2026-07-28

„Widzę, że interesuje cię ciemność” Illarion Pawliuk

 

Wydawca: Wydawnictwo Insignis

Data wydania: 29 lipca 2026

Liczba stron: 559

Przekład: Iwona Czapla

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,99 zł

Tytuł recenzji: W piekle umysłu

Mam wrażenie, że Insignis Media uknuło mroczny plan corocznego nokautowania ambitnych czytelników dzięki powieściom, które na zawsze wchodzą pod skórę. Po znakomitym „O” Mikiego Liukkonena, uznanym przeze mnie za najlepszą książkę ubiegłego roku, przyszła do mnie czarna koperta, a w niej powieść wstrząsająca umysłem podobnie jak wspomniana wyżej. I choć każda z nich porusza zupełnie inną tematykę, to mam wrażenie, że jednak mają wiele wspólnego. „Widzę, że interesuje cię ciemność” – już sam tytuł to wydawniczy strzał w dziesiątkę – także będzie o depersonalizacji, problemach adaptacyjnych ludzkiego umysłu we współczesnym świecie, a także o tym, że świadomość, a jeszcze bardziej podświadomość mogą być piekłem, z którego wydostanie się nie przynosi ekspiacji ani iluminacji. Wręcz przeciwnie: popycha w kierunku czegoś jeszcze bardziej potwornego. Ujrzenia rzeczy takimi, jakie są. Siebie takim, jakim się jest. I bezkompromisowej rzeczywistości, w której Illarion Pawliuk mimo wszystko wciąż mocno utrzymuje swoją surrealistyczno-oniryczną fabułę, której dał mozaikowy, mocno wstrząsający obraz.

Paralela tych dwóch powieści jest – w moim odczuciu – dużo szersza niż wspominam na wstępie, ale po ubiegłorocznej przygodzie czytelniczej z nieżyjącym już fińskim pisarzem otrzymuję książkę, przez którą przechodzi się z narastającym niepokojem i ze świadomością, że nie ma powrotu. Pawliuk konfabuluje, przestrzega, umiejętnie skraca dystans między tym, co niemożliwe, a tym, co trudne do zrozumienia, jednak przede wszystkim proponuje nam przerażającą podróż. W znaczeniu dosłownym jej przebieg wpasowuje się w materiały promocyjne tej powieści. Mnie jednak chodzi o inną podróż. Wchodzenie w głąb siebie, które grozi brakiem powrotu. To historia człowieka, który postradał zmysły w otoczeniu dbającym o to, by wszystkie one były wyostrzone. Przede wszystkim czujność. Jak podczas działań wojennych w Afganistanie, które przyniosły nie tylko syndrom stresu pourazowego. Także coś, co opisać mogą mniej lub bardziej czytelne odniesienia do mrocznej strony kultury starożytnej, religii oraz filozofii. Wszystko z odrobiną klimatu Bułhakowa, który spotkał Alicję z Krainy Czarów i połączono ich przerażającym paktem z autorem „Boskiej komedii”. Nie można jednak „Widzę, że interesuje cię ciemność” porównywać i zestawiać z nimi, choć widać, że autor pełnymi garściami czerpie z tych wszystkich odniesień kulturowych, które osadzają człowieka w bezradności wobec siebie i otaczającego świata.

Wejść w ciemność to według ukraińskiego prozaika: przede wszystkim dotknąć najczulszej struny nas samych trzymających się w pionie rzeczywistości tylko dzięki dopasowaniu. Kiedy kompas moralności i etyki szwankuje, a naszym doświadczeniem granicznym jest śmierć, wszystko rozpada się jak domek z kart i stajemy wobec Bestii – tego, czym się staliśmy, choć nigdy nie spodziewaliśmy się, że jesteśmy tak przerażająco mroczni w środku.

Fabularnie opowieść prowadzi nas do – ukrytej gdzieś pośrodku ukraińskiej pustki – miejscowości, w której skryło się zło, ale nikt z nim nie walczy, bo wygrywa obojętność spleciona z enigmatycznymi sojuszami. Jest pewna hierarchia społeczna, ale role się zmieniają. Dla kijowskiego policjanta, który otrzymuje zlecenie wyjaśnienia zabójstw i odnalezienia zaginionej dziewczynki, wszystko w Busłowym Sadzie będzie przede wszystkim odbiciem lęków, traum, neuroz i tego, co pozostawiły w nim wojenne doświadczenia. Istotne, by podkreślić, że autor to aktywny porucznik Sił Zbrojnych Ukrainy, a także ojciec. Dlaczego? Bo to bardzo ważne, by zrozumieć rozchwianą kondycję psychiczną głównego bohatera i ujrzeć coś więcej poza mgłą, która przepełnia jego krajobraz emocjonalny.

Miasteczko, w którym wszyscy ignorują zbrodnie. Zbrodnie, popełniane z lekceważeniem wszelkich schematów. Rzeczywistość, w której czas jakby się zatrzymał, a może miejsce, gdzie czas nabiera innego znaczenia, płynąc niczym ciemna woda rzeki Lete. Główny bohater znajduje się w potrzasku. Dotarł gdzieś, skąd nie może się już wydostać. Illarion Pawliuk prowadzi nas przez świat groteskowy, nieczytelny, przerażający jak w horrorze, ale też poprzez przestrzeń, w której dokonuje się swoista przemiana wewnętrzna bohatera. Pisarz znakomicie łączy surrealizm i metafizyczną grozę z trzymaniem się ram rzeczywistości. Jest to z jednej strony powieść bardzo realistyczna, z drugiej jednak – mnożąca zagadki, które pozostaną nierozwiązane aż do końca. Warto też zwracać uwagę na tytuły tego przejmującego grozą tryptyku. I podążając za Hajstrem, próbować zapanować nad lękiem o samego siebie. Nad tym, czy kolejny rozdział pochłonie nas i zawładnie nami tak okrutnie jak mijające w dziwnym miasteczku bez cmentarza dni, podczas których dzieje się więcej, niż wydarzyło w całym dotychczasowym życiu żołnierza i policyjnego śledczego. Wobec tylu zagadek i tylu skomplikowanych niedomówień nigdy nie został postawiony.

Kondycję psychiczną Hajstra dobrze określa jedno z jego przemyśleń: „Jeśli nie rozumiesz, co się dzieje, to znaczy, że jesteś w niebezpieczeństwie”. Czy bohaterowi realnie grozi coś w miejscu, w którym ludzie są jak widma, zmieniają wygląd i tożsamości, na przemian są żywi i umarli, a przede wszystkim pojawiają się nagle, tworząc coraz bardziej zagadkową atmosferę? Oczywiście, że tak. I równie oczywiście nie. Co to za miejsce? Kto i jak ukształtował jego ramy? Z kim ma do czynienia główny bohater? A może raczej z czym? Bo to konfrontacja bezkompromisowa. Wejście w obszar, w którym zawodzi zdrowy rozsądek, a pojawia się coraz więcej niepokoju. Po nim strachu. I desperacji, by wydostać się z klatki własnych wyobrażeń o czymś, co może mieć zupełnie inny kształt.

Bardzo ważna jest tu figura dziecka. Motyw ten powiązany jest z rozpaczliwym, ale konsekwentnym poszukiwaniem dziewczynki, która zniknęła. Myślę, że jednak nie w tym kierunku chce nas prowadzić autor, nie o realne uratowanie konkretnego dziecka chodzi. Dzieci nie powinny umierać. Dzieciom nie powinno się odbierać wszystkiego, co przed nimi: życia i możliwości związanych z tym życiem. Tymczasem cały czas mamy w pamięci pewną wojenną konfrontację wspominaną przez samego Hajstra, od której nie może się uwolnić, która zapętliła jego czas i zatrzymała w pewnej pełnej grozy chwili. Andrij czuje do siebie wstręt. Nie może po granicznym doświadczeniu ze sobą wytrzymać. A tymczasem mnożą się kolejne. Dziewczyna, z którą chciałby stworzyć związek, oddala się w kierunku śmierci, od której uratowany zostaje wcześniak. Hajster wspomina, że sam w pewnym stopniu wciąż jest dzieckiem. Osamotnionym jak to, którego ma szukać. Nie minął też dłuższy czas, odkąd został osierocony. Retrospekcje dotyczące jego życia rodzinnego i relacji z matką to moim zdaniem wstęp do prawdziwego piekła, które przeżyje w miejscowości poza czasem i przestrzenią, gdzie dominuje ignorowane zło i gdzie wciąż tkwi samotne dziecko, jakim w gruncie rzeczy bohater był zawsze. Dzieciom nie może dziać się krzywda. Dorosłych to już nie dotyczy? A kiedy dorosły przestaje być dzieckiem? I czym jest tutaj niedoszłe ojcostwo i macierzyństwo rozpisane potem na kilka mrocznych rozdziałów w miasteczku, w którym nikt nie dba o zaginioną dziewczynkę?

Illarion Pawliuk napisał absolutnie nieprzewidywalną historię, w której groza narasta stopniowo, a czytającego zaskakują coraz to nowe i enigmatyczne postacie stające na drodze śledczego. On zaś ma związane ręce i nie jest w stanie ocenić, czy w jakikolwiek sposób uda mu się rozwikłać choć jedną zagadkę nowego otoczenia. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że to otoczenie pełne zmiennych, przesycone raz groteskową, raz porażającą okrucieństwem atmosferą niedopowiedzeń, będzie miało specyficzne znaczenie. Ta powieść to mistrzowski labirynt fobii i idiosynkrazji. Historia przekraczania własnych możliwości, wychodzenia poza zdolność percepcji, zanurzania się w gęstniejącym mroku samoświadomości. Wybierając ciemność, wybiera się tu konfrontację z czymś, czego boimy się, bo tego nie znamy. A nie wydaje mi się, by w ostatnim czasie ukazała się tak sugestywna powieść o tym, że nie znamy siebie i lepiej, żebyśmy się naprawdę nie poznali. Opowieść o tym, że tworzymy wspólnoty niezrozumienia, i o tym, że jesteśmy wciąż pomiędzy lękiem a jego spełnieniem się. Książka o doświadczaniu śmierci i życia, które wydaje się czymś łagodniejszym niż śmierć. Jedna z tych narracji, podczas których czytania boimy się nie o bohaterów i rozwój akcji. Boimy się tego, jak głęboko weszliśmy w ciemność. Bo skoro czytamy, chłonąc kolejne rozdziały, to chyba ją lubimy?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: