FILM
Gatunek: dramat
Tytuł oryginalny: Yek tasadef sadeh
Produkcja: Iran/Francja/Luksemburg
Czas trwania: 102 minuty
Data polskiej premiery: 20 lutego 2026
Tytuł recenzji: Dylematy mścicieli
Dotychczas bardzo ceniłem irańskie kino za znakomite pogłębienie problematyki obyczajowo-społecznej, która w minimalnym stopniu lub nawet wcale nie odwoływała się do reżimu panującego w tym kraju. Irańscy twórcy wiedzieli, jak obchodzić dosłowność, zamieniając swoje obrazy w historie, w których w zawoalowany sposób pokazywali, że to system polityczny sprawia, iż bohaterowie tkwią w zaprezentowanych sytuacjach. Dlatego zaskoczyła mnie dosłowność i bezkompromisowość Jafara Panahiego, który nie dość, że wprost rozprawia się z bezdusznym systemem i równie wprost pokazuje jego ofiary, ale również tworzy film będący mieszanką kilku gatunków: od czarnej komedii sytuacyjnej po brutalne kino polityczne. Najbardziej cennymi aspektami „To był zwykły przypadek” są przede wszystkim nieprzewidywalność tego obrazu, zaskakujący kolaż ujęć, w których widać kumulację ludzkiej wściekłości, a wszystko w konwencji ekscentrycznego filmu drogi, którego koniec antycypujemy, a jednak mimo wszystko najbardziej mrozi ostatnia scena, a rozlegające się w niej skrzypiące dźwięki pozostają w głowie na zawsze.
Początek pozwala widzowi na wyrobienie sobie opinii o głównym bohaterze, ale poczynione wówczas spostrzeżenia mogą skomplikować to, jak ocenia się go później, kiedy traci głos, a przemówić mogą skrzywdzeni ludzie. „Skrzywdzeni” to eufemizm. Nie mam pojęcia, jak okrutne zdarzenia stały się ich udziałem, bo kipiące żądzą zemsty twarze i dynamicznie poruszające się sylwetki jedynie podkreślają: ci wszyscy ludzie wyszli z piekła zafundowanego im przez reżim. I noszą tak bolesne blizny (psychiczne i fizyczne), że mimo upływu czasu wspomnienia zacierają granice zdrowego rozsądku. Panahi nie opowie prostej historii o wyrównywaniu rachunków. Ale czy na pewno wydarzyło się to, co prezentują tu kolejne głosy i kolejne postacie dołączające do tej ekscentrycznej wędrówki ku wymierzeniu sprawiedliwości?
Jak wspomniałem: początek robi z widzem swoje. Już w pierwszych minutach filmu możemy się zastanawiać nad kondycją moralną prowadzącego samochód mężczyzny; bardzo wiele wątpliwości budzi reakcja na zdarzenie drogowe, która powinna być zgoła inna. Potem ten wstęp ułatwia nam – lub utrudnia – uwierzenie w treść retrospekcji przywoływanych (fragmentarycznie, ale bardzo dosadnie) przez grupę osób, których pozornie nic nie powinno łączyć. A połączył dramat, po którym żadna z nich nie doszła do siebie, nie nauczyła się żyć bez pamiętania. Bo nie można zapomnieć upokorzenia, upodlenia, igrania z własnym życiem, wszelkich form fizycznych tortur. Tak, irański reżim ma się tu bardzo dobrze i niekoniecznie tworzą go dwaj mało ogarnięci stróże porządku publicznego, którzy nawet łapówkę przyjmą za pomocą terminala, kiedy zbliża się moment odkrycia prawdy, a jeden z bohaterów ratuje pozostałych dzięki swojej karcie płatniczej.
Systemowa bezduszność, wielokrotne i okrutne przesłuchania, odbieranie ludziom godności i stawianie ich wobec sytuacji granicznej – to jest prawdziwe oblicze systemu, który rządzi światem przedstawionym. Wszystkich bohaterów skrzywdził podobnie, ale każdy inaczej na to reaguje. Dlatego fabuła podąża w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku – aż do przejmującego finału. Jednak wcześniej wiele jeszcze się wydarzy.
To trochę tak, jakby w jakimś mrocznym kręgu poruszali się najpierw dwaj antagoniści, a potem przyłączali się do nich kolejni uczestnicy tego makabrycznego tańca, którzy są gotowi pomóc jednemu z nich, ale siła odśrodkowa czyni ich bezradnymi i bezwładnymi. Podejmują decyzje, z których się wycofują. Tworzą plan, podczas realizacji którego wychodzą na jaw mocno zarysowane antagonizmy. Mamy przede wszystkim postać, która z konkretnych powodów milczy, i ludzi wydających wyrok w sprawie tego, co wyrządzono im w przeszłości.
Najciekawsza wydaje się postać irańskiej fotografki, która na wszelki wypadek zabiera ze sobą chustę, by nonszalancko zasłonić nią włosy dopiero wtedy, gdy już naprawdę musi to zrobić. Ona wydaje się tu głosem rozsądku, którego pozostałym bohaterom brakuje. Każdy jest w zupełnie innej życiowej sytuacji, na innym etapie życiowej drogi. Niektórzy czują, że przegrali życie, inni marzą o nowym, na przykład biorąc właśnie ślub. Poza tym jest furgonetka, dużo jeżdżenia po irańskich ulicach niczym po labiryncie i sporo mniej lub bardziej przesyconych wściekłością monologów i dialogów.
„To był zwykły przypadek” to nie tylko film, w którym dużo się mówi, ale także kompulsywnie działa. Zmieniają się sojusze, grupa porywaczy ich rzekomego krzywdziciela z przeszłości zgodna jest tylko w jednym: pragnieniu wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę. W gniewie i rozpaczy. Ale i z mnóstwem wahań. Panahi komplikuje wizerunek wzajemnych relacji i udaje mu się to znakomicie. Film ma być pozornie opowieścią o tym, jak dawne ofiary reżimowego potwora od przesłuchań chcą, by przeżył przed śmiercią choć część ich męki, która uczyniła z nich takich, a nie innych ludzi. Ale nie ma tu żadnych uproszczeń, choć nie ma również relatywizacji zła. Jedynym zasadniczym minusem jest zwyczajne usunięcie z filmu dwójki bohaterów, którzy po prostu nagle przestają pojawiać się na ekranie. To, jak odchodzi kolejny, jest pokazane i wcześniej uzasadnione. Pozostają wspomniana fotografka oraz człowiek, który zainicjował szaloną zemstę, bo nie czuł się na siłach, by przeprowadzić ją samodzielnie, na swoich warunkach.
Jesteśmy postawieni wobec sytuacji, w której niekwestionowane zło, jakiego doznali zwykli Irańczycy, zderza się z ich antysystemową dobrocią, empatią, chęcią wsparcia rodziny największego nawet okrutnika z przeszłości. Ale w nich samych wciąż buzują skrajne emocje. Wiele jest artykułowanych w sporach lub monologach, jednak najwięcej ukazuje oglądającym mowa ciała: dzięki temu lepiej widzimy złożoną strukturę tego filmu, który jest z jednej strony bardzo bezpośredni w swym przekazie, z drugiej jednak – pokazuje jednostkę ludzką doświadczoną okrucieństwem jako kogoś, kto jest gotów wybaczyć, a nawet dąży do udzielenia ekspiacji za wszelką cenę, bo tylko to da jakikolwiek komfort dalszego życia.
Film dla widzów, którzy lubią być zaskakiwani: irański reżyser żongluje konwencjami, włącza elementy surrealizmu i bardzo mocnej groteski, ale jednocześnie od początku do końca zaznacza ogólne założenie tego filmu. Świetny dobór postaci i bardzo dobre aktorstwo przyciągną uwagę na równi z kalejdoskopem nieprzewidywalnych zdarzeń. Dynamiczne kino o czymś, w czym utknęło się na zawsze: o potrzebie wymierzenia sprawiedliwości we w miarę humanitarny sposób. Ofiary reżimu nie chcą postępować jak reżim. Zagubione w swych emocjach i impulsywnych działaniach prezentują dynamiczne kino, od którego trudno się oderwać.
Plakat z materiałów promocyjnych Aurora Films
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz