FILM
Gatunek: dramat społeczny
Tytuł oryginalny: Hatixhja dhe Shabani
Produkcja: Macedonia Północna/Niemcy/
Słowenia/Albania/Kosowo
Czas trwania: 140 minut
Data polskiej premiery: 22 lipca 2026
Tytuł recenzji: Upokorzenia
Kameralne bałkańskie kino społeczne, które dotyka oczywistych tematów i dylematów, ale ratuje się przed wtórnością zarówno ciekawym montażem (po części scen następuje wygaszenie obrazu, jakby już więcej nie można było znieść ani zobaczyć), jak i nieoczywistym zakończeniem z dobrą grą aktorską przede wszystkim Astrita Kabashiego, który pokazuje, jak wewnętrzny spokój i konsekwentne postępowanie mogą stracić znaczenie, gdy w życie zacznie wżerać się bieda. „Bo bieda to luksus” – tak mówi siostra siostrze. Ta, która nie ma niczego, tej, która posiada wszystko, między innymi piękny dom w Prisztinie. Ale w nowoczesnych wnętrzach tego domu odbywa się to, co nieuniknione bez względu na status majątkowy: umieranie.
Opozycja jest tu czytelna: w środowisku wiejskim można zbudować stabilność rodzinną, pozwolić sobie na gromadkę dzieci, codzienność celebrować wspólnymi posiłkami, żyć pogodnie, choć skromnie, lecz przede wszystkim tworzyć wspólnotę. W dużym mieście wspólnota zaczyna się rozpadać. Wszystko rozbija się o pieniądze. Jest w rodzinie czarna owca, która zrujnuje wszystko. Jest też seniorka pragnąca dbać o harmonię rodzinnego świata i gotowa poświęcić w tym celu dużą sumę pieniędzy. A potem wszystko sypie się jak domek z kart. Zastanawia mnie jedynie zniknięcie z fabuły jednego z członków rodziny, miejscowego nauczyciela. Czy ta posada umożliwia mu pozostanie na wsi i nierozpoczynanie bolesnej odysei w pogoni za pieniędzmi, własnym mieszkaniem i poczuciem bezpieczeństwa?
Wszystko jest tutaj do przewidzenia. Visar Morina pokazuje koniec bezpiecznego świata, po którym pozostaną jedynie wahanie, bezradność i poczucie nieprzystawalności. Ruszająca ku nowemu życiu rodzina zamienia się w grupkę migrantów zarobkowych. A przecież nie opuszczają kraju, choć opuszczają miejsce, do którego przynależą. Jako obcy w dużym mieście nie będą liczyć na żadne taryfy ulgowe. Albo poczucie godności nie pozwoli im na to, by choć z części udogodnień skorzystać, zamieszkać w tym eleganckim domu, do którego zaprasza szwagier; siostry nie powinny egzystować na różnych biegunach zasobności, skoro żyją obok siebie.
A jednak tak właśnie egzystują. Tkanka miejska nie ma litości. Kapitalizm stworzył świat, w którym nie liczą się wartości kultywowane w rodzinie na prowincji. Bohaterowie nadal starają się żyć jak mała społeczność, dzieci nie doświadczają realnie biedy rodziców, za to dorośli stoją na krawędzi. Morina pokazuje tę krawędź z kilku perspektyw. Nie tylko jako niezdolność do godnej pracy zarobkowej. Także jako natychmiastowe i bezpardonowe spychanie na margines życia. Główny bohater nie przygotuje sobie CV, bo nie ma pojęcia, co to jest. Jego CV to twardy charakter, silne ręce i gotowość do podjęcia jakiejkolwiek formy zatrudnienia. Obok żona niczym cień. Portretowana często z profilu. Buntująca się, gdy bogata siostra kupuje jej ubranie, w którym ona i tak nie będzie chodzić. Wspierająca męża w bezradności. Mogłaby być niemą bohaterką tego filmu.
Cenną cechą tego obrazu jest delikatność podkładu muzycznego połączona z ujęciami bliskości rodzinnej – tak bardzo odbiegającymi od tych, w których bohaterowie rozpaczliwie szukają pracy, krążąc od miejsca do miejsca niczym po piekielnych kręgach, w których nikt ich nie chce i nikt nie zauważa. Ten film obrazuje kontrasty społeczne w ciekawy sposób, bo skupia się na relacjach w rodzinie. Jedna jej część wybrała życie w mieście, wykorzystała jego możliwości, teraz boryka się jedynie z tym, że senior stał się kompletnie niepełnosprawny. Wszyscy z rodziny drugiej siostry są pełni zdrowia i – początkowo – nadziei. Ale są też naiwni. Wkraczają w świat, którego zasad kompletnie nie znają. Visar Morina pokazuje ludzi zabłąkanych i czujących potworną gorycz, bo są sumienni, uczciwi i gotowi do rozpoczęcia nowego godnego życia. Ale ich pochodzenie wiele determinuje. Ile mamy takich światów równoległych, gdzie w jednym ktoś może być szczęśliwym panem swego życia, a w innym stać się przegranym mimo swego statusu?
Reżyser stawia także na minimalizm werbalny. Tu głównie patrzymy, a nie słuchamy. Zresztą wszystko widać, nie trzeba tego komentować. Seniorka oświadcza przy urzędowym okienku, że przyszła potwierdzić, iż jeszcze żyje, aby odebrać skromne świadczenie społeczne. Wielkomiejski bank odbiera jej dodatkowy procent tej niewielkiej sumy. Można odnieść wrażenie, że ojciec, głowa rodziny przybyłej do wielkiego miasta, to człowiek, który takie komunikaty informujące o swoim istnieniu powinien formułować wszędzie, dokąd się uda. Gdy pracuje, jest cieniem. Gdy szuka pracy, jest cieniem w rozpaczy. Kumulacja emocji nie jest widoczna na twarzy postaci granej przez Kabashiego – i bardzo dobrze, bo to potęguje wydźwięk finału tego filmu. Poruszająca do głębi jest prostota tej historii, ale najbardziej widoczna jest tu ta ludzka zbędność, którą Visar Morina pokazuje zarówno boleśnie realistycznie, jak i w czuły sposób nostalgicznie. Wiele scen obrazuje niedostosowanie do nowych warunków, ale w tym wszystkim jest też sugestia, że zamykamy się w bezpiecznych dla nas przestrzeniach. Od nas zależy, ile będą warte. Majątkowo i egzystencjalnie. Kino pozostawiające z wyrzutami sumienia. To w pewnym sensie niemy krzyk tych, którzy na co dzień nie są w stanie zadawać pytania o to, ile są warci, kiedy usiłują ustabilizować finansowo swoje życie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz