustracjom. Niektórzy tworzą sobie nowe wojny, walczą nadal – z wcześniejszymi kompanami, z systemem, z samymi sobą. Inni odpuszczają, wybierając kilka rodzajów emigracji, także wewnętrzną. Hugo-Bader usiłuje wskrzesić w nich żar, by opowiadali jednak kwieciście, frapująco, by te opowieści iskrzyły jak lata minione. Efekt jest różny. Są też tacy, którzy nie chcą rozmawiać. Największym dramatem okazuje się fakt, że świat po zakończeniu prywatnej wojny nie zawalił się, sam dziwnie uporządkował, a potem przyjął drogę rozwoju niekoniecznie zgodną z zapatrywaniami tych walczących o rewolucyjne zmiany. Nawet mimo zgorzknienia i wyraźnego fatalizmu, który wisi nad wieloma opowieściami, Hugo-Bader stara się dbać o ich wyraźność i o to, żeby historie niepowodzeń przekuć w alegoryczną opowieść o dwuznaczności losu i sile ludzkiego charakteru.

„Skucha” to także rozpisana na wiele głosów historia o trudzie stanowienia rodziny. Rodzice rozmówców w większości byli poranieni przez drugą wojnę światową i jej ślady wnieśli do domu, rozsadzając wewnętrznie mir, kwestionując poczucie bezpieczeństwa. Kiedy walczono w opozycji, trudno było zbudować fundament bezpiecznej rodziny. Ta kolejna przejmowała traumy poprzedniej. Więzi rodzinne były trudne, widzimy ich późniejszy rozpad. Hugo-Bader opowiada zatem o najbliższej wspólnocie i o dramacie jej dezintegracji. Pokaleczeni bohaterowie, którzy musieli się rozwieść, oddalić od bliskich, skonfrontować z ich śmiercią albo niezgodą na prowadzony przez nich tryb życia to tacy osamotnieni Odyseusze, którzy nie widzą już konturów swej Itaki i czasami porzucają powrót do niej.

Miejska partyzantka miała swoje konsekwencje w przyszłości. Albo nie miała ich wcale, bo okazało się, że niektórzy działali niezauważeni – nikt też nie dostrzegł celu ich buntu i oporu. Wybrańcy z solidarnościowego podziemia i wcześniej, i potem czują się zostawieni sami sobie, bo naród miał w nosie ich prywatną wojnę, a zachowawczość ludzka szczególnie się nasiliła w czasie tak zwanego dobrobytu. Hugo-Bader stawia pytania o to, jaka postawa i jakie zachowanie winny być przedmiotami rzetelnego opisu. Dość ma martyrologicznego gloryfikowania ofiar, ale z drugiej strony sam przejmująco opowiada o tych, którzy czują się ofiarami, choć przed laty smakowali zwycięstwo. To książka o wyraźnych ludziach, którzy stali się niewyraźni dla Historii i których dokonań się nie zauważyło. Opowieść o zwyczajnych losach, w których nadzwyczajne były czasem motywacje. To rzecz o mrówczej pracy i zaangażowaniu skazanych na milczenie. O błędach będących konsekwencją postaw z młodości i o niesprawiedliwości dziejowej, która każe błądzić tym kiedyś zdecydowanym. „Skucha” niczego nie diagnozuje, nie sugeruje kontekstów. Nie jest szkicem socjologiczno-historycznym, jest opowieścią o ludziach. I o autorze, który tych ludzi czasem skutecznie zagaduje.

2016-05-25

"Weź mnie za rękę" Tove Alsterdal

Wydawca: Akurat

Data wydania: 11 maja 2016

Liczba stron: 560

Tłumacz: Mariusz Kalinowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Porzucone

Napisać w Szwecji kryminał określony mianem książki roku tego gatunku – to niewątpliwie wyczyn. Udało się to Tove Alsterdal, która uwiarygodniła swoją narrację, łącząc ją z okresem argentyńskiej dyktatury Jorge Rafaela Videli, kiedy wojskowe buty skutecznie i bezkompromisowo deptały ludzką godność w więzieniach. Weź mnie za rękę” to spektakularna powieść rozpięta między Szwecją a Ameryką Południową. Historia o wielkich namiętnościach i o porzuconych dzieciach. O tym, że deficyt matki odczuwany jest zawsze, i o tym, że uciekającą matkę córki mogą gonić przez całe swoje życie. Alsterdal przejmująco pisze o poczuciu pustki, o jej rozpaczliwym rekompensowaniu, ale także o zacieraniu przeszłości, o wstydzie swojego pochodzenia i o ostatecznej konfrontacji z przeszłością, której tajemnice szokują i bulwersują. Tempo powieści zaskakuje – liczne zwroty akcji zmuszają do uważnej lektury i choć chwilami wydają się nieprawdopodobne, czyta się w skupieniu, zastygając przy lekturze, gdy finałowe rozwiązania wykraczają daleko poza możliwości przewidywania. Doskonale skrojony szwedzki kryminał, który w 2014 roku zasłużenie zdobył wspomniane już miano. Książka o bólu porzuconych oraz o ślepej namiętności. Także o mrocznym obliczu Argentyny oraz ludzkim zniewoleniu w kilku możliwych wymiarach.

Poznajemy dwie siostry. Camilla zwana Charlie żyje pełną piersią. Jest impulsywna, przesycona wewnętrzną energią, podąża ku wolności, ale wikła się w różne niewłaściwe zależności. Charlie żyje tak, jakby los miał jej odebrać kolejny dzień. Nie chce pozwalać na kolejne utraty, bo przeszłość odebrała jej wyjątkowo wiele. Nie zastanawia się nad swoim postępowaniem i obsesyjnie podąża śladami matki. Kobiety, która porzuciła ją i jej siostrę, uciekając w latach siedemdziesiątych minionego stulecia do Argentyny z mężczyzną, który stał się treścią jej życia. Sięganie w mroczną przeszłość Charlie przypłaca życiem. Nie wiemy, czego zdążyła się dowiedzieć i czy dla kogoś ta wiedza była niebezpieczna. Prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Sprawa zostaje szybko zamknięta, ale Helene – siostra denatki – podejmuje się własnego śledztwa. To dla niej dość traumatyczne doświadczenie. Przez całe życie uporządkowana, musi podjąć szereg nowych dla niej działań. Dlaczego? Przecież pamięć o Charlie została wymazana, dzieci Helene nie znają ciotki. Czas miniony to dla Helene okres, którego się wstydzi. Nie tylko matki zdolnej do porzucenia córek, ale także ojca – dzisiaj mieszkańca ulicy, który także odegra swoją rolę w rekonstruowaniu tego, co wydarzyło się przed śmiercią Camilli.

Alsterdal przejmująco obrazuje kobiecą samotność i wyobcowanie. Helene ma uporządkowane życie i szczęśliwą rodzinę, a śmierć siostry burzy ustalony od lat porządek. Tyle tylko, że został on zbudowany na kłamstwach albo niedopowiedzeniach i dopiero teraz Helene konfrontuje się z samą sobą naprawdę. Okazuje się, że deficyt relacji z Camillą uwierał ją od dawna. Przekonanie o tym, że ktoś jest odpowiedzialny za jej śmierć, staje się motorem napędowym poszukiwań. Helene wie, że bliskość z siostrą za jej życia nie była niczym łatwym. Wie także – po tym, jak z zupełną obojętnością reaguje na wieść o jej śmierci – że jest siostrze coś winna. Okazuje się, iż będzie podążać śladami Charlie. Także do Argentyny, gdzie córka po latach szukała matki. Jakie będą efekty poszukiwań Helene? Czego dowie się o zmarłej, ale przede wszystkim o zaginionej przed laty matce?

Uśmiercona już na wstępie bohaterka powieści obrazuje kompulsywną drogę ku namiętnościom. Charlie oddaje się im bez chwili wahania. Tak jak matka, która przed laty zdecydowała się na krok zaskakujący wszystkich, ale najsilniej bolący jej córki. Helene odkrywa, że świat siostry był bardzo skomplikowany, a jej życie ogniskowało się nie w tym, co o niej było wiadomo, lecz w tym, co chciała ukryć przed światem. Siostrzana więź zanikała, ale w chwili śmierci jednej z sióstr zaczyna nabierać znaczenia. Rozpaczliwe poszukiwania Helene okażą się dla niej groźne. Ktoś będzie czyhał na jej życie. Ktoś będzie pociągał za sznurki i decydował, jaki los ma spotkać obie siostry…

Tove Alsterdal opowiada o rodzinnych kłamstwach i tajemnicach, które zmuszały do innego modelu życia, niż chciało się prowadzić. Kontrowersyjne od samego początku jest zachowanie matki, która decyduje się na wyjazd do kraju ogarniętego chaosem i pozostawia swe dzieci – tak bardzo potem samotne i rozgoryczone. Wieloznaczne są kroki podejmowane przez Helene. To ona pozna całą prawdę o zdarzeniach sprzed lat i to ona, a nie wciąż poszukująca prawdy Camilla, będzie musiała stawić czoła demonom przeszłości. Weź mnie za rękę” to poruszająca opowieść o kobietach, którymi nikt się wystarczająco nie zaopiekował. O kobiecej walce toczonej w imię godności własnej. O dramatycznych wyborach i ich konsekwencjach. Przede wszystkim jednak o nieutulonym żalu dziecka i gorzkim rozczarowaniu kobiecego serca, które ufa i zostaje oszukane.

Odium odrzuconego macierzyństwa wyraźnie buduje strukturę formalną tej książki. Jest to jednak także opowieść o faktach historycznych, o bezwzględnej walce dyktatora z obywatelami Argentyny i o milczącym pakcie, którego po latach nie da się złamać, gdy umierają kolejni świadkowie. Alsterdal opowiada o walce o swą wolność – tę wewnętrzną i tę dotyczącą dokonywania życiowych wyborów. Swoje bohaterki konfrontuje z sytuacjami granicznymi. Każe im spojrzeć sobie w twarz naprawdę. Zaskakująco czule przedstawia relacje toksyczne i te przepełnione różnego rodzaju brakami. To nie jest książka łatwych rozwiązań fabularnych czy prostych decyzji bohaterek. Szalenie sugestywna w swojej różnorodności i mimo wszystko pozostawiająca w zakończeniu z wieloma pytaniami bez odpowiedzi. Warto ją przeczytać choćby po to, by przekonać się o tym, w jak gęstej mgle mogą błądzić przez całe dorosłe życie porzucone niegdyś dzieci. Takie, które nie mogą już zapłakać i wyrazić żalu.


PATRONAT MEDIALNY

2016-05-23

"Hen. Na północy Norwegii" Ilona Wiśniewska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 248

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Cisza, migracje i wyobcowanie

Ilona Wiśniewska konsekwentnie penetruje Północ. To już drugi jej reportaż o miejscu, w którym cisza i wiatr łączą się w specyficznej symbiozie. Daleko, zimno, odludnie. Kto ma ochotę na poznawanie takich rejonów świata? Autorka ponownie wykazuje się niebywałą czułością, gdy koncentruje uwagę na ludziach i miejscach znajdujących się gdzieś poza granicą poznania, poza centrum świata, poza warunkami atmosferycznymi umożliwiającymi wygodną egzystencję. Północ w drugiej książce Wiśniewskiej to rejon kontynentalny Europy. Oglądamy Finnmark – norweską krainę niegdyś spaloną, potem odradzającą się z wojennego pogorzeliska, przez Norwegów uznawaną za głęboką prowincję, skąd pochodzą ludzie niezbadanej odporności, specyficznej wrażliwości, niedomknięci w norweskim systemie, stygmatyzowani przez swą inność. Wiśniewska opowie o świecie, który jest marginalizowany w swojej ojczyźnie. O ludziach, którzy w XXI wieku nadal walczą z systemem, by zachować własną kulturę i swoje obyczaje. O tym, że życie na Północy może być trudne na wiele różnych sposobów, ale jest jednocześnie okazją do tego, by oswoić swoją niedoskonałość, oddając się we władanie morza, wiatru i pracy rozumianej jako sens i cel istnienia. Specyficznego, bo opartego także na wyjątkowej formie wspólnoty. W Finnmarku nie można być osobno, choć w gruncie rzeczy doświadczenie samotności jest tam wyjątkowo odczuwalne. Możemy przyjrzeć się światu, który nakazuje pożegnanie się z egoizmem, z poczuciem wyjątkowości i z przekonaniem, że decyzje o naszym losie i kierunkach drogi życia podejmujemy całkowicie świadomie i autonomicznie.

Finnmark to największy okręg administracyjny Norwegii, w którym dzieją się rzeczy niezwykłe i mistyczne. To tutaj – podobno – odnaleźć można bezpośrednią drogę do piekła. Tu nie dociera już kolej, transport uzależniony jest od rejsów po wzburzonym morzu. Tu także podejmuje się dramatyczne decyzje – albo o opuszczeniu tej krainy na zawsze, albo o silnym w nią wrośnięciu. Finnmark jest wielki, bezkompromisowy, zimny i wymagający. Jego mieszkańcy to barwna społeczność, choć nikt tak naprawdę nie chce jej bliżej poznać, a sami Norwegowie wywołują w mieszkańcach Północy kompleks niższości. Niesłusznie. Ilona Wiśniewska spotyka się z ludźmi, którzy własną historię zmagań z klimatem i trudnościami życia codziennego mają zapisaną w każdej zmarszczce na twarzy. Pewną ideę wyjątkowego istnienia na Północy zamyka w biografii umierającego woźnicy. Poetycko opowiada o tym, z czym wiązały się bezkompromisowość, upartość, trud zdobywania przestrzeni dla siebie i rozpacz utraty autonomii. „Hen. Na północy Norwegii” to także ważna opowieść o Saamach, którzy stworzyli barwny świat ośmiu pór roku, a którym norweskie władze wciąż narzucają sposób życia, stale wyłączają z jego głównego nurtu, często brutalnie norwegizują i skazują na bycie w oddaleniu większym niż to stworzone przez położenie geograficzne Finnmarku.

To książka z wyjątkowo dobrze dobraną okładką. Wbity w zmrożony grunt autobus przeprowadzkowy ukazuje pewną ambiwalencję losów północnej migracji. Z jednej strony jego unieruchomienie wskazuje na to, iż wszelkie ważne ruchy już się dokonały. Z drugiej jednak widzimy wciąż obecność pojazdu. Po Finnmarku nadal przemieszczają się ludzie. Nie są już wypędzani jak w czasie drugiej wojny światowej, ale nie są także osadzeni w północnej przestrzeni. Wędrowcy traktują Północ jako punkt tranzytowy. Ludność wędrująca na południe kraju często zdaje sobie sprawę z tego, iż jest to podróż w jedną stronę. Przemieszczanie się w Finnmarku wiąże się z ryzykiem, ale jednocześnie jest czymś stałym. Ten okręg to przestrzeń drogi i ten reportaż również jest pisany w drodze. Ilona Wiśniewska wędruje po śladach tych, którym z różnych powodów trudno było lub jest egzystować tam, gdzie odrębny trud jest narzucany przez bezkompromisowy rytm przyrody.

Autorka jest mistrzynią wsłuchiwania się w ciszę. Ta północna jest wyjątkowa. Domaga się szacunku. Każdy mieszkaniec Finnmarku musi szanować morze, swoją pracę i drugiego człowieka. Północ eliminuje poczucie bycia kimś wyjątkowym. Każe żyć w społecznościach. Ta saamska trzyma się razem i są miejsca, gdzie nie pozwala prawdziwej Norwegii na ingerencję w zwyczaje i ustalony przez lata porządek. Saamowie przetrwali niejedno poniżenie. Są gośćmi we własnym kraju. Odcięci od świata na kilka sposobów, budują zwartą społeczność, w której dba się o język i kulturę. Wiśniewskiej udaje się opowiedzieć o Saamach jak o ludziach nieodkrytych dla świata. Pięknie i z godnością. Z tym rodzajem szacunku, który wymusza północna egzystencja. Ale to także opowieść o północnej różnorodności i pełna specyficznego poczucia humoru historia stosunków norwesko-rosyjskich, współpracy oraz umiejętności wytworzenia pewnej wspólnej przestrzeni mentalnej wypracowanej choćby w języku przez tak zwany „russenorsk”.

„Hen” to jednak inna opowieść o Północy niż "Białe". Portretując Spitsbergen, Ilona Wiśniewska opowiadała o społeczności dopasowującej się do miejsca, z którego nie pochodzi. Była to barwna historia dostosowania się do tego, co oferuje zimny ląd, który nigdy człowieka do siebie nie przywiązuje. Finnmark jest inny – z niego się wyrasta i w nim tkwi przez całe życie. To kraina wielu skomplikowanych zależności, w której żyje się specyficznym rytmem i z wyjątkowym poczuciem przynależności do tego miejsca. Autorka rozmawia z ludźmi, dla których Finnmark jest centrum wszechświata. Jednocześnie snuje nostalgiczną narrację o świecie, który zanika. Symptomami są ludzkie migracje na południe, ale bardziej czytelnie wyglądają porzucone domy. Takie, które po pewnym czasie bierze w swoje władanie morze. Być może Ilona Wiśniewska staje się ostatnią kronikarką i zapisuje refleksje, którymi nikt więcej nie będzie się dzielił, nikt ich ponownie nie przeanalizuje. Dodatkiem do dokumentacji są fantastyczne zdjęcia. Fotografia współgra z tą opowieścią, bo są pewne niuanse, dla których brakuje słowa i pozostaje wówczas tylko obraz. „Hen” to opowieść o oddaleniu i bliskości. O dzielnych ludziach i silnych więziach między nimi. Także o tym, że na Północy bywa niezwykle trudno z powodów, o których nikt z nas nie ma żadnego pojęcia. Pouczająca podróż, frapujące opowieści, inteligentna narracja i niezwykły urok świata, który niewielu do siebie dopuszcza naprawdę.

2016-05-20

"Patyk" Hanna Samson

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 maja 2016

Liczba stron: 206

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Ucieczka i przemiana

Nową powieść Hanny Samson można śmiało zestawić z "Życiem po mężczyźnie". Autorka koncentruje się na wspomnieniach – ich destrukcyjnej sile i jednocześnie sile odnowy duchowej. Tamta narracja traktowała przede wszystkim o utracie, a „Patyk” to opowieść o tym, co możemy w życiu zyskać. Bardzo ciekawa i przewrotna jest ta książka. Gdyby sparafrazować tytuł wspomnianej wcześniej, można byłoby tę nazwać opowieścią o życiu po samoobronie. Bo główna bohaterka przechodzi przemianę po odparciu ataku nieznanego agresora. Być może cios zadany nożyczkami jest pierwszym dynamicznym i całkowicie własnym posunięciem bohaterki. Kobiety przez lata uległej, zawikłanej w szereg toksycznych zależności. Zawsze ugodowej i konformistycznej. Zawsze gotowej na kompromisy, a nie na walkę. Barbara podczas ataku zawalczy o siebie. Dokona czegoś, co stanie się początkiem jej przemiany. Hanna Samson kreśli obraz kobiety biorącej odwet i zamieniającej się w boginię zemsty, ale jednocześnie usypia naszą czujność, bo tak naprawdę nie tylko Barbara będzie chciała się w tej książce odegrać…

Zaraz po dramatycznym zdarzeniu bohaterka poddaje się własnemu Sądowi Ostatecznemu. Zdaje sobie sprawę, że być może zabiła człowieka. Jej mózg automatycznie koduje, że czekać ją będzie kara. Musi ponieść konsekwencje podniesienia ręki na drugiego człowieka – mimo faktu, że ów człowiek pierwszy podniósł swoją rękę. Barbara kompulsywnie zaciera ślady i decyduje się na ucieczkę. Dokąd? Do bezpiecznej i znanej sobie macicy, do apodyktycznej matki zawsze porządkującej jej świat. Samson ukazuje już na wstępie silną zależność między kobietami, która po upływie czasu nie znika, zmienia się tylko jej intensywność. To naturalne, że w chwili zagrożenia wybiera się matkę. Nawet tę, od której się uciekło. Tę, której plwocinę wciąż czuje się na twarzy na równi z piekącym policzkiem. Tę, która kazała córce być taką, jaką ją sobie wymodelowała, i zmusiła do bierności pośród kostycznych zasad i przekonania, że wszystko dzieje się dla jej dobra.

Po latach Barbara orientuje się, że demonizowała rodzicielkę i dzisiaj jest w stanie stawić jej czoła. Co więcej, zjednoczyć się z nią w pewnej tajemnicy, dla której obie są w stanie odegrać domowy teatr przed urzędniczkami. Bohaterka Samson cofa się mentalnie do lat, w których musiała spełniać matczyne wymagania i kiedy czas oraz przestrzeń stawały się więzieniem. Niszczące poczucie winy i wszechogarniający wstyd – to wszystko zostało porzucone, gdy Barbara przestała być Basią i wyprawiła się w świat rządzony innymi regułami niż te matczyne. Tymczasem powrót do wspólnego mieszkania ma dać ulgę – u matki można się schronić, choć będzie zadawała niewygodne pytania i wciąż pokazywała swą władzę, tak paradoksalnie śmieszną dziś, po latach.

Demon przestaje nim być, a uciekinierka orientuje się, że nikt nie ma już nad nią żadnej destrukcyjnej władzy. Wciąż jednak obawia się, że wszystko, co robi w życiu, podsumować można szkolną czwórką, że nie zasługuje na piątkę, zbyt daleko jej do doskonałości. Życie zaczyna się rozpadać, ale w tym rozpadzie pojawia się nadzieja. Bohaterka Hanny Samson niespodziewanie dla siebie zorientuje się, że pobyt w rodzinnej Łodzi może być okazją do zmiany. Pojednaniem nie tylko z matką. Czasem wybaczenia sobie. Także tej zbrodni, z powodu której ucieka, bo przecież to była zbrodnia, choć nikt o niej nie pisze i niczego nie trzeba się obawiać jako konsekwencji tego czynu. „Patyk” zaczyna snuć autorskie fantazje o tym, w jaki sposób odzyskać godność. Jak daleko trzeba sięgnąć pamięcią, by zdobyć się na podniesienie głowy i przekonanie, że czas miniony został nim naprawdę. Barbara podejmie się próby zrozumienia mechanizmów, które ukształtowały jej charakter i wpłynęły na tryb życia. Podejmie się walki o siebie. Będzie to szło w parze z wyzwalaniem w sobie negatywnych emocji. Za potrzebą przemiany idzie także chęć zemsty. A Barbara ma się na kim mścić…

„Patyk” opowiada o sytuacji granicznej, w której konfrontujemy się naprawdę ze swoimi emocjami. Samson w swej narracji dyskretnie sugeruje, co może czynić nasze życie niewygodnym, i sygnalizuje, że jakakolwiek przemiana musi rozpocząć się w ludzkim wnętrzu. Ten wewnętrzny porządek może być kruchy, a wartki nurt uporządkowanego życia może zostać zakłócony i zmieniony. Czasem potrzebny jest patyk, który zmienia nurt wody. Symbolicznym patykiem może być niedoszły oprawca. Barbara jest mu winna w gruncie rzeczy wdzięczność, bo to traumatyczne wydarzenie zainicjowało ekspiację, o której kobieta nigdy nie marzyła.

Hanna Samson opowiada także o opresyjnym świecie mężczyzn. To trochę taka historia o zemście na gatunku męskim, który nigdy nie zasługiwał na szacunek. Męskość to agresor i widać to już w pierwszej scenie. Potem autorka kreśli wizerunki typów, którym należałoby wymierzyć sprawiedliwość. Szefowie z pracy, dawny kolega ze szkoły, mąż tyranizujący szkolną koleżankę… Na drugim biegunie ojciec – czuły i ugodowy – z którym Barbara nawiązuje kontakt. Może pierwszy raz w życiu naprawdę. Po ucieczce wszystko zdaje się dziać po raz pierwszy. Co tak naprawdę staje się jednak impulsem do rewizji własnych poglądów?

„Patyk” to opowieść o straumatyzowanym dziecku, które wiecznie kryje się pod stołem, uderzając łyżką w podłogę. O przeznaczeniu i o losie kobiet w kilku pokoleniach, które przekazują sobie bolesne brzemię i nie są w stanie wyzwolić się od powtarzalności. Barbara nie będzie jak matka, babka czy prababka. Weźmie życie w swoje ręce. Naprawdę. Odrzuci tezę o dziedziczeniu losu i wyznaczy własny azymut. U boku kochającego mężczyzny, bo taki też jest możliwy i wcale nie trzeba go daleko szukać. Samson napisała historię o tym, że schronienia szukamy często tam, gdzie otrzymaliśmy najwięcej razów. W przewrotny sposób opowiada o kobiecej samoświadomości i o impulsach inicjujących przemianę. Zaskakuje zakończeniem oraz zmusza do rozmyślań nad prostym pytaniem, które nie brzmi „kim jestem?”, ale raczej „kim się staję?”. To mała powieść o wielkiej przemianie. O takim rodzaju pewności siebie, którego brakuje – kobietom i mężczyznom – na każdym etapie życia, bo do niego potrzebna jest determinacja oraz odwaga. Siła do pożegnań z przeszłością i uprzedzeniami. To też historia smutnego dziecka w ciele dorosłej kobiety. Książka o tęsknotach za tym wszystkim, co było w przeszłości deficytowe. Ujmująca scena dojrzałych kobiet wiszących na trzepaku to też dość czytelna ilustracja tez zawartych w tej książce. Opowieści o niedoskonałości i o tym, jak trudno w niej odnaleźć zwykłą radość życia.

2016-05-18

"Bliskie kraje" Julia Fiedorczuk

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 13 kwietnia 2016

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Spotkania z samym sobą

Prozę poetycką Julii Fiedorczuk pod sugestywnym tytułem "Nieważkość" uznałem za jedno z najważniejszych wydarzeń literackich ubiegłego roku. Z wielkimi nadziejami sięgałem po „Bliskie kraje” i to, co ujęło mnie najbardziej, to ta niezwykła forma niedomykania tekstu, pozostawiania czytelnika w zdumieniu, osłupieniu, smutku lub niekiedy rozpaczy. Fiedorczuk w swych opowiadaniach nie wyjaśnia świata tak dokładnie jak w „Nieważkości”, choć w dalszym ciągu penetruje sfery kobiecych przeżyć. Tych związanych z upływem czasu przede wszystkim, bo nad całym zbiorem unosi się wyraźne przekonanie, że każdy z nas kiedyś przejdzie przez ostatnie zamknięte drzwi, o czym autorka opowiada w pierwszym tekście, „Właśnie tu wybuduję świątynię”. Ta książka nie jest ani naiwną, ani nazbyt patetyczną, ani też dydaktyczną czy bezkompromisową rozprawą z przemijaniem, albowiem ma ono tutaj kilka możliwych znaczeń – bywa opresyjne i frustrujące, ale staje się także źródłem inspiracji. Fiedorczuk stara się szukać tych momentów przemijania, w których spotykamy się ze sobą naprawdę. Niekiedy po raz pierwszy świadomie, gdy dotrze do nas smutna prawda o tym, że dotychczasowe życie nie miało zasadniczej treści i że zabrakło determinacji oraz odwagi, by wywalczyć spełnienie na przekór upływowi czasu. Opowiadania są umiejscowione w konkretnych, realnych sytuacjach, ale w większości przypadków odchodzą od nich na rzecz poetyckiej wizji czy dwuznacznego przesłania. Autorka nie domyka swoich tekstów, bo wyraźnie pokazuje – zaznaczając to w posłowiu – iż język literatury zdolny jest do opisu tylko fragmentu przeżyć oraz interakcji społecznych. „Bliskie kraje” to próba przybliżenia tego, co można zapisać w języku i wyrazić w słowie, oraz wszystkiego tego, co wymyka się werbalizacji i ucieka z naznaczonych niejasnościami światów przedstawionych.

„Jestem taka różna” – mówi o sobie bohaterka „Lśnienia”. Fiedorczuk chce zobrazować różnorodność, ale jednocześnie pokazać całą gamę fundamentalnych pragnień i doznań, które stają się doświadczeniem każdego, ale nie każdy jest w stanie to doświadczenie opisać. Naczelną bolączką w opowiadaniach jest świadomość tego, że miniony czas nie dał satysfakcji, a ten nadchodzący jest tylko niewiadomą. Autorka wykorzystuje ciekawą dychotomię – obrazuje losy naiwnych dziewczynek i dojrzałych kobiet. Jedne stoją u początku swojej drogi życiowej, która naznacza ich pewnego rodzaju niepokojem. Drugie niepokoi przemijanie. To, że jest ono tak rozpaczliwe w swym wymiarze i tak często wiąże się z samotnością. Bohaterki Fiedorczuk żyły czasem nie w swoim imieniu jak sekretarka pisarza z „Rozgwiazdy”, która chce po jego śmierci wchłonąć niewydany dorobek i ślady cudzego życia. Czasami musiały postawić się w opozycji wobec życia i człowieczeństwa, by poznać smak lepszej formy istnienia – tu nasuwa się skojarzenie z tekstem „Imago”. To także bohaterki podróżujące, poszukujące odpowiedzi na niezadawane do tej pory pytania. Niekiedy – opowiadanie „W drodze” – przemierzają tysiące kontynentów tylko po to, by zrozumieć jedną linijkę wiersza. Wszystkie odczuwają pewien dyskomfort istnienia i rozpaczliwie próbują wydobyć z niego coś, po co do tej pory nie sięgały. Są zdeterminowane, smutne i gotowe na wszystko. Zmiana jawi się jako stan oczekiwany od lat, ale nigdy niezrealizowany. Czy wystarczy na nią czasu, skoro jego upływem nie możemy manipulować i jest on tak okrutnie bezlitosny?

Julia Fiedorczuk opowiada także o ludziach zbędnych i nieadekwatnych do rzeczywistości. W opowiadaniu „Strefa unikania” portretuje człowieka, który nie wziął życia w swoje ręce i zawęził własny horyzont myślowy. Tu autorka snuje rozważania nad tym, dlaczego sami potrafimy sobie skutecznie zasłonić świat. Proponuje także światy alternatywne. Te wybierają bohaterki opowiadań „Bliskie kraje” i „Zetka”. Stają się kobietami marginalizowanymi. Takimi, które nie uczestniczą w głównym nurcie życia, a ich porządek kształtowany jest przez coś, co dla innych jest źródłem niechęci, czasem obrzydzenia. Paradoksalnie ci zmarginalizowani bohaterowie zdają się odczuwać więcej niż inni. Plastyczne opisy ich świata wyzwalają ciekawość. W tych światach nie ma tak wielu tęsknot, chociaż Ewka z „Bliskich krajów” tęskni za miłością i szuka jej namiastki.

Opowiadania Fiedorczuk konfrontują ze śmiercią. W sposób najbardziej czuły chyba w opowiadaniu „Mech”. Bezkompromisowo i okrutnie w „Strefie unikania”. To nie tylko kwestia przejścia przez przywołane na wstępie ostatnie drzwi. To także czas ostatecznego rachunku sumienia. Kres możliwości, doznań i przeżyć. Przejmujący i przerażający jak zapowiedź wojny pod różnymi postaciami – także przecież obecnej w kilku tekstach. O ile śmierć jest ewolucyjną formą zamknięcia życia, o tyle wojna jest okrucieństwem, w którym odbiera się szanse na odnalezienie wewnętrznej harmonii. Wojna to chaos i bestialstwo. Podobnie jak tendencja ludzka do niszczenia środowiska i do wyrywania światu wszystkiego bez wzajemności, bez oddawania i bez podziękowań. Teksty Fiedorczuk odnoszą się także do globalizacji oraz kilku aspektów kultury masowej. W „Punku dla menadżerów” na przykład obserwujemy, w jaki sposób poezja wchodzi w sferę popkultury. Fiedorczuk sygnalizuje także kilka chorób cywilizacyjnych i ustawicznie powraca do poczucia osamotnienia. Nie pozwala bohaterom wyzwolić się od niego, w związku z czym muszą się z samotnością oswoić. To także ma swoją cenę. Przeżywanie i używanie świata zawsze u Fiedorczuk ma swoje konsekwencje.

„Bliskie kraje” to opowieści tajemnicze i takie, w których ludzka egzystencja jawi nam się jako walka na kilku możliwych frontach. To opowiadania o tożsamości. O tym, ile sił musimy włożyć w to, by żyjąc, nie zapominać siebie, by pisać siebie na nowo, od nowa definiować, być ze sobą w zgodzie i bez wahania sięgać po każdy kolejny dzień. Julia Fiedorczuk proponuje prozę zaangażowaną w problemy współczesnego świata, silnie osadzoną w polskich realiach, ale jednocześnie uniwersalną – opowiada bowiem o obliczach strachu oraz o różnorodnych nadziejach. Opowiada o obietnicach lepszego jutra oraz złudzeniach, w których żyjemy, nie spodziewając się jakiejkolwiek odmiany kolejnego dnia. Ujmujące i zaskakująco trafne w obrazowaniu złożoności świata przeżyć opowiadania, które mocno zapadają w pamięć. Pozostawiają w niej ślad, który może uwierać. Bo życie to ciągłe poczucie tego, że coś na umyka i że czegoś nie zrobiliśmy. Fiedorczuk mnoży zagadki oraz pytania, oswajając ludzką niepewność i niepokój XXI wieku.

2016-05-16

"Kuba. Syndrom wyspy" Krzysztof Jacek Hinz

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 25 kwietnia 2016

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41,90 zł

Tytuł recenzji: Czuła i trudna bliskość

Książka Krzysztofa Jacka Hinza to niebanalny reportaż opowiadający o dwóch drogach ewolucji. Po pierwsze: o tej autorskiej. Hinz związany był z Kubą od 1977 roku, kiedy poznawał atrakcje i absurdy kraju, mieszkając w akademiku. Jego kubańska droga prowadzi od naiwnych marzeń i fascynacji do kariery dyplomatycznej. Autor mógł więc przyjrzeć się krajowi Fidela Castro z wielu różnych perspektyw. Czasem było śmiesznie, czasem strasznie. Hinz obserwował uważnie i angażował się w życie Kuby na tyle silnie, by wyrażać na kartach tej książki wyjątkowe przywiązanie do tego kraju. Kraju, gdzie na dekady czas właściwie się zatrzymał i gdzie pękające kajdany reżimowe uwalniały pokłady nowych oczekiwań, różnorodnych emocji, strachu i wielu nadziei. „Kuba. Syndrom wyspy” to zatem książka o silnej zależności – o miłości do miejsca, które trudno było przez dłuższy czas kochać, i o marzeniach Kubańczyków, którzy latami nie znali Bożego Narodzenia, żyjąc w swoistym więzieniu, naznaczeni przez propagandę i inwigilację. Hinz zdecydował się na późną publikację, bo chciał uważnie przemyśleć swój emocjonalny i ideologiczny związek z Kubą. U progu niewiadomego, gdy kraj otwiera się na świat i nie ma jeszcze pojęcia o tym, jaką drogą będzie podążał w XXI wieku, otrzymujemy zbiór analiz i ważnych pytań – wiele z nich nadal nie ma odpowiedzi.

W opowieściach Hinza groteska łączy się z mrokiem. Z jednej strony świetnie się bawimy, czytając o krowie – przodowniczce udoju, o niefrasobliwości kierowców autobusów czy o świni hodowanej w wannie, z drugiej jednak – dostrzegamy, że bycie zagranicznym dziennikarzem na Kubie bywa bardzo niebezpieczne, a niektóre opowieści przypominają scenariusze filmów gangsterskich. Ten dualizm to także perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Otrzymujemy opisy tego, jak trudno było być korespondentem w kraju, który zawłaszczał sobie prawdę i oferował tylko swój własny wizerunek tego, co właściwe i słuszne. Depeszowanie o kubańskich absurdach wiązało się z ryzykiem utraty pracy. Każdy ruch, każde słowo mogły być wyrokiem. A przecież Hinz pokochał Kubę bezgranicznie, stał się jej częścią, odnalazł w tym świecie wypaczonych wartości i szaleństw dnia codziennego, w którym dzielni Kubańczycy zmuszani byli do tego, by walczyć o przetrwanie każdego kolejnego dnia.

Punktem wielu odniesień siłą rzeczy jest postać Fidela Castro. Człowieka zawłaszczającego sobie skrawek archipelagu antylskiego, gdzie twardą ręką rządził tak długo, że wręcz niewyobrażalne jest określanie kubańskiej rzeczywistości bez jego udziału. On tę rzeczywistość doskonale ukształtował. Potężny manipulator każdą swą porażkę był w stanie przekuć w sukces. Potrafił wmówić Kubańczykom, że ich kraj to jedyna ostoja porządku i normalności, a reszta świata – poza aktualnymi sojusznikami – chce jedynie rozsadzić od wewnątrz ład sankcjonowany przez jedynego słusznego wodza kraju. Hinz portretuje okresy, w których polityka Castro doprowadzała kraj do zapaści, i sygnalizuje, że nikt nigdy nie rozliczył ogromu niesprawiedliwości i krzywd, które spadały na Kubańczyków. Ci zamknięci na przestrzeni wyspy byli mentalnie więzieni. Bo dla wielu Kuba stawała się więzieniem. Miejscem, w którym należało stworzyć silną wspólnotę, by nie czuć samotności oraz wyobcowania. Castro doskonale przez lata grał na nastrojach społecznych. Tworzył je. Pielęgnował. Nie tylko narzucał poglądy, on je po prostu wymyślał i sankcjonował.

Tymczasem Kuba Hinza to kraj niezwykle przyjaznych mu ludzi, których prywatne historie współistnieją z narracjami o potędze i powolnym upadku rewolucji. Autor z dużą dokładnością prezentuje losy kubańskiej opozycji – nie tylko politycznej. Jednocześnie nakreśla losy szarych ludzi. Takich zbędnych, którzy walczą o uwagę i o każdy kolejny dzień. Strzegąca swej autonomii Kuba jest krajem codziennych bolączek i absurdów. Różnego rodzaju reglamentacji. Przekłamań i dwuznaczności. Już od początku trudno ustalić, co na Kubie jest złudzeniem, a co rzeczywistością. Hinz portretuje prozę życia w kraju, który dba o naród, a w pogardzie ma pojedynczego obywatela.

„Kuba. Syndrom wyspy” niezwykle ciekawie opisuje lata skomplikowanych relacji amerykańsko-kubańskich. Przyglądamy się losom tych, którzy z różnych względów znaleźli się na pograniczu, choć nie przeprawiali się przez morze, by szukać ocalenia w pobliskim Miami – symbolu innego i lepszego świata. Autor rozmawia z tymi przedstawicielami opozycji, którzy traktują Amerykanów inaczej, niż kazano ich traktować. Jest także przejmująca opowieść o człowieku wracającym na Kubę po latach emigracji i po wielkiej dawce zła, jaką otrzymał w swej ojczyźnie. Opozycjoniści stale podkreślają, że ich działania są spójne i uporządkowane. Potrafią zbudować trwały front sprzeciwu. Dzisiaj nie jest im potrzebna aż tak wielka determinacja jak przed laty. Hinz opowiada więc o buncie, przywiązaniu i poczuciu, że kubańska rzeczywistość – tak trudna do przemodelowania – jest czasem przestrzenią, w której miłość i nienawiść splatają się wyjątkowo ściśle i równie wyjątkowo przywiązują do wyspy.

To także książka o podróżach, powrotach i o sentymencie. Opowieść o specyficznej mentalności często wyrażanej w języku ulicy albo nowomowie propagandy. Krzysztof Jacek Hinz pisze w taki sposób, że odczuwa się niedosyt tych opowieści. Jest barwnie i szczegółowo, ale chciałoby się więcej. Bo ten reportaż zaraża pasją i miłością. Bliskością z krajem, który zawsze był bardzo trudny do zrozumienia i zaskakująco często zaprzątał uwagę światowej opinii publicznej. Autor sygnalizuje, kiedy pojawiały się pęknięcia, za którymi stoi dziś wyraźny model przemiany, oraz potrzeba otwarcia na świat, nadrobienia straconych lat. Hinz jednocześnie portretuje lata minione jako okres niezwykłych doznań. Być może niemożliwych do przeżycia w żadnym innym kraju. Tytułowy syndrom, czyli specyficzna zdolność oglądu rzeczywistości, pozostaje w autorze na zawsze. Kuba jawi się nam jako kraj, w którym możemy się znaleźć, którego możemy zasmakować. Sugestywne i plastyczne opisy Hawany idą w parze z pełnym czułości opowiadaniem o kubańskich niedostatkach. Hinz zwraca uwagę na to, że w świecie wiecznego niedoboru oraz niezaspokojonych potrzeb można znaleźć spełnienie i uwierzyć sercu, które wciąż każe powracać i wciąż dba o to, by widzieć wyspę z wielu różnych perspektyw. Pouczająca książka, świetnie napisana, wieloznaczna i czytelna. Autor musiał wielokrotnie lawirować między prawdą a zmyśleniem, by pozostać na Kubie. Dziś jest tam mentalnie cały. Opowiada o tym szczerze i bez żadnego przekłamania.

2016-05-13

"Fatum i furia" Lauren Groff

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 430

Tłumacz: Mateusz Borowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wiwisekcja związku

Książka Lauren Groff to kolejny marketingowy produkt wywołujący falę komentarzy wszędzie tam, gdzie zostanie opublikowany z metką arcydzieła polecanego przez samego Baracka Obamę. Opowieść została podzielona na dwie części i zmusza niejako do tego, by każdą z nich osobno omówić, bo całość tworzą dwie dość energetyczne i bardzo zróżnicowane narracje. Groff w pierwszej części daje z siebie wszystko i to widać w popadającej w pretensjonalność części drugiej, gdzie niejako potencjał się wypala, a powieść podąża w stronę nadmiernego dydaktyzmu i równie przesadzonego dramatyzmu. Kiedy czyta się „Fatum”, można igrać z licznymi odniesieniami do tekstów literatury i kultury. Można czytać Szekspira w kontekstach i przyglądać się współczesnym odczytaniom tragedii greckiej. Najbardziej interesujące stają się postacie odległego planu, niespełniony samotnik i florydzka syrena, rodzice głównego bohatera. Poza zabawą z konwencjami i przesłaniami w pierwszej części mimo wszystko wieje nudą. „Furia” stara się nadrobić rozczarowania czytelnicze, ale podąża w stronę przewidywalnego traktatu o istocie małżeństwa. O tym, że jest to zazwyczaj ścieranie się ze sobą, i o tym, że każda para nosi w sobie mroczne sekrety, skryte w niedopowiedzeniach, ujawniane stopniowo, cementujące związek czasem w sposób toksyczny, najbardziej jednak widoczne tam, gdzie nie sięga wzrok postronnego obywatela. U Groff mamy za to naprawdę wszechwiedzącego narratora – kojarzonego z różnymi funkcjami z historii literatury – który dosadnie komentuje rzeczywistość i przenosi nas także w przyszłość, bo narracja ta to powieść rozpięta między pełnymi uroku latami dziewięćdziesiątymi XX wieku a czasem, do którego jeszcze nie dotarliśmy, a gdzie ulokował się głos rozsądku wskazujący czytelnikowi, jak powinien odbierać i interpretować część scen, zachowań i słów.

„Fatum i furia” to opowieść o deficycie miłości oraz o jej nadmiarze w życiu. Jedno i drugie może być przekleństwem, ale prawdziwy dramat rozegra się wówczas, gdy żyć będą obok siebie osoba przekonana o tym, że nie jest warta żadnego uczucia, i ta, która uważa, że kochać ją powinien każdy. Oto oni, małżeństwo na językach innych. Mathilde Yoder i Lancelot Satterwhite. Powieść rozpoczyna przesycony słodyczą obraz, w którym widzimy tych dwoje, jak przemierzają plażę i penetrują swoje ciała – nierozłączni i nienasyceni. Połączył ich przypadek, wzięli ślub błyskawicznie. Wszystkich wokół – a jest tych bohaterów sporo i każdy ma przypisaną przez Groff konkretną rolę w tej historii  – dziwi fakt tak wielkiego szczęścia w obliczu tylu niewiadomych. Kochankowie, a zaraz potem małżonkowie mają mgliste pojęcie o sobie. Dają się porwać uczuciu zbudowanemu na wątpliwym fundamencie. A jednak są ze sobą ponad dwadzieścia lat. Towarzyszymy im na co dzień, zgłębiając jednocześnie ich przeszłość. Tam kryje się sporo zagadek, a jednocześnie czytelne autorskie przekonanie o tym, że wspólne życie powinno się budować także na tych osobnych, które już minęły.

Wspomniałem na wstępie, że Lauren Groff świetnie konstruuje postacie odległego planu. To ojciec i matka Lancelota. Cudownego chłopca z florydzkiej prowincji, który w innym świecie wcale nie będzie tak cudowny, choć towarzyszyć mu będzie aura niezwykłości budowana w pocie czoła także przez małżonkę. Ojciec opuścił Lotta bardzo szybko. Zdążył dać mu życie i obdarzyć go miłością, jakiej sam nigdy nie zaznał. Dużo bardziej skomplikowana jest sytuacja z matką. Religijność będzie szła u niej w parze z podłością. Nigdy nie zaakceptuje wyboru syna. Nigdy nie spotka się z synową. Wciąż będzie roić marzenia o tym, kim mógłby stać się jej syn, gdyby pozostał z nią na Florydzie. A porzucony przez Lancelota świat młodości wraca do niego pod postacią siostry i ciotki. Wróci również w innej formie, ale pozna ją przede wszystkim Mathilde. Tymczasem zmuszona jest do tego, by podjąć wyzwania prozy życia i przez lata utrzymywać męża – niespełnionego aktora, cementując ich bliskość specyficzną formą oddania.

Lauren Groff opowiada o oddaniu i o zemście. O tym, że budowany na oczach wielu obserwatorów związek może być wewnętrznie toksyczny, choć przecież małżonkowie trwają przy sobie latami i wspierają się w każdy możliwy sposób. Nic odkrywczego, prawda? Widoczne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy Lotto z roli odtwórcy przechodzi do roli twórcy. Staje się uznanym dramatopisarzem. Dokonuje śmiałych rewizji tego, co udokumentowali starożytni twórcy. Sięga po klasyków, by mówić z nimi innym głosem. Nie spodziewa się, jaki związek z tym wszystkim ma Mathilde. Nikt nie spodziewa się tego, co może kryć w sobie ta tajemnicza, zdystansowana do świata kobieta, u której duma gra w mroczną grę z upokorzeniami. Bo to Mathilde ma być wyrazicielką antycznej furii i to w jej biografii zamknie się wszystko, co najbardziej dramatyczne. Groff rozsadza napięcie pierwszej części książki, bo oczekuje się na jakieś spektakularne rozstrzygnięcia. Czytanie o pożyciu i sukcesach tego małżeństwa po pewnym czasie usypia czujność. Mathilde będzie nosić w sobie wystarczająco wiele mrocznych sekretów, by uczynić z tej powieści dynamiczną historię o braniu odwetu za coś, czego doświadczyło się jako specyficznego prezentu od życia.

„Fatum i furia” to zręcznie napisana powieść, która najpierw jest śmiertelnie nudna, a potem stara się nadrobić to w postaci historii z nagromadzeniem wszystkich możliwych traum życiowych. W efekcie otrzymujemy powieść, w której najpierw – dla zabicia nudy – wydobywamy te wszystkie nawiązania kulturowe, które Groff nazywa na nowo i którymi żongluje na tyle sprytnie, że prezentuje ich nowe odczytania, a potem rozpaczliwie próbujemy nadążyć za natłokiem wydarzeń pominiętych w pierwszej części zdecydowanie zbyt monotonnej narracji. W efekcie otrzymujemy historię dość zwyczajnych przesłań. Misterna konstrukcja zakłóciła autorce łączność z rzeczywistością na tyle silnie, że Groff popełniła mimo wszystko powieść wtórną i zbyt wyraźnie dręczącą dydaktyzmem. „Fatum i furia” to opowieść o egoizmie, strachu, próbach racjonalizowania demonów przeszłości, a przede wszystkim wiwisekcja związku, z której wynika niewiele więcej niż to, co zostało już powiedziane przez wielkich amerykańskich pisarzy – mnie nasunęło się skojarzenie przede wszystkim z "Parami" Updike’a. Tajemnice sankcjonowane są na początku jako pewniki, do których czytelnik wróci potem. Ich wyjaśnianie to kilka lekcji o tym, w jaki sposób ludzka psychika odreagowuje trudy egzystencji i czym jest międzyludzki kompromis uczuciowy, na ile można go unieść przez lata oraz z jakimi konsekwencjami będzie się wiązał. Summa summarum – jest to książka wyróżniająca się przede wszystkim tym, jakie głosy w mediach uruchomiły jej życie i jak mocno komercyjne stało się głoszenie wszem wobec, że Groff zaskakuje i uwodzi. Tymczasem – by nazwać to dosadnie – zwyczajnie nudzi, opowiadając wciąż tę samą historię o złożoności związków, w których każdy walczy o swoją pozycję na swój wewnętrzny sposób.

2016-05-11

"Odgłosy rosnących bananów" Ece Temelkuran

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 maja 2016

Liczba stron: 400

Tłumacz: Anna Mizrahi

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det. 39,90 

Tytuł recenzji: Wielogłos i cisza

Ważna i piękna jest książka Ece Temelkuran. Turecka pisarka opowiada w niej o prawdziwym sercu Bliskiego Wschodu. Budując panoramiczną narrację, odchodzi od introwertyzmu charakteryzującego pisarzy tamtego rejonu, by opowiedzieć o losach mieszkańców pewnego bloku przy wzgórzu Jetawi w libańskim Bejrucie. „Odgłosy rosnących bananów” to intymna proza wyznania – pokazuje fatalizm Bliskiego Wschodu, jego wewnętrzne sprzeczności i wszystko to, co skazuje go na przekleństwo. Temelkuran chce wyjść naprzeciw tym wszystkim krzywdzącym opiniom, w których region ten jest niewłaściwie rozpoznawany, zanim naprawdę da się poznać. To książka o ludziach i o mieście. O różnych obliczach wojny, która wciąż płynie w żyłach bejrutczyków. O tym, że najważniejsza jest ludzka historia, jej niepowtarzalność. Także o tym, że można się w niej zagubić, kiedy gubi się świat oddany na pastwę wojennego lub powojennego chaosu. Narracja Temelkuran opowiada też o Bejrucie. Może przede wszystkim o tym mieście. Pięknie obrazuje, w jaki sposób budujemy w sobie dom i jak w tym domu żyje nasza ojczyzna naznaczona niepokojami i różnorodnością wpływów.

We wspomnianym bloku ludzie żyją w symbiozie ze śmiercią. Jest ona obecna w ich pamięci tak jak wojna, która w finale narracji puka znów do drzwi. Ludzie Temelkuran noszą w sobie pamięć takiej formy świata, w której musieli dopasować się do niepokoju, przemocy i szaleństwa. Usiłują żyć normalnie i starają się nazwać przestrzeń własnego domu. Stworzyć własne opowieści. Przeżyć coś do wewnątrz, gdzie zagląda narrator. Być tym wszystkim, co zostało utracone, bo mimo wszystko wiele można odzyskać. Pan Hâdi traci kontakt z rzeczywistością. Jego wielowymiarowa samotność mogłaby udzielić się wszystkim wokół. Opiekę nad nim sprawuje Zeynab. Zgorzkniała kobieta, która żyje wyobcowana w domu pełnym nakazów, brzydząc się dobroczynnością i nieustannie kontrolując, bo żyła w chaosie i porządek jest wszystkim, co może zorganizować jej życie. Dozorcą jest Marwan, wielbiony przez insekty zakładające republikę w jego domostwie. Syryjczyk bez tożsamości w Libanie, który zbliża się do Filipiny, także niebędącej zakorzenioną w Bejrucie. Filipina poniosła chyba największą wojenną ofiarę. Jej matka najpierw ukatrupiła boga kałasznikowem, by potem zostać ukatrupioną przez izraelską bombę. Oboje usiłują zajrzeć w siebie i zbliżyć się na tyle, by odnaleźć bezpieczną przestrzeń. Taką, w której znajdzie się cisza, gdy usłyszeć można dźwięki wydawane przez banany. Bo bohaterowie Temelkuran przycupnęli gdzieś na chwilę i chcieliby otrzymać choć namiastkę spokojnego świata. Takiego, w którym można usłyszeć subtelne dźwięki – różne od bomb, ludzkich nawoływań, od wojennej kakofonii.

Niemym bohaterem jest Bejrut. Miasto różnorodności, ludzi o złamanych sercach. Miasto gniewu i przemocy oraz wielkiej czułości jednocześnie. Miejsce, gdzie prawdziwe bohaterstwo bardzo często kryje się w cieniach smutku. Bejrut opowiada się sam. To nie tylko błyskotliwa personifikacja, której autorka użyje w jednym z rozdziałów. To miasto, w którym jak nigdzie indziej można naprawdę poznać skomplikowanego ducha Bliskiego Wschodu. Bo Bejrut nosi w sobie znamię wojny i rodzi życie w wojennych ruinach. Podzielony, wciąż na nowo odtwarza swą skomplikowaną tkankę miejską – by nieść nadzieję, jednoczyć ludzi, wydobywać z nich pasje i skryte marzenia oraz by pogrążać ich w mroku, gdy wściekłość i przemoc ponownie przypominają o sobie.

Temelkuran napisała przejmującą narrację o Libanie, która razem z książką „Jalo” Iljasa Churiego tworzy piękny i nostalgiczny dwugłos o miejscu, gdzie chęć życia walczy z wojennym unicestwieniem w wielu różnych wymiarach. Okrucieństwo wojny dotknęło w nastoletnim wieku Jana, który dziś chełpi się podbojami seksualnymi, by z każdą kolejną kobietą zapomnieć o swym naznaczeniu homoseksualizmem. Jan wziął z wojny to, co najgorsze. Zapamiętał ją i zachował w sobie z tą brutalną bezkompromisowością – podobnie jak bohater powieści Churiego. Ta młodość naznaczona wojną będzie stanowić o późniejszej dorosłości pełnej cynizmu i dystansu do świata. Ece Temelkuran chce dać szansę swojemu Janowi tak jak innym bohaterom. Chociażby Deniz, która studiuje i mieszka w Oxfordzie, zdystansowana i samotna. Jej bliskowschodnia tożsamość to tureckie utknięcie gdzieś pomiędzy. Deniz nie należy ani do Wschodu, ani do Zachodu. Decyduje się na podróż do Bejrutu, gdy zrozumie, jak bardzo jest wyobcowana w tym bezpiecznym i sytym świecie, gdzie o Bliskim Wschodzie rozmawia się czysto teoretycznie przy grillu czy dobrym trunku.

Ciekawa jest gra zaimków w poszczególnych częściach książki. Podkreśla dwuznaczność prezentowanych perspektyw. Wciąż jesteśmy mimo wszystko obok zdarzeń i postaci. Wciąż możemy zrozumieć tylko tyle, ile będziemy w stanie unieść. Bo bejrutczycy są niezwykle złożeni, choć wszyscy pragną tego samego – własnego miejsca na ziemi oraz własnej uporządkowanej historii. Ece Temelkuran opowie o tym rodzaju złożoności ludzkiej natury, który wynika z przynależności do kraju i regionu naznaczonych przez skrajności i przemoc. O niej samej, w wojennym kontekście, opowiada doktor Hamza, ojciec Filipiny. Jego wstrząsające i czułe listy to opowieść o tym, ile jest wojennych frontów i jak bardzo wojna może wejść pod skórę. „Odgłosy rosnących bananów” będą zatem książką w pewnym sensie rozliczeniową. Zadającą wiele niewygodnych pytań i portretującą żywe miasto poprzez biografie jego mieszkańców. To książka, w której Wschód i Zachód naprawdę się spotkają. Staną obok siebie w niezdecydowaniu i zaskoczeniu. Chodzi o to, by zrozumieć wieloznaczne nieszczęście i cierpienie. Wiedzieć, że na nim także można, a nawet trzeba budować nowe życie. Własny dom. Własną opowieść. Są rzeczy, których wojna ludziom nie odbiera. Niekiedy je przeklinamy. To pamięć. Temelkuran napisała, w jaki sposób jej bohaterowie mierzą się z zapamiętywaniem i przypominaniem sobie. Proza niezwykła, w której poetyckie metafory łączą się z błyskotliwą ironią i bolesnym naturalizmem. Rzecz, w której spotyka się wiele światopoglądów i kilka tradycji. Opowieść o przemocy, która nie jest stanem naturalnym, i o ludziach usiłujących się z niej wyzwolić. O ludzkiej intymności, którą odbierają przemoc i wojna. O tym, że stwarzamy sobie światy w wyobraźni, by żyć w nich godnie. O niespełnionej obietnicy i tym rodzaju ciszy, za którym każdy z nas tęskni.


PATRONAT MEDIALNY